Nie taki Rangers straszny. Duże nadzieje przed rewanżem

Skazywani na porażkę? Wygląda na to, że taka sytuacja dla polskich drużyn w europejskich pucharach jest tą wymarzoną. Ci sami ludzie, którzy nie potrafili wygrać z wicemistrzem Gibraltaru i trzecią drużyną z Finlandii, zremisowali - choć mogli wygrać! - z Rangers FC, wielkim klubem z Glasgow prowadzonym przez Stevena Gerrarda. 

Włosi mieli cattenaccio, czyli bardzo szczelna defensywa, wspierana przez wybieganą pomoc i skuteczny atak, ale przede wszystkim sfokusowana na twardych, czasem brutalnych, ale na pewno nie odpuszczających defensorów. Brazylia to technika i Joga Bonito, a dla FC Barcelony dwa ulubione słowa to „tiki” oraz „taka”, zaś posiadanie piłki to druga najważniejsza, zaraz po wyniku, statystyka meczu. Co mają Polacy?

Niedoceniani, skazywani na porażkę, więc jednocześnie z czystym sumieniem mogący grać z kontry. Tak czujemy się najlepiej.

Mecz Legii Warszawa z Rangersami był tego najlepszym przykładem. Na pewno chodzi o niuanse taktyczne, o możliwość przedłożenia walki i biegania nad myślenie i kreowanie akcji w ataku pozycyjnym. Wydaje nam się jednak, że o mentalność również. Bez presji, z pozycji niemal beznadziejnej, w sytuacji, w której można właściwie tylko zwyciężyć – tak Polacy lubią najbardziej.

Zaskoczyć, a nie spełnić ogromne oczekiwania. Wolimy pokonać kaczkę o rozmiarze konia niż sto koni o rozmiarze kaczek. Wyjazd na Gibraltar, do Finaldii, na Słowację czy do Kazachstanu? To śmierdzi wstydem, katastrofą, eurowpierdolem. Mecze z Celtikiem? 6:1. Mecz z Rangersami, którzy Legię mieli zmieść z boiska? Bezbramkowy remis, po którym wstydzić się nikt nie musi. Legia była w tym spotkaniu bliżej zwycięstwa niż faworyzowany rywal.

W pierwszej połowie – goście wydawali się drużyną z innej, wyższej półki. Na pewno piłkarze i kibice Legii Warszawa mogli przeżył mały szok. Drużyna Stevena Gerrarda była zdecydowanie najlepszą, jaka mierzyła swoje szyki z zespołem Aleksandara Vukovicia. Z każdą minutą piłkarze z Warszawy jednak jakby przekonywali samych siebie, a przy okazji wszystkich dookoła, że mimo to jest to rywal do ogrania.

Chociaż Rangers w wielu aspektach piłkarskiego rzemiosła było drużyną lepszą, to Legia miała więcej sytuacji, była konkretniejsza i bliższa zwycięstwa.

W pierwszych kilkunastu minutach goście wymienili dwa razy więcej podań, ale Legia wytrzymała napór Szkotów. Dość powiedzieć, że komentujący to spotkanie Robert Podoliński dopiero minutę przed zakończeniem pierwszej połowy wypalił: „W końcu! Pierwsze celne podanie po odbiorze legionistów!”. Rangersi byli bardziej agresywni, wygrywali niemal wszystkie górne piłki, częściej też byli w jej posiadaniu.

Druga połowa jednak sprawiła, że optyka na to spotkanie, a także podział szans przed rewanżem musiał się zmienić. Legia utrzymała dobrze zbudowany mur obronny, na które Szkoci będą musieli spojrzeć z respektem. Świetny w ostatnich miesiącach Alfredo Morelos przebił się przez duet Jędrzejczyk – Lewczuk zaledwie raz przez cały mecz, a gdy to zrobił – na posterunku stanął Majecki.

W ofensywie Legia też miała swoje argumenty. Dwukrotnie świetnie ze stałych fragmentów na głowę Lewczuka dorzucał Gwilia i brakowało naprawdę niewiele, by otworzyć wynik tego dwumeczu. Legioniści tworzyli też niezłe akcje z gry, w dodatku zakończone strzałem, jak ta w tercecie Rocha-Kulenović-Luquinhas. Mina Gerrarda rzedła jak gra jego zespołu z każdą minutą.

Ostatecznie z bezbramkowego remisu zadowolone były oba zespoły. Kto ma większe szanse przed awansem? Z jednej strony, Rangersom wystarczy zwycięstwo lub bezbramkowy remis. Z drugiej, bramka strzelona przez Legię może sparaliżować drużynę Gerrarda…

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem