Nie tak to miało wyglądać. Legia znowu zawiodła w Europie

Nie tak to miało wyglądać. Po mistrzu Kazachstanu, który okazał się za mocny dla Legii Warszawa, przyszedł czas na mistrzów Mołdawii, którzy również zawiesili wysoko poprzeczkę Wojskowym. Drużyna prowadzona przez Jacka Magierę nie potrafiła tego meczu wygrać, więc tylko go zremisowała. Przed pierwszym rewanżowym gwizdkiem nie jest stawiana w roli faworyta do awansu do fazy grupowej Ligi Europy.

Jan Tomaszewski był przed tym meczem bardzo pozytywnie nastawiony. – Gdy Legia awansuje do fazy grupowej Ligi Europy, to wyjdzie z grupy – grzmiał nasz legendarny bramkarz. Nie wiemy prawdę mówiąc skąd ten optymizm i skąd przesłanki ku temu, że jak już uda się Legii awansować do rozgrywek, to pozamiata w grupie i będzie rozdawała karty ekipom, które w piłkę grać potrafią. Co mniej wtajemniczeni może nawet w te głupoty uwierzyli, no bo jak to – mistrz Polski nie byłby w stanie pokonać mistrza Mołdawii? Ci bardziej wtajemniczeni wiedzieli jednak, że Legia ostatnio gra słabo, a seria dwóch zwycięstw z Wisłą Puławy w Pucharze Polski i Piastem Gliwicem w Ekstraklasie to… nic takiego. Pierwsza z drużyn na co dzień gra w II lidze, druga zamyka tabelę w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Co najgorsze – mieliśmy rację i Tomaszewski tym razem nie trafił w tarczę. Legia zaczęła wolno, spokojnie, sennie, mozolnie. Niby próbowała, chciała, ciężar gdy na siebie brał Guilherme, pokazywał się Dominik Nagy, w którym widać potencjał na granie w dużą piłką. Ale gdy już udało się prostopadłym podaniem przyspieszyć tempo akcji, zyskać kilka metrów, to zaraz piłka odbiła się od przyjmującego zawodnika jak od pudełka po murzynkach i znowu trzeba było budować wszystko od nowa. Gdy już futbolówka poszła na skrzydło i zostało tylko wygrać pojedynek jeden na jednego na flance, to zabrakło wiary we własne umiejętności i zamiast w kierunku bramki, legioniści schodzili do środka boiska i znowu od początku rozpoczynali konstruowanie akcji.

Wyglądało to źle, wyglądało to na jak ustawka i granie na 0:0, żeby przypadkiem nikomu nie stała się krzywda. Do tego kontuzji nabawił się Guliherme i Brazylijczyk musiał zejść z boiska. Magiera był wkurzony, że taka sytuacja ma miejsce, bo wiedział, że bez swojego filigranowego pomocnika trudno będzie cokolwiek skonstruować w ofensywie.

Nie można powiedzieć, że Sheriff Tyraspol grał jakiś wielki mecz. W ogóle nie można powiedzieć o nich zbyt wiele, bo stosunkowo rzadko mieli piłkę przy nodze, a gdy już ją mieli, to zazwyczaj w kontrach i zazwyczaj te akcje trwały po kilka sekund. Na Legię to jednak wystarczyło, bo umiejętne przesuwanie, szybkie organizowanie się w tyłach, wybijanie, doskakiwanie, przeszkadania spełniały swoje zadania. Legia nie umiała sobie poradzić z ekipą, która w czekając w tunelu na mecz miała tylko w głowie ułożony scenariusz, jak pozbawić największych atutów swojego rywala.

Gdy gola dla Legii zdobył Kasper Hamalainen to wydawało się, że worek z bramkami się rozwiązał. Fin wszedł, dołożył nogę w swoim stylu, po profesorsku i wyprowadził mistrzów Polski na prowadzenie. Problem w tym, że zamiast bramki numer dwa, była bramka numer jeden, wyrównująca, dla Sheriffa. W możliwie najgłupszy sposób, bo po starym fragmencie gry, jak junior zachował się Maciej Dąbrowski, którego w polu karnym uprzedził Cyrille Bayala i doprowadził do remisu.

Spodziewaliście się pewnie, że Legia ruszy do ataków, prawda? Jan Tomaszewski wizualizował sobie, jak mistrzowie Polski golą Milan i szykują się do meczu z Ajaxem w półfinale Ligi Europy. Nic z tego – oglądaliśmy takie samo spotkanie. Nudne, powolne, bez emocji. Jednym wynik meczu odpowiadał, drudzy nie byli w stanie zrobić czegokolwiek, by go zmienić.

Kolejnym rywalem ligowym Legii Warszawa będzie Wisła Płock. Do tego spotkania dojdzie już w niedzielę. Kto wygra? LV BET przygotował specjalne kursy na to spotkanie. Pełna oferta znajduje się TUTAJ.

Komentarze