„Nie szukajmy dziury w całym. Musimy optymistyczniej patrzeć na świat”

Jak najtrafniej opisać Kacpra Lachowicza? Człowiek orkiestra – tak, to chyba najbardziej słuszne określenie tego, jakim jest człowiekiem. Podczas gdy w dzisiejszych czasach ludzie marudzą, że nie mają kiedy zrobić zakupów, a śniadanie jedzą w biegu pędząc na metro lub zawsze spóźniony autobus, on z uśmiechem na ustach bierze się za kolejne projekty. Co jest w tym wszystkim najlepsze? Że... daje radę. Jaki jest klucz do tego, by mimo natłoku obowiązków znajdywać czas na realizowanie siebie? Poznajcie Kacpę!

Jak najtrafniej opisać Kacpra Lachowicza? Człowiek orkiestra – tak, to chyba najbardziej słuszne określenie tego, jakim jest człowiekiem. Podczas gdy w dzisiejszych czasach ludzie marudzą, że nie mają kiedy zrobić zakupów, a śniadanie jedzą w biegu pędząc na metro lub zawsze spóźniony autobus, on z uśmiechem na ustach bierze się za kolejne projekty. Co jest w tym wszystkim najlepsze? Że… daje radę. Jaki jest klucz do tego, by mimo natłoku obowiązków znajdywać czas na realizowanie siebie? Poznajcie Kacpę!

 

Kacpa organizuje koszykarskie campy, które nazywa „Klinikami Koszykarskimi”. Dzieciaki z całej Polski szlifują swoje umiejętności. Kacper pełni rolę trenera, daje cenne wskazówki, jest konsultantem. Pierwsze imprezy powstały już w 2014 roku, a pracę Kacpra można było podziwiać poza granicami naszego kraju. Do stricte koszykarskich obowiązków z czasem Lachowicz jeszcze wcześniej zaczął prowadzić spotkania motywacyjne, dzięki którym pragnie zmienić postrzeganie świata przez najmłodszych. Jeździ po szkołach, klubach sportowych, uczelniach wyższych, firmach. Mało? Kacpa to również konferansjer. Jeżeli chcesz zorganizować imprezę, a ktoś ma ją sprawnie poprowadzić, to wystarczy przedzwonić. Idzie się dogadać.

Jego kolejną aktywnością jest „Kacpa Challenge”, czyli największa tego typu impreza na świecie. Najwięcej uwagi na co dzień poświęca indywidualnym treningom koszykarskim. Jego wychowankami są między innymi Karol Gruszecki i Weronika Hipp, która aktualnie trenuje w Stanach Zjedoczonych. Karol to reprezentant Polski. Obaj na szerokie koszykarskie wody wypływali pod okiem Kacpra.

Czemu koszykówka?

Koszykówka u Kacpy była zawsze, a z racji pochodzenia, mowa w tym wypadku o Krakowie, w którym Lachowicz mieszkał. Dziś stacjonuje w Bytomiu, przeprowadził się, bo znalazł halę, z której może często korzystać – Polskie realia. Kibicowskie sympatie? Padło na Wisłę Kraków. Co ciekawe, fascynacja tą dyscypliną sportu rozpoczęła się od podziwiania w akcji kobiet. Pewnie spory w tym udział miały sukcesy żeńskiej reprezentacji Polski, która w 1999 roku zdobyła mistrzostwo Europy, co na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat jest największym sukcesem koszykówki w naszym kraju. Jedną z zawodniczek, która pamięta małego Kacpę przychodzącego regularnie na mecze i kibicującemu swojemu ukochanemu zespołowi, była Patrycja Czepiec, która w tamtej biało-czerwonej drużynie występowała.

Pamiętam go jako młodego chłopaka, który – co ciekawe – chodził na mecze żeńskiej koszykówki Wisły. Mało który chłopak w jego wieku interesował się tym sportem i to jeszcze w wykonaniu kobiet. Odnosiłyśmy wtedy ogromne sukcesy, na mecze przychodziła cała hala. Czy był niesfornym dzieciakiem? Myślę, że nie. Był wszędzie, emanował energią, ale nie było z nim problemów. Interesował się sportem, chłonął wiedzę na jego temat z każdym dniem. Bardzo dobrze, że przy sporcie pracuje, bo takich ludzi trzeba, ale chyba mimo wszystko lepiej, że zawodowo nie gra w kosza.

Co charakteryzowało Kacpę od samego początku przygody ze sportem? Agresja na boisku i nieustępliwość, choć brzmi to bardzo populistycznie. Jak sam mówił w wielu wywiadach: – Pierwszym rozwiązaniem była „buła”. Biłem ludzi albo oni mnie bili. Każdy turniej streetballowy kończył się bójką. W Cieszynie, gdzie nagrodą było tysiąc euro, rzuciłem się na chłopa, który miał dwa metry. On złamał mi nos, ja dalej nie przestawałem się z nim bić. Teraz jestem spokojniejszy, ale dalej mam tak, że jak gram o jakąś stawkę, to walczę bardzo mocno. Wydaje mi się, że mało jest ludzi, którzy na boisku walczą na noże, rzucają się sobie do gardeł, a po meczu padają sobie w ramiona. Ja miałem takie sytuacje, bo są gracze, którzy rozumieją że jeśli ktoś, kto tak jak ty komuś utrudnia zwycięstwo, sprawia tak naprawdę że wychodzisz na swoje szczyty, więc dzięki takie rywalizacji się rozwijasz. Tak jest, gdy mocno zależy ci na wygranej i robisz wszystko dla sportu, który kochasz. Jednak mnóstwo jest gości, którzy gdy kończy się mecz, to chcą się dalej bić.

Duży wpływ na to, że dziś Kacpa jest również motywatorem, miały… jego problemy. Konkretnie problemy z marihuaną. Po szybkim zapoznaniu się z tą używką bardzo szybko sam mówił uzależnieniu, z którego z czasem udało się jednak wyjść. W wywiadzie udzielonym portalowi ofens.co Kacpa nie krył się z tym, że kiedyś buszka puszczał nieco częściej, a jednym z ulubionych miejsc, w którym lolki skręcał, było boisko do kosza. Cały czas ta koszykówka…

– To się zaczęło, jak miałem 16  lat. Wszyscy dookoła palili, więc ja też chciałem spróbować. Bardzo długo wmawiałem sobie, że to używka, jak każda inna. Aż stała się nieodłączną częścią dnia, później ledwie trzech godzin. Paliłem sporo. Gibon za gibonem, tym bardziej, że uprawiałem sport. Dwa jointy dziennie to było minimum. Jak siedziało się ze znajomymi cały dzień to było dużo więcej. Z piętnaście… No nie wiem, nie liczysz tego nawet. Po prostu palisz – powiedział Kacpa.

W miłości do koszykówki z pewnością pomogła mu Philadelphia 76ers, a to ze względu na idola jego młodości, czyli Allena Iversona. Na pytanie, ile w życiu zrobił pompek, odpowiada, że 76 tysięcy. Gdy dzwoni się do niego, a akurat nie może rozmawiać, to włącza się automatyczna sekretarka, która tłumaczy, że prawdopodobnie nie może gadać, gdyż… robi pompki. Jego córeczka chodzi w koszulce z liczbą na plecach… 76. Prawdopodobnie gdyby z głowy miał napisać historię tego klubu w XXI wieku, to zajęłoby mu to tyle, ile trwa przelewanie myśli na papier. Tylko gdzie na to wszystko czas?

Jak sam Kacpa przyznaje – nie usłyszałoby o mnie tyle ludzi, gdyby nie Marcin Gortat. Od 2010 roku krakowianin współprowadził „Marcin Gortat Camp”, czyli najpopularniejszy cykl treningów dla dzieci i młodzieży, który jest sygnowany nazwiskiem jedynego Polaka, który obecnie występuje w NBA. Lachowicz natomiast to pierwszy Polak, który uzyskał w USA certyfikat jednego z najlepszych trenerów na świecie Ganon’a Baker’a.  To też popchnęło go jeszcze głębiej w nurt indywidualnej pracy koszykarskiej.

Kim dla niego jest Marcin Gortat?

Wielkim bohaterem, inspiracją, może idolem? Nie będę ukrywał, że większość ludzi usłyszało o mnie właśnie dzięki niemu. Dzięki Gortatowi polska koszykówka jest dziś w jakikolwiek sposób popularna, ktokolwiek o niej słyszał. W mentalności Polaków Marcin na pewno jest niedoceniany. Czytam czasami komentarze, że jest sztywny, mało zwrotny, ma braki czy coś z tych rzeczy. Ale nikt nie widzi, że to gość, który robi zasłony, walczy pod tablicami i jest świetny w tym, co robi. W ogóle dzieciaki mają problem z okazywaniem szacunku. Przykład. Bardzo często gram z kimś 1na1. Będąc szczerym – rzadko przegrywam. Natomiast nie o wygraną mi chodzi jak gram z kimś, kogo trenuję, przecież celem nadrzędnym jest, by to ta osoba się rozwinęła. I tak na przykład wygrywam 10:0, a młody człowiek mówi do mnie, że nie jestem aż taki dobry, bo pudłuję z dystansu. Kontynuujemy grę, gierka kończy się moim przekonywującym zwycięstwem i celnym rzutem z dystansu, a ten dalej marudzi. Jestem od niego starszy – to raz, jestem jego trenerem – dwa. Ogrywam go bez problemu, a on skupia się na tym, że mi coś nie wychodzi? Stary, najpierw wygraj ze mną, a potem przyjdź i mów, że robię coś źle!

Kacpa ściśle współpracuje z Marcinem Gortatem

Sam wielokrotnie bywałem, i ciągle bywam w pozycji ucznia, i gdy „dostaje manto”, to staram się chłonąć naukę, a nie pyskować.  Widzę mnóstwo wad wśród ludzi, z tym że od wytykania błędów nikt się lepszy nie stał. Od proponowania rozwiązań, a najlepiej od pomocy w solucjach, owszem. To pokazuje, jak my podchodzimy do tego mentalnie. W jaki sposób pojmujemy pewne sprawy. Mówię my, jako społeczeństwo. To nasz problem. Nie doceniamy i nie widzimy czyiś zasług, natomiast pierwsi jesteśmy do wytykania wad. Tak samo jest w stosunku do Marcina Gortata. Nie doceniamy go w Polsce tak, jak doceniają go inni za granicą.

Jakie wiążą go relacje z Wisłą Kraków?

– Wychowałem się na damskiej koszykówce za sprawą Wisły, później do tego doszła też męska, ale na mecze piłkarskie również chodziłem. Zawsze, gdy się czegoś podejmowałem, to robiłem to maksa. Nie inaczej było w sferze kibicowskiej. Nie rozumiałem na przykład jednak, gdy był mecz z Legią Warszawa, żeby obrażać przeciwników. Wszyscy krzyczeli, ale ja nie, bo wychodziłem z założenia, że to tacy sami ludzie jak my, kibice Wisły. Irytuje mnie nienawiść. Zawsze chcę, żeby to mój zespół wygrał, ale uważam że nie ma to nic wspólnego z pogardą dla przeciwników, wszak bez nich, nie byłoby z kim rywalizować.

– Kacpra poznałam na stadionie Wisły Kraków, gdzie odbyliśmy rozmowę na temat uczestnictwa dziewczyn z Dance Revolution – których jestem managerką – podczas Kacpa Challenge. To był pierwszy występ cheerleaderek w dziesiątej edycji tego wydarzenia. Od pierwszej przybitej z Kacprem piątki przygotowania do wspólnego występu przebiegały w atmosferze profesjonalnej współpracy, także ze strony managera, Daniela Słowika. Sam challenge zaskoczył mnie liczbą uczestników, zaangażowaniem ze strony organizatorów i wolontariuszy. Sprawca zamieszania, Kacper, zarażał pozytywną energią i zasługuje na słowa uznania, propagując aktywność fizyczną wśród dzieci i młodzieży. Jako Dance Revolution dotrzymamy słowa, Kacper zawsze może liczyć na naszą pomoc w przyszłości – powiedziała Joanna Polonius, menadżerka zespołu Dance Revolution.

W dniu 16 grudnia w Krakowie odbyła się X edycja KACPA CHALLENGE. Podczas kwietniowej wizyty pod Wawelem udało się pobić rekord frekwencji, a wspólnie w hali zgromadziło się aż 480 miłośników koszykówki. Grudniowa impreza, która była sygnowana hasłem #bijemyrekord miała na celu ten wynik poprawić, co niestety się nie udało. Zaangażowanie, pasja i wspaniała zabawa spowodowały, że organizator eventu jest bardzo zadowolony z tego, co zostało osiągnięte.

Udało nam się porozmawiać z Kacpą i szerzej zgłębić jego fenomen. Mimo wielu obowiązków i kolejnego eventu, który następnego dnia odbywał się w Warszawie, na wywiad znalazł czas. Między zbieraniem piłek i sprzątaniu hali sportowej ochoczo odpowiadał na pytanie nie tylko na temat tego, co odbyło się kilka chwil wcześniej. Rozmowa była tak naprawdę o wszystkim.

Kończysz swój kolejny challenge, siadasz wieczorem przy kominku, odpalasz browara i co sobie myślisz?

Kacpa: (śmiech) Nie wiem, trudne pytanie. Dużo emocji mi wtedy towarzyszy, dużo myśli. Mała radość, może trochę satysfakcji? Zwykle nie ma na to zbyt wiele czasu.

Wychodzę z założenia, że banalne pytania często generują najlepsze odpowiedź.

K: Słuszne podejście. Na pewno nie czuję przesadnej radości, bo wiem, jak wiele pracy przede mną i zdaje sobie sprawę z tego jak chciałbym, żeby kiedyś imprezy przeze mnie organizowane wyglądały.

Jak?

K: Chciałbym, żeby w tym samym czasie dziecko z Krakowa, Olsztyna i Nowego Jorku mogło brać udział w tej samej imprezie. Nie o to mi chodzi żeby w tym samym czasie brały udział w imprezie, tylko żeby dzięki aplikacji mogły się sprawdzać również poza Challengem, jako wydarzeniem. Chciałbym stworzyć specjalną aplikację, która mi coś takiego umożliwi. Przed rokiem długo przy tym dłubałem, naprawdę miałem nadzieję, że coś takiego powstanie. Gdy jednak zobaczyłem efekt finalny, to mi się odechciało. Jak mam coś robić i sygnować swoim nazwiskiem, to musi to być dobre, a tamta aplikacja nie była nawet średnia. Nie byłem z niej zadowolony.

„Najpierw pokaż, jak jesteś dobry, potem dawaj rady i krytykuj”

Każdy challenge jest coraz lepszy?

K: Mamy coraz większe doświadczenie na bazie każdego kolejnego tego typu wydarzenia. Spodziewałem się, że w Krakowie będzie więcej dzieciaków i uda się pobić rekord frekwencji. Niestety – uczestników było mniej, niż zakładałem, ale to nic – wszyscy w pełni się zaangażowali, dali z siebie maksa i to jest dla mnie niezwykle istotne. Wzorzec wspierania, pomagania, jaki chcemy im zaszczepić, często jest przekazywany nie tylko przez nas uczestnikom, ale przez uczestników uczestnikom. I to jest wielka wartość.

Obecne dzieciaki mają potencjał do tego, by aktywnie spędzać swój wolny czas?

K: Z pewnością. Młody człowiek kierowany jest przez wzorce, które sobie upatruje. Potem próbuje je naśladować, czerpać z nich inspirację do dalszego życia. Są to piosenkarze, aktorzy, sportowcy również, ale przecież nie zawsze. W dzieciakach drzemie ogromny potencjał, tylko trzeba je odpowiednio nakierować.

Łukasz Kadziewicz powiedział ostatnio, że dzieciaki są takie same, jak były 20 czy 30 lat temu. Mają po prostu więcej pokus, które mogą odwracać ich uwagę.

K: Wszystkie pokusy dzisiejszego świata dla młodych dzieci, to czynniki, które na pewno mogą zabrać im ochotę uczestniczenia w czymś takim. Żeby wyjść do ludzi i pokazać się na tle rówieśników, być może stoczyć z nimi bezpośrednia konfrontację. Spójrz – tutaj każdy musiał przyjść, każdy musiał odważyć się stawić czoła wyzwaniu, każdy musiał przejść swój challenge. Gdyby te dzieciaki takie nie były, to pewnie dziś byłbym tu sam, a przecież widziałeś, że frekwencyjnie nie wyglądało to najgorzej. To dla mnie jasny przekaz, że potencjał jest ogromny, tylko trzeba go tylko umiejętnie wykorzystać.

 

Rozwój technologii wycofuje dzieciaki ze społeczeństwa?

K: Myślę, że tak. 10-latek wie, że nie musi wyjść na podwórko, żeby porozmawiać ze swoim rówieśnikiem, bo może z nim to załatwić przez internet. Nie musi wygrać z nim na boisku w kosza, bo może go pokonać na konsoli w FIFĘ. Pewne wartości zanikają, od pewnych kwestii się odchodzi. Na szczęście nie od wszystkich.

Wczuwasz się w rolę rodziców? W dzisiejszych czasach ludzie dużo pracują. Gdy mają jeden dzień wolny, to może niekoniecznie chcą spędzić czas na turnieju w koszykówkę. Chcą odpocząć, pojechać do dziadków, zrobić zakupy.

K: Lub posiedzieć w domu przed telewizorem. Nie oszukujmy się, ale siedzenie dziś w domu, to bardzo często siedzenie przed telewizorem. Nie mówię tu o wartościowej rozmowie ze swoimi dziećmi, tylko o spędzaniu wolnego czasu. By dziecko rozwijało się właściwie i potrafiło poznawać świat, potrzebuje wielu impulsów, potrzebuje czegoś nowego. Nie może zamykać się na monotonię i spędzanie czasu w domu nic nie robiąc. Bierzcie dziadków i przyjdźcie na Kacpa Challenge. Ta edycja była kolejną, na której rywalizowały 3 pokolenia  z jednej rodziny: dziadek, rodzic, wnuk! Marzę o tym, żeby to nie był wyjątek, ale żeby takich sytuacji było na pęczki, żebyśmy mogli stworzyć osobną klasyfikację dla takich rodzin.

Często dziennikarzom sportowym zarzuca się, że siedzą przy sporcie dlatego, bo im w nim nie wyszło, a chcąc byś cały czas w tym środowisku, zaczynają o tym pisać, mówić, dyskutować. Też tak trochę miałeś, że w pewnym momencie doszedłeś do wniosku, iż koszykarskiej kariery nie zrobisz, a mimo wszystko chcesz cały czas się tym zajmować w innym charakterze?

K:  W tej kwestii dramatyczne jest to nasze, polskie podejście do życia. Zamiast cieszyć się, że ktoś pisze o sporcie, bo sam kocha tę dziedzinę życia, zna się na tym, bo sam trenował piłkę nożną, to u nas hejtuje się taką osobę, że miała zbyt mało talentu lub była za leniwa i teraz wytyka się ją palcem, że uczciwie pracuje i zarabia w ten właśnie sposób. Szuka się dziury w całym, PRZESTAŃMY SZUKAĆ DZIURY W CAŁYM! Ja nigdy nie chciałem robić czegoś, czego nie lubię. Łatwiej wstaje się rano do pracy z myślą, że to się lubi i jest to całe twoje życie. Dziwię się, że nie wszyscy potrafią to zrozumieć. Lubisz swoją pracę, lubisz sport?

No jasne.

K: No właśnie! Więc robisz wywiady, piszesz teksty, oglądasz mecze – żyjesz tym. Pomyśl sobie, że teraz masz napisać tekst o sztuce albo zrobić wywiad z historykiem – ciekawy gość, ale to nie twoja bajka, nie twój klimat. I co, też się tak uśmiechasz? Że dostałeś polecenie pojechania do Sejmu i zrobienia wywiadu z politykiem? No co – praca to praca! Ale mimo wszystko czujesz różnicę. Więc ja się bardzo angażuje w swoją pracę, często za bardzo, ale taki już jestem.

Kacpa to człowiek, który świetnie odnajduje się w każdej roli związanej z koszykówką. Dzieje się tak dzięki jego zaangażowaniu i energii którą oddaje tej dyscyplinie. To właśnie jego energia pozwala na super kontakt z uczestnikami jego imprez i też dzięki niej często działa spontanicznie, co wpływa na unikatowość jego działań – Kamil Leśniewski – kierownik projektów edukacyjnych i trener koszykówki w Uks7 Trefl

„Nie mogę teraz rozmawiać, bo prawdopodobnie robię właśnie pompki”

Podoba mi się to, że rozmawiamy dwie godziny po tym wydarzeniu, teoretycznie dzieciaki mogłyby się już dawno zawinąć do domu, a spora część z nich została i sprząta, pomaga, pytają, co mogą jeszcze zrobić, by hala była czysta.

K: To jest piękne. Starym osiedlowym zwyczajem każdy mógłby zawinąć się na pięcie i nie zrobić nic. W sumie nawet nie miałbym do nikogo o to pretensji – to nie należy do ich obowiązków. One widzą potrzebę, nie czekają na polecenia. Garną się do pomocy. Zawsze powtarzam, że do wychowania jednostki, potrzeba całej wioski. Sukces jednej osoby buduje się dzięki wielu ludziom, którzy biorą w tym wszystkim udział. Niedostrzeganie tego faktu uważam za spory problem. Mało jest u nas takiego myślenia: „Hej, skrzyknijmy się, zróbmy coś razem!” Trochę każdy jest kowalem swego losu, każdy chce bezpośrednio wpływać tylko na siebie, nie interesuje go los najbliższego kolegi z zespołu.

Dla mnie Kacpa to mega pozytywna postać, człowiek orkiestra, jest wszędzie. Ma zajebiste podejście do dzieciaków i potrafi zarażać pozytywną energią do sportu. Uważam, że każda dyscyplina powinna mieć swojego Kacpę – Piotr Zeszutek, reprezentant Polski w rugby.

Wszystko zależy od chęci.

K: Kiedyś, pewnie z cztery lata temu, gdy jeszcze prowadziłem w Wiśle Kraków drużynę dzieciaków, wpadłem na pomysł z moim kumplem, żeby zrobić pokazowy mecz właśnie tych 13-latków. Wymyśliliśmy to w czwartek, a mecz był w środę – jakoś tak, nie mieliśmy nawet tygodnia czasu. Zrobiliśmy plakat tego wydarzenia, zaprosiliśmy ludzi, nagraliśmy filmik na Youtube’a – chcieliśmy obudować te wydarzenie. Przyszło ponad 300 kibiców i zwykła gierka dzieciaków, tak naprawdę bez żadnej stawki, wygenerowała ogromne zainteresowanie kibiców. Zapełniliśmy halę i od razu pojawiły się emocje, rywalizacja, dodatkowe aspekty, których początkowo nie zakładaliśmy. To pokazuje, że jak się chce, to można. Takich historii w moim życiu jest mnóstwo, ale potrzeba do tego odrobiny szaleństwa, co często sprawia, że ludzie nie traktują mnie poważnie. Ich strata.

Problem w tym, że nie zawsze się chce.

K: Druga historia. Jeżdżę dużo po Polsce, mam znajomych w wielu miastach. Gdy spędzam czas w jakimś mieście często dzwonię do ludzi, którzy działają w tamtej okolicy w sporcie i mówię, że mogę za darmo poprowadzić dzieciakom trening motywacyjny, bo akurat jestem na miejscu.  Spotkać się z nimi, pogadać, być może dać im szansę otworzenia się na pewne argumenty, poszerzenia horyzontów. Co słyszę w zamian? – Nie, dziękuję, nie ma na to czasu, kiedy indziej!

Przykro, że te same osoby później mówią, że jest mało promocji koszykówki w naszym kraju.

Nasza pierwsza rozmowa telefoniczna nie była zbyt udana, nie udało nam się spotkać. Następnego dnia gadaliśmy i zanim zacząłem się tłumaczyć to powiedziałeś, że nie ma co dyskutować o tym, co było, tylko o tym, co dopiero przed nami.

K: No bo na to, co było, nie mamy już żadnego wpływu – to się nie zmieni.  Nie ma sensu tracić na to nawet sekundy naszego życia.

Nie masz problemu z tym, że nie grałeś nigdy w koszykówkę na najwyższym poziomie? Nie masz przez to autorytetu i jesteś porównywany – nie wiem – do Marcina Gortata?

K: Nie, bo osiągam sukces w tym, co robię. Nie grałem nigdy w 1. lidze, nie grałem w kadrze Polski, ale współpracuję ściśle z ludźmi, którzy byli na wszystkich najwyższych levelach w tym sporcie i między innymi to uważam za skalę swojego sukcesu.

Pracą trenera zacząłem się zajmować w roku 2009. Miałem wtedy 22 lata. Miałem zawsze smykałkę do tego, żeby kogoś uczyć. Pojechałem na turniej jako uczestnik, a warto podkreślić że wtedy w klubie grałem naprawdę niewiele. Dostałem propozycję, żeby poprowadzić zajęcia z kozła. Bardzo mi się to podobało. Naprawdę złapałem bakcyla, że mogę przekazywać swoją wiedzę i zademonstrować swoje umiejętności, a ktoś naprawdę się tym interesuje i próbuje mnie naśladować.

Kacpa jest wulkanem pozytywnej energii. Jest to człowiek z amerykańską mentalnością, stara się wszędzie dostrzegać pozytywy. Nieważne, w jak trudnej sytuacji się znajdzie, i tak będzie doszukiwał się plusów. Miałem przyjemność z nim współpracować i zauważyłem, że podczas imprez stara się tym swoim optymizmem zarażać uczestników. Do tego posiada dużą wiedzę dotyczącą treningów koszykarskich jak i mentalnych. Ja zawsze wychodziłem z jego eventów koszykarskich naładowany pozytywną energią i chęcią dalszego działania. Fajnie by było, gdyby w środowisku koszykarskim w Polsce było więcej tak pozytywnie zakręconych osób – Cezary Trybański.

Celem takiej osoby jak ty jest, aby mieć swojego wychowanka, który kiedyś będzie grał w reprezentacji Polski?

K: Na pewno to byłoby fajne, ale bardzo trudno, żeby dzieciak „dotknięty” został przeze mnie jako pierwszy. Ja nie pracuję w klubie, więc jak ktoś przychodzi do mnie na zajęcia, to już miał swojego opiekuna, który uczył go podstaw koszykówki. Mam jednak nieco nieszablonowe podejście do tego czym jest sukces. Weronika Hipp, młoda koszykarka która u mnie trenowała i bardzo wyróżniała się na tle swoich rówieśniczek, niejednokrotnie jako 15-latka rzucała w jednym meczu nawet osiem „trójek”. Inny zawodnik, który u mnie trenował, był w szoku, jak można zdobyć tyle punktów. Pracowaliśmy nad tym, długo o tym dyskutowaliśmy, często wracał do jej osiągnięć. Rok później sam podczas jednej połowy zdobył siedem „trójek”. To dla mnie znaczy wiele więcej, to mnie właśnie motywuje.

 

Kacpa? Na pewno robi dużo dobrego dla polskiego kosza i jako jeden z niewielu z aż takim zaangażowaniem podchodzi do trenowania dzieciaków. Dlaczego nie został profesjonalnym koszykarzem? Z tego co pamiętam, to od zawsze miał pociąg do trenerki. Interesowało go przekazywanie wiedzy innym. Na pewno nie miał warunków fizycznych do tego, żeby grać na najwyższym poziomie, ale i tak jest znakomitym koszykarzem. Naprawdę, w niczym nie odstępuje tym, którzy zawodowo uprawiają tę dyscyplinę sportu. – Marcin Stefański, kapitan Trefla Sopot.

 

Jakub Borowicz
Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem