“Nie czuliśmy żadnego strachu”

Dwa mistrzostwa Polski, dwa mecze w reprezentacji, dwa kluby w Polsce i dwa profesjonalne w Niemczech. Daniel Bogusz to nie był jednak zawodnik drugiego planu, bo w grającym w Lidze Mistrzów Widzewie, wystąpił niemal od deski do deski i zapisał się w historii łódzkiego klubu na zawsze. Wg Andrzeja Pawelca – niedoceniany. Czy był bliski powrotu do Polski wraz z Gino Lettierim? Co stanowiło o sile Widzewa z połowy lat 90.? Kto rzucał butem w kierunku trenera w szatni? Zapraszamy na rozmowę z wracającym do kraju, byłym zawodnikiem Widzewa i Arminii Bielefeld.

 

Tomasz Łapiński: “jak się już przykleił do rywala, to nie było na niego silnego”

Tomek Łapiński opowiada o meczach w europejskich pucharach, jakby to było wczoraj. Ty też to wszystko potrafisz odtworzyć?

Pamiętam raczej niektóre bramki i przeciwników.

Nazwiska rywali do dzisiaj robią wrażenie. Ricken, Herrlich, Amoroso, Bierhoff, Chiesa, Trezeguet.

Ludovic Giuly, John Arne Riise. Było ich trochę…

W Widzewie stanowiliście monolit. Jak bym powiedział, że byliście dla siebie jak bracia, to bym przesadził?

Na pewno nie. W każdej drużynie ci co nie grają są niezadowoleni, ale w Widzewie starsi Szczęsny, Łapa, Dembiński, Majak robili tak, że ci rezerwowi czuli się tak samo ważni. Żadnych podziałów.

Wy wtedy spędzaliście bardzo dużo czasu razem, chyba więcej we własnym gronie niż ze swoimi partnerkami?

Zgadza się, my już dzień wcześniej wyjeżdżaliśmy na zgrupowanie do Dobieszkowa nawet przed meczami u siebie, więc gdy graliśmy co 3 dni, to nas właściwie nie było w domu. Powiedziałem kiedyś trenerowi w Niemczech – Mathiasowi Minke o tym, a on do mnie, że to niemożliwe, że teraz nikt by tak nie chciał.

I nie mieliście siebie dosyć? Nie było przesytu i konfliktów?

Nas bawiła piłka i budowały zwycięstwa. Ale to wszystko kosztowało nasze rodziny i teraz mogę to powiedzieć, nie tylko na moim przypadku, że rodziny się po prostu rozpadały.

To chyba jeden z największych minusów gry w piłkę. Brak czasu dla najbliższych?

Grasz co trzy dni, wyjeżdżasz dzień wcześniej, wracasz – znowu trening, a następnego dnia już wyjeżdżasz, wracasz, znów trening itd.

Spotkałeś jeszcze gdzieś później lub wcześniej taką więź między zawodnikami w drużynie?

Nie, nigdy. Później oczywiście w Widzewie trochę to już słabło, bo po Lidze Mistrzów z roku na rok coraz więcej chłopaków odchodziło.

A propos Ligi Mistrzów. Niezależnie od tego z kim wówczas graliście, to taktyka była taka sama: na nich.

Jak oglądam teraz te mecze, to się łapię za głowę. Żadnej kalkulacji i obaw. Mieliśmy grać do przodu i ofensywnie – to graliśmy. Odbiór zaczynaliśmy już od napastnika i często w obronie nie mieliśmy za dużo roboty, bo chłopaki czyścili dużo wcześniej. Ja do dzisiaj mówię, że Łapa to mógłby sam grać wtedy w defensywie. Ratował takie sytuacje…

Jak w Bukareszcie ze Steauą gdzie wjechał wślizgiem w polu bramkowym ale nabił Ciebie na samobója?

Do dzisiaj się dziwię, że robił wślizg w takim miejscu na boisku i jak widać wtedy chyba byłem równie zdziwiony (śmiech)

Ile jest prawdy w tym, że podwaliny pod grę zespołu Smudy zrobił Śp. Władysław Stachurski? On dał taktykę, a Smuda dołożył przygotowanie fizyczne?

Trener Stachurski to wspaniały człowiek. Też kładł nacisk na przygotowanie fizyczne. Ale te obozy u Smudy to dobrze pamiętam. Jeździliśmy m.in. do ośrodka Buk w zimę. Czasem mieliśmy nawet trzy zgrupowania i trzeba było te swoje kilometry przebiec. Było ciężko, ale jak miało się takiego Wycisza (Zbigniew Wyciszkiewicz), który po dwóch godzinach w górach szedł jeszcze sobie pobiegać…

A wy myśleliście: „dobra, idziemy z nim”?

On był często dużo przed nami i ciągnął nas żebyśmy gonili, ale na te dodatkowe zajęcia to z nim raczej nikt już nie miał ochoty iść (śmiech)

O tobie osoby związane z tamtym, mistrzowskim Widzewem mówią w samych superlatywach – ułożony, skromny, milczący rzemieślnik, pracowity, pewny w tym co robił. Można powiedzieć, że Daniel Bogusz to kandydat na idealnego zięcia, dla wymagającej teściowej.

Nie no, ja też byłem nerwowy, ale przeżywałem to raczej wszystko samemu w domu.

Wiadomo, że mecz – zwłaszcza przegrany – wraca do Ciebie jak film. Gdy kładziesz się spać tego dnia, rozgrywasz go na nowo w swojej głowie. Każdy piłkarz chyba tak ma.

Trudno od tego uciec, ale jak nie przegrywasz to nie widzisz swoich błędów, a wtedy właśnie wszystko zauważasz jeszcze raz. Trujesz sobie głowę i jednocześnie planujesz co zrobić lepiej. Tłumaczę synowi, żeby się nie przejmował jak coś nie wyjdzie, że pogadamy o jego meczu, ale dajmy sobie jeden dzień na przemyślenie, analizę. Masz następny mecz i tam się poprawisz, a nie rozpamiętuj.

Jakub Bogusz śladami ojca, rozpoczyna grę w Polsce od juniorów Jagiellonii Białystok (fot. Cyfrasport)

Pojawiłeś się z nim w Łodzi w poprzednie lato. Testował go Widzew, ale nic z tego nie wyszło.

Kuba dopiero co zdał w Niemczech maturę i zrobił prawo jazdy. Do tego złożył papiery na Uniwersytecie Łódzkim i dostał się na Germanistykę. Wybrał jednak Białystok i grę w drużynie CLJ Jagiellonii. Tam poszedł ostatecznie na Uniwersytet. Decyzja o wyjeździe do Białegostoku była jego. Trener Cecherz, u którego brał udział w testach w Widzewie mówił, że w kadrze by się na pewno znalazł, ale wybrał jak wybrał. Nie wtrącam mu się w takie sprawy.

Jakub Bogusz przeszedł szkolenie wg niemieckiego modelu. Co traktujesz jako jego najważniejszy element?

W Niemczech, w pierwszych dwóch latach szkolenia dzieciaki trenują głównie grę 1 na 1 w ofensywie i w defensywie jako bazę do dalszego rozwoju. Musisz najpierw umieć kontrolować piłkę i co najważniejsze umieć tę kontrolę wykorzystać w grze z przeciwnikiem. Na kolejne dwa lata przypada już bardziej nauka gry w formacjach – przy czym każdy chłopiec musi przejść przez grę w każdej z nich, by zobaczył na czym polega gra na danej pozycji w określonej formacji – później, po kolejnych 2 latach są to już głównie taktyczne gry przygotowujące do dorosłego grania. Jak masz już osiemnastolatka, to trenerzy seniorów dostają pełnego zawodnika, oni już umieją grać 1 na 1 i nikt ich tego nie uczy wśród dorosłych. W ogóle, w tym systemie dziecko ma rok, góra dwa, żeby pokazać czy nadaje się do gry, czy ma wystarczające umiejętności. Odstajesz? Odchodzisz.

Tomek Łapiński mówi, że w Polsce jest za dużo taktyki i nauki asekuracji, a za mało odpowiedzialności indywidualnej i właśnie gry 1 na 1. W Niemczech to podstawa uczona od najmłodszych lat.

Musisz umieć grać 1 na 1, taktyka oczywiście tam jest później kluczowa, ale trenerzy są pewni, że jest już baza u tych zawodników i nie muszą cofać się do elementarza.

Znasz to, bo sam prowadziłeś zespół juniorów TSV Steinbach.

Ja trenowałem 16-latków w TSV. Odszedłem ze Sportfreunde Siegen przez finanse. Do klubu wszedł komornik i upadł. Sześć lat pracowałem też z pierwszą drużyną TSV i właściwie rok po roku awansowaliśmy wyżej i zabrakło nam niewiele do wejścia do 3 ligi. A w Niemczech 3 liga to już są profesjonalne rozgrywki, ale i skomplikowany system premiowania awansem do niej. Jak wejdziesz, to jesteś już u wrót prawdziwej piłki, a nam prawie się to udało. Musisz mieć już wtedy swoją akademię, stadion na 10 tys. miejsc, ale przede wszystkim masz już pieniądze dla klubu za transmisje TV.

W 3 lidze?

Transmitują to już normalnie regionalne stacje, zresztą mecze 4 ligi również można oglądać. To już są na tyle duże pieniądze, że klub zaczyna inaczej funkcjonować.

W Niemczech zetknąłeś się z „kilkoma” ciekawymi osobami. Np. Andrzej Rudy, który krótko trenował was w Sportfreunde Siegen, a także Jan Kocian.

Rudy był u nas krótko. Wyciągnął nasz zespół ze strefy spadkowej do środka tabeli, ale w kolejnym sezonie już nie mieliśmy wyników i go pożegnano. A Kociana bardzo miło wspominam. Zrobił z zespołem trochę punktów, ale przez to że…mieliśmy zaśnieżone boisko musieliśmy grać na wyjeździe trzy mecze i to pogrzebało pozostanie Kociana w Siegen, bo je przegraliśmy. Ale to co pamiętam, to że na pewno zrobił fajną atmosferę w zespole i chciało się z nim grać.

Podobnie jak w Ruchu, gdzie na takim entuzjazmie wprowadził Niebieskich do gry o europejskie puchary.

Może gdyby był bardziej stanowczy to i w Niemczech, i w Polsce zrobiłby jeszcze więcej.

W barwach Arminii Bielefeld

Jesteś bardzo wyważony w opiniach. Może z tym swoim stoicyzmem powinieneś wchodzić do szatni drużyn w przerwach i działać jak melisa?

Wiesz, ja też byłem przecież i asystentem i pierwszym trenerem i wiem, że zawodnicy potrzebują różnych bodźców w przerwie. Widziałem wiele odpraw, pracowałem z wieloma trenerami i czasem młodzi mówili „ty bo ja zaraz zasnę”, a czasem bywały bardziej ekstremalne historie.

Na przykład?

Benno Mohlmann, trener który ściągnął mnie do Arminii to bardzo spokojny i ułożony człowiek. Piątka dzieci, dobry tata. A w szatni trafił na Ansgara Brinkmanna – „białego Brazylijczyka”, porywczego, czy wręcz szalonego człowieka i na boisku i poza nim. Z nim to się regularnie coś działo w szatni, bo mu się na przykład nie spodobało, że robimy analizę przeciwnika. Wstał i stwierdził, że jemu się nie chce tego słuchać bo i tak jest lepszy niż rywale i rzuca nagle butem w tablicę taktyczną, że to wszystko bez sensu.

I co Mohlmann na to?

Pełen profesjonalizm. Kończył odprawę, a Brinksmann miał później indywidualną rozmowę i karę,  żeby przy drużynie nie grzać atmosfery. Można było chwilami powiedzieć, że on naprawdę jest niezrównoważony. Czasem też nie wracał na noc do hotelu na zgrupowaniach. Wiesz, profesjonalny znany zawodnik Bundesligi. Miał dużo problemów poza boiskiem, a jednocześnie był bardzo dobrym piłkarzem, więc w klubie też chcieli wszystkie reakcje wyważyć.

Ale to jego odloty nie wpływały źle na drużynę? Artur Wichniarek nie należał raczej do takich, którzy siedzą cicho. Nie mieli ze sobą jakiś tarć?

Na pewno mieli, ale Artur miał taką pozycję w Arminii, że nikt tam nie śmiałby oficjalnie wchodzić z nim w konflikt.

Ile prawdy jest w historii z Gino Lettierim i doniesieniami o tym, że miałeś być drugim trenerem w Koronie Kielce?

Z Lettierim spotkałem się w 4 lidze, gdy prowadził FSV Frankfurt, a ja byłem wówczas II trenerem TSV i graliśmy przeciw sobie zdaje się w Pucharze Niemiec, ale nie znałem się ani z Lettierim, ani z właścicielem Burdenskim, a o całej historii dowiedziałem się od Piotrka Wołosika, który zadzwonił i mnie pyta „co ty w Koronie już jesteś?”. A ja nic o tym nie wiem. Ale jestem pod wrażeniem wyniku Lettieriego w Koronie. Na początku był źle przyjęty. Przychodził przecież jako trener, który spadł z Frankfurtem do 4 ligi.

A tu nagle ma prowadzić zespół w Ekstraklasie. Ale też ludzie go nie polubili chyba trochę z powodu „afery klapkowej”. Dla samej zasady, że co on nam tu z Niemiec przyjechał i będzie rządzić czy mogą chodzi do stołówki w klapkach czy nie. A tu się okazuje, że od zmiany obuwia na posiłki, do walki o europejskie puchary jest mały krok.

Tam jest dyscyplina pracy, dyscyplina gry i w życiu codziennym też jest dyscyplina. Każdy wie, kto za co odpowiada. Jak czegoś tam nie zrobisz, to cię nie wyrzucą od razu, ale drugiej szansy ci już nie dadzą.

Czyli to kolejny przykład na to, że wyniki buduje się szatnią.

Ale najtrudniejsze, to znaleźć dla trenera złoty środek pomiędzy byciem szkoleniowcem, kolegą i psychologiem. Ja miałem taką sytuację w TSV, że byłem drugim trenerem więc grałem normalnie z chłopakami na zajęciach, śmialiśmy się, żartowaliśmy. Ale przyszedł czas gdy objąłem stanowisko pierwszego trenera i miałem problem, bo wcześniej za blisko wszedłem w drużynę i to jest wg mnie największy błąd jaki może popełnić szkoleniowiec. Znaleźć się w zbyt luźnych relacjach z zawodnikami.

Ty to w ogóle jesteś trochę zamknięty w sobie, aż nadto spokojny. Tak Cię zresztą opisują koledzy z tamtych lat.

Może i tak. Może gdybym się bardziej rozpychał łokciami, to osiągnąłbym więcej? Ale prawdę mówiąc ja nie potrzebuję być na pierwszej stronie, wolę zrobić swoją pracę i nie odczuwałem potrzeby, by stać w pierwszym rzędzie.

Jak to się w ogóle stało, że opuściłeś Białystok i trafiłeś do Widzewa?

Grajewski przyjechał po mnie we wrześniu czy w październiku i pojechałem (śmiech). Wcześniej byłem zresztą w lato na obozie z Widzewem, ale wtedy transfer nie doszedł do skutku i chwilę zajęło zanim trafiłem do Łodzi. Mało brakowało zresztą żebyśmy we czterech z Tomkiem Frankowskim, Markiem Citko i z Jackiem Chańko trafili do Legii. Byliśmy już nawet na spotkaniu w Warszawie z prezesem Romanowskim ale też nie wyszło.

Was czterech miało przejść do Legii?!

Czy czterech to nie wiem, ale byliśmy tam wtedy wspólnie i trener Ryszard Karalus , który można powiedzieć, że nas reprezentował. Graliśmy przecież wszyscy w kadrach juniorskich, więc kluby się interesowały.

Mieliście kapitalnych juniorów w Jagiellonii. Oprócz Was – Piekarski, Jurkowski..

Był taki mecz w barwach Jagiellonii, gdy przegraliśmy 7-1 z GKS Katowice. Trener Ryszard Karalus wystawił wtedy chyba siedmiu osiemnastolatków do pierwszego składu. Nie wiem czy ktoś inny by się zdecydował na coś takiego, ale rzeczywiście mieliśmy w Jagiellonii świetnych młodzieżowców, kilka dobrych roczników.

A zanim weszliście do I zespołu podawaliście piłki na meczach Jagi. Próbuję sobie wyobrazić małego Tomka Frankowskiego, Daniela Bogusza czy Marka Citkę jak biegają za linią.

Podawaliśmy m.in. na słynnym meczu z Widzewem po awansie do I ligi, gdy było ponad 30 tys. kibiców. Ludzie siedzieli obok nas na bieżni. W Widzewie akurat wtedy Tomek Łapiński debiutował w I lidze, a ja podawałem piłki. Sześć lat później byliśmy już razem w Widzewie.

Twoje czasy szkolne w Białymstoku to niezła śmietanka towarzyska. Citko, Chańko, Piekarski a nawet przyszły dziennikarz Piotr Wołosik – chyba było wesoło?

Był taki czas, że ja miałem ok 500 godzin nieusprawiedliwionych w roku, ale głównie przez wyjazdy, mecze, zgrupowania kadry i pierwszej drużyny…

Czyli znowu nie ma historii gdzie Daniel Bogusz robiłby coś nagannego? Daniel Bogusz miał kilkaset godzin nieusprawiedliwionych nie przez wagary, a przez grę w piłkę.

Nie no były sytuacje czasami, że debatowaliśmy z chłopakami po powrocie z kadry, czy warto iść na jakąś lekcję, bo akurat ma być klasówka, no i zdarzało się, że decyzja była na „nie”. A później przyszło do wystawiania ocen, cała klasa po dziesięć stopni, a u nas dwa, może trzy. I wystaw teraz z tego ocenę roczną (śmiech). Ale raczej mieliśmy ugodowych nauczycieli i nadrabialiśmy lekcje w innych klasach.

Za aktywność na zajęciach chyba nie zbierałeś ocen?

No nie było kiedy.

Rozrabialiście?

Ja to byłem raczej spokojny.

Czemu mnie to nie dziwi?

Jacek Chańko też, ale Citek to tam trochę miał za uszami, nie był wcale taki spokojny. Ale przede wszystkim nad nami był trener Karalus. Spędzaliśmy z nim naprawdę dużo czasu, więc był dla nas kimś więcej niż tylko trenerem. Jak ojciec chronił nas przed głupotami i pokazywał czego nie wolno. Miał tam zresztą zawsze ze sobą klapek na wszelki wypadek gotowy do użycia, ale my bardzo się go słuchaliśmy. Była ogromna dyscyplina u niego w zespole. Pilnował żebyśmy nie rozrabiali. Wspaniały człowiek.

Na treningu w Widzewie podczas testów syna (fot. Cyfrasport)

Jedna rzecz jest dzisiaj dla mnie trudna do zrozumienia. Grałeś w LM gdy byłeś w najlepszym możliwym wieku, by wyjechać na zachód. Miałeś 23 lata, świetnie prezentowałeś się na boisku i jak na młody wiek byłeś już doświadczonym zawodnikiem. Nie było tematu transferu, czy może nigdy się nie dowiedziałeś czy ktoś o Ciebie pytał?

Z mojej strony nie było mowy o żadnym transferze. Dobrze się czułem w Widzewie. I naprawdę się cieszę, że te dziewięć lat przegrałem w Łodzi. A czy były oferty? Niewykluczone że tak, ale mogłem nawet o tym nie wiedzieć. Nikt z prezesów nigdy do mnie nie przyszedł z taką informacją. Wyjechałem rzeczywiście już trochę późno, jak miałem 28 lat, więc walcząc z kontuzjami zagrałem w Arminii 4 sezony i nagle okazało się, że mam już 32 lata i niewiele możliwości.

A z Polski nikt nie dzwonił? Słyszałem o zainteresowaniu Wisły Kraków w erze Bogusława Cupiała.

Rzeczywiście rozmawialiśmy luźno telefonicznie, ale nigdy tam nie pojechałem i do mnie z Krakowa też nikt nie przyjechał. Padały jakieś kwoty w tych rozmowach, ale nic z tego nie wyszło. Byłem skłonny grać dalej w Polsce, ale prawdę mówiąc nie chciałem koniecznie odchodzić z Widzewa i zarabiać jakichś wielkich pieniędzy, bo ja się tu po prostu dobrze czułem. Nigdy nie pędziłem za pieniędzmi. Jak opowiadam w Niemczech, że sześć miesięcy nie mieliśmy pensji w Widzewie, to każdy puka się w głowę, ale my po prostu chcieliśmy grać razem. Każde zwycięstwo napędzało nas jeszcze bardziej. Była perspektywa, że kiedyś te pieniądze dostaniemy i tak funkcjonowaliśmy.

Pieniędzmi z Ligi Mistrzów zasypano ligowe zaległości, ale już zabrakło na pokrycie tego co mieliście obiecane za grę w LM…

To były polskie warunki wówczas, ale dzisiaj zupełnie na spokojnie do tego podchodzę. Było wiele historii pokazujących przepaść między polskim, a zachodnim futbolem. U nas braliśmy sami sprzęt do siebie i praliśmy. Na zgrupowaniach nie było takiej organizacji. Dostawaliśmy wór z rzeczami treningowymi do rozdzielenia i każdy się tam kotłował i wybierał co najlepsze. To czasem po prostu w parę osób siadaliśmy w drugim pomieszczeniu i czekaliśmy jak tam kurz opadnie i braliśmy co zostało.

A tam koszulka z nr 15, a spodenki z 19 i jedna getra biała, a druga czerwona?

Co było to brałeś. Nie było jak teraz, że przychodzisz na trening a tu czekają na Ciebie już wypastowane buty, które zresztą zmieniasz co parę tygodni. Wcześniej, jak mieliśmy swoją parę np. Copa Mundiali Adidasa, to mam je do tej pory i mógłbym w nich jeszcze grać.

To były buty nie do zdarcia jak dawne VW Golfy.

Tak, coś w tym jest. Teraz też tłumaczę synowi, żeby dbał o buty, o swoje rzeczy, bo to też jest część jego zawodu i świadczy o nim samym.

Graliście szybką piłkę i byliście świetnie przygotowani do występów na najwyższych obrotach przez cały mecz. Czy wy nie trafiliście po prostu na złe czasy? Gdybyście urodzili się z 10 lat później, to po takiej Lidze Mistrzów, w Widzewie zostałby tylko magazynier w kolejnym sezonie.

Mieliśmy naprawdę świetną drużynę, prawdziwy kolektyw. Nie czuliśmy żadnego strachu. Po stracie piłki nie budowaliśmy pozycji w obronie, tylko jak najszybciej odbieraliśmy piłkę z powrotem. Trener Smuda dokręcał nam śrubę, ale to pozwoliło nam później na taką grę. No i dyscyplina w szatni – ja w ogóle bałem się odezwać do trenera na początku. Przy całej drużynie, to też tylko wybrani mogli odezwać się i polemizować ze Smudą, dawać pomysły czy komentować. Młodzi nawet nie pomyśleliby żeby zabrać głos. Radek Michalski, Łapa, Sławek Majak, Szczęsny, Dembiński – oni mogli dyskutować z trenerem. Na treningu jak ktoś się zagapił czy zrobił coś czego nie powinien na swojej pozycji, to Smuda momentalnie przerywał grę i pioruny latały w powietrzu, więc każdy był maksymalnie skoncentrowany. Ale nie było też tak, że się go tylko baliśmy.

Wiele razy pomylono cię z Marcinem Bogusiem?

Bywało, ale tylko z racji na nazwisko. Ktoś tam do mnie przychodzi i mówi że pamięta mnie jak grałem i właśnie tworzyliśmy ten blok obronny: Łapiński, Siadaczka, Boguś i mówiąc to – patrzy na mnie (śmiech). To tylko przytakiwałem.

Uli Borowka?

Miał swoje problemy i historie w Widzewie, ale trzeba pamiętać, że to był reprezentant Niemiec. Jak jeździliśmy z rana do Lasu Łagiewnickiego biegać, to skrzynka wody była dostępna dopiero po treningu, wiec on czekał na zakończenie, jak na zbawienie, a w zimę brał śnieg w ręce i tym się ratował. Słyszałem, że w Niemczech prowadził później spotkania o uzależnieniach i pomagał ludziom, którzy mają z tym problem, a nawet wydał książkę na ten temat.

A Ty będąc w Łodzi gdzie mieszkałeś?

Na Widzewie w wieżowcu na ul. Gorkiego. Później na Tansmana, drzwi w drzwi z Michalczukiem. To już było niebezpieczne (śmiech).

Jadaliście wspólnie rosół na obiad w niedzielę?(śmiech)

Rosół, śniadania, kolacje. Zdarzało się często.(śmiech)

A po meczach znów się widzieliście w mieszkaniu?

I graliśmy trzecią połowę.

Chyba czwartą, bo trzecia była w Pubie Johnny Bull?

Nie no to już narosło dużo legend wokół tego. My graliśmy tyle meczów, że nie mogliśmy pozwolić sobie na jakieś pijaństwo. Rano zresztą było roztrenowanie zawsze na drugi dzień. To był po prostu mile spędzony czas po meczu, dyskusja, śmiechy. Swego rodzaju tradycja, że jak był mecz, to po nim jeszcze wszyscy razem do Bulla.

Czyli cementowanie tego, co i tak było już jak skała?

To było fajne, bo spotykaliśmy się wszyscy. Żadnych podziałów, grupek. Dziewczyny, żony były wściekłe czasem na nas, ale to był nasz rytuał jak rozruch na drugi na dzień. Było też i tak, że po którymś meczu rodzina do mnie przyjechała, a ja mówię że sorry ale jeszcze muszę wyjść i pojechałem do chłopaków do Bulla. Dzisiaj ktoś powie, że to nienormalne, ale w sezonie każdy wiedział co wolno, a czego nie i gdzie są granice.

Wciąż nie mogę wyjść z podziwu, jak wy nie mieliście siebie dosyć?

Dzisiaj to nie do pomyślenia. Zawodnicy nie mają chęci żeby spędzać ze sobą tyle czasu. A my jak była wolna chwila, to jechaliśmy do kawiarni w klubie u Basi, bo zawsze się tam ktoś przewijał. Bywało i tak, że jechałem tam na śniadanie, które stanowiło Prince Polo i kawa (śmiech)

Ale nie z racji na zaległości finansowe?

Nie no aż tak źle nie było, ale u Basi ktoś zawsze był, więc się przyjeżdżało. Przychodził też do nas trener Smuda.

I odprawę zaczynał w kawiarni?

Wchodził, a my milknęliśmy. Dopiero jak zagaił, to zaczynała się rozmowa. Trudno to opisać wszystko, jak my razem funkcjonowaliśmy w Widzewie, bo to się raczej już nigdy, nigdzie nie powtórzy.

Rozmawiał Arkadiusz Stolarek

 

Typuj wyniki
na
LV BET zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Komentarze