Franciszek Smuda przed najbliższym meczem Widzewa Łódź stwierdził, że jego drużyna nie będzie grała widowiskowo. Na taki styl gry będzie można liczyć dopiero w Ekstraklasie, choć znając zmienność decyzji „Franza” – niczego nie można być pewnym. Kibice podzielili się na dwa obozy: tych, których obchodzą tylko i wyłącznie wyniki, a także tych pragnących czegoś więcej.

Obserwując jednak ostatnie spotkania czerwono-biało-czerwonych i rozwój drużyny, którego – pomimo dobrych transferów – trudno zauważyć, wysokich zwycięstw i totalnej dominacji spodziewać się należy raczej później, niż wcześniej. O ile w ogóle. W stwierdzeniu Smudy wszystko stoi na głowie, a logika nie wie, co się dzieje. W trzeciej, drugiej i pierwszej lidze ma być brzydko, ale skutecznie. Show widzewiacy zrobią dopiero w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Umówmy się: to utopia. Tuż po awansie do Ekstraklasy, jeśli ten w ogóle nastąpi pod wodzą Smudy, zmieni się retoryka. Celem będzie utrzymanie/awans do ósemki, a stylu jak nie było, tak nie będzie.

Według obecnej idei trenera Widzewa z Lechem Poznań i Legią Warszawą łodzianie mają grać lepiej w piłkę, niż z Huraganem Morąg czy MKS-em Ełk. Anglicy nazywają takie plany „wishful thinking”, czyli myślenie życzeniowe. Fajnie takie słowa mówić, bo odsuwa się wymagania kibiców w czasie aż o trzy lata. Nikt wtedy nie będzie pamiętał, że „przecież w trzeciej lidze obiecywano…”.

Dziwne natomiast, że nie pamięta się tego, co mówiono przy al. Piłsudskiego 138 jeszcze jesienią. Zwolniono Przemysława Cecherza na podstawie sparingów, w których udawało się wygrywać czy remisować, ale nie podobał się działaczom styl gry drużyny i postawiono na Franciszka Smudę. Wtedy doszło do czegoś dziwnego: drużyna odpaliła, grała pięknie, wygrywała wysoko. Znacznie lepiej, niż po kilku miesiącach pracy z byłym selekcjonerem, co też daje wiele do myślenia.

Pamiętam, jak po którymś z meczów, wygranym pewnie i w okazałych rozmiarach, zapytałem Franciszka Smudę: „Teraz jest już chyba trener zadowolony?”. On jednak, tak jak po poprzednich spotkaniach, pokręcił tylko głową i stwierdził, że „to nie to”. Że lepiej to ma dopiero być, teraz jest słabo. Podobała mi się ta reakcja, napawała optymizmem. Trener nie przypuszczał pewnie wówczas, że jego drużyna zaliczy regres pod względem gry w piłkę, a on sam zmieni ton wypowiedzi na „zapomnijmy o stylu, obchodzi mnie tylko wynik”.

To droga donikąd. Dlaczego? Trzeba sobie odpowiedzieć na pytania: skąd się bierze dobry wynik? I do czego służy dobry styl?

Wśród części kibiców Widzewa nastąpiło dziwne przekonanie, że między stylem i wynikiem trzeba wybierać. Że można mieć albo jedno, albo drugie. Tymczasem prawda jest taka, że końcowy sukces wynika albo z dobrej gry, albo ze szczęścia. Można liczyć na los i wygrywać, co pokazuje ostatnio Widzew, ale fortuna kołem się toczy. Raz się udaje, raz nie. Wielki sponsor, piękny stadion, niesamowita frekwencja – to też sprawia, że nie wypada opierać strategii sportowej na farcie.

Podobną taktykę obrał rok temu Przemysław Cecherz, choć jego można usprawiedliwić – miał dwanaście punktów straty, a także znacznie gorszą jakościowo kadrę i mocno ograniczony budżet transferowy. Trudno się na dodatek spodziewać, że w miesiąc zrobi z drużyny samograj, bo jest trenerem, a nie czarodziejem. Pomimo tego dla wielu wszystko szło dobrze, bo Widzew wygrywał.

Nic to, że nie grał dobrze, a niemal każde zwycięstwo okupione było nerwówką w końcówce. Drużyna Cecherza nie dominowała, tylko ślizgała się po kolejnych kolejkach. Dla wielu było jasne, że fart się kiedyś skończy. Gdy to nastąpiło, dla wielu było to szokiem. „Mają być wyniki, reszta mnie nie obchodzi” zamieniło się w „Ale jak to?! Wygrywali, było tak pięknie i nagle nie wygrywają?!”. Teraz scenariusz się powtarza: łodzianie grają piach, ale punktują za trzy, więc każde słowo krytyczne obracane jest w atak na klub. I myśl o tym, że taka seria może się skończyć jeśli widzewiacy się nie poprawią, nie jest w ogóle rozpatrywana.

Dobrze grać w piłkę chciałaby absolutnie każda drużyna na świecie, ale nie każda potrafi.

Dokładne podanie na dziesięć metrów, celny przerzut na drugą stronę boiska, precyzyjne dośrodkowanie, ciekawe prostopadłe podanie, ładny strzał – opanowanie przez zespół tych elementów zbliża, a nie oddala od osiągnięcia celu, czyli pozytywnego rezultatu. Stwierdzenie „nie będziemy dobrze grać, bo skupiamy się na wygrywaniu” jest nonsensem.

Nikt mi nie wmówi, że łatwiej zgarnąć trzy punkty, stwarzając przez całe spotkanie jedną dobrą sytuację i licząc na cud albo na słabość rywali. To drugie dominuje, co nie przeszkadza w modnym ostatnio zasłanianiu się „trudnością trzeciej ligi”. Nieważne czy rywalem jest ŁKS, czy GKS Wikielec – jeśli Widzew gra piach to nie dlatego, że nie potrafił stworzyć kilku akcji przez 90 minut. Wszystko przez to, że „liga jest trudna”.

Gdyby była trudna, tak grający Widzew nie miałby prawa punktować. Gdyby rywale nie grali jeszcze gorzej od łodzian, wygrywaliby w cuglach. Gdyby Olimpia Zambów oprócz mnóstwa ambicji miała także wysokie umiejętności piłkarskie, Maciej Humerski nie zostałby wybrany piłkarzem meczu, tylko musiałby wyciągać kilka razy piłkę z siatki.

To nie zarzut w kierunku innych drużyn, a naturalny stan rzeczy. Aleksandrów Łódzki, Tomaszów Mazowiecki, Wiekielec, Morąg, Ełk, Zambrów, Nowy Dwór Mazowiecki, Sulejówek – w porównaniu do Łodzi to niewielkie ośrodki, które mają drużyny na miarę potencjału kibicowskiego, organizacyjnego, infrastrukturalnego i finansowego. Nikomu nie trzeba tłumaczyć, że przy al. Piłsudskiego ten potencjał jest o wiele, wiele większy. Dlatego każde tłumaczenie „trudną ligą” nie tylko włożyłbym między bajki, ale i zaczął oskarżać o umniejszanie wartości marki „Widzew”.

Trudnym rywalem był Łódzki Klub Sportowy, który zdążył przez trzy lata otrzaskać się z trzecioligowymi realiami i zajął drugie miejsce. Trudnym przeciwnikiem była Drwęca Finishparkiet, która miała fajnych zawodników, dobrego trenera i bardzo zgrany zespół. Trudne było to, że Widzew dopiero raczkował, miał mnóstwo swoich kłopotów, dopiero oswajał się z nowym stadionem, a także trzy razy zmieniał trenera w trakcie rozgrywek.

Dlatego nie awansował, a nie dlatego, że „ta liga była trudna”. Nie była trudna, tak jak zwycięstwa 4:0 z MKS-em Ełk, 3:0 z Wartą, 4:0 z Turem, a w tamtych rozgrywkach 4:1 z Sokołem, 3:0 z Legią II… W tym sezonie też nie jest. Kto ma awansować, jeśli nie Widzew? Kto dysponuje większą bazą kibiców, większym budżetem, lepszym stadionem, a przede wszystkim: lepszymi piłkarzami? To ostatnie jest ważne, bo Widzew posiada zdecydowanie najlepszą kadrę. A pomimo to trudno mu stworzyć drużynę, która odskoczyłaby stawce na więcej, niż tylko dwa punkty.

„Człowiek ma w życiu albo wymówki, albo wyniki”.

Ten cytat idealnie pasuje do tego, co oglądamy w trakcie kolejnych meczów piłkarzy Widzewa. Przychodzący w rekordowych liczbach na stadion kibice przy Piłsudskiego 138 nie chcą widzieć wymówek, a dobre, pewne, wysokie zwycięstwa. Nie chcą oglądać „zdobycia trzech punktów z Huraganem Morąg”, bo to dla pamiętających półfinały Pucharu Europy z Juventusem, eliminowania Liverpoolu, remisu z Borussią Dortmund jest trochę uwłaczające.

Chcą widzieć nie tylko wygraną, ale także to, że w Sercu Łodzi buduje się coś większego. Że teraz jest trzecia liga, ale to też doskonały moment, by spokojnie zbudować fundamenty pod szturm wyższych lig. Patrząc na grę drużyny prowadzonej przez Franciszka Smudę jedyne, co się buduje, to kolejne zdania na konferencjach tłumaczące to, dlaczego – po ośmiu miesiącach, wielu transferach i zimowym okresie przygotowawczym – wciąż nie widać pracy, jaką wykonał były selekcjoner reprezentacji Polski.

Przypomina to trochę sytuację z Euro 2012. Na największy turniej organizowany w kraju nad Wisłą misję stworzenia drużyny dostał Smuda, który sobie z tym zadaniem nie poradził. Przez trzy lata miał wymówkę „to tylko sparingi, świetnie to my mamy grać na mistrzowskach”, by na ów turnieju wypaść blado.

Teraz dostał trzy lata, by na fali wielkiej, widzewskiej mobilizacji i niespotykanego wcześniej entuzjazmu przez trzy lata zbudować zespół, który w Ekstraklasie będzie znaczył więcej niż wówczas, kiedy z niej spadał. Wygląda na to, że porusza się identycznym schematem: „przez trzy lata nie będziemy grali widowiskowo, ale już w Ekstraklasie…”.

Niestety dla kibiców czerwono-biało-czerwonych, już raz takie bajki nie miały happy-endu. Póki co nie ma też podstaw do tego, by w Łodzi miało być inaczej. Ewentualne wymęczone zwycięstwo z Huraganem Morąg, które w sobotni wieczór w pełni zadowoli Franciszka Smudę, nie będzie kolejną porcją wylanego fundamentu pod budowę Wielkiego Widzewa. Raczej następną kartą w złożonym z nich domku, który w każdej chwili może się przewrócić.

28 kwietnia 2018 r. | godz. 19:10 | Widzew Łódź vs. Huragan Morąg

Wygra Widzew: 1.32
Remis: 4.85
Wygra Huragan: 7.8

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem