Oto największa różnica między polskimi piłkarzami i siatkarzami

Nie brudzą się minimalizmem, ociekają ambicją i stawiają sobie poprzeczkę najwyżej, jak się da. Nawet po wygranym półfinale nikomu nie odbija palma, woda sodowa nie bulgocze, a tętno jest niemal spoczynkowe. Siatkarze wiedzą, po co wychodzą na boisko i po co jadą na turniej. By wygrać, a nie tylko "wyjść z grupy"...

Gdy u nas Jerzy Engel wypalił „jedziemy po złoto!” przed mundialem w Korei i Japonii w 2002 roku, wielu się z niego śmiało, a po turnieju wręcz szydziło. Od tamtej pory nawet najwięksi skąpcy są bardziej rozrzutni, aniżeli ludzie polskiej piłki w słowach przedmeczowych. Już nikt „nie jedzie po złoto”, czyli na dobrą sprawę nie jedzie po zwycięstwo. Jedzie po „wyjście z grupy”. Nikt nie śmie nawet pytać, co to wyjście nam da? Czy za to przyznają jakieś puchary? Czy zapiszemy się dzięki temu w historii?

– Mnie interesuje mistrzostwo Polski. Na starcie wszyscy mają zero punktów, więc nie ma powodu, byśmy nie walczyli o pierwsze miejsce. A życie to zweryfikuje – powiedział Michał Probierz przed sezonem Ekstraklasy. Cracovii nie idzie? Trener jest jak odsłonięta tarcza, można strzelać. Między innymi przez odwagę, która w polskiej piłce nożnej nie jest mile widziana.

Tym plan jest lepiej przyjmowany, im bardziej minimalistyczny i kompletnie nieambitny.

Słowa Probierza to rzadkość. Towar nie tyle deficytowy, co niemal niedostępny na rynku. Prawie nikt sobie takich celów nie stawia. Inni boją się o tym nawet pomyśleć, bo zaraz ich – tak, jak Michała Probierza – wyśmieją, zaczną szydzić, ironizować, wbijać szpilki. Niczym banda tchórzy terroryzująca wszystkich ośmielających się wychylić głowę. Ściągająca za nogi i sprowadzająca na ziemię tych, którzy choćby pomyśleli o lataniu.

Utrzymać się, wywalczyć górną ósemkę, czyli zaliczyć kolejny rok bez historii – to jest nie tyle rzeczywistość, co cel wielu klubów. Mają cel nie zrobić nic wielkiego, cel realizują i się z tego cieszą. Gotują się we własnym sosie i w doborowych nastrojach, których nie mąci spadająca frekwencja. Niewielu sobie zdaje sprawę, że trafniejszym podejściem było nawet engelowe „jedziemy po złoto”, bo właśnie złoto otrzymuje się wtedy, gdy wygrasz każdy mecz. Trudno sobie wyobrazić, by grać z innym nastawieniem, jak właśnie zwycięstwo w kolejnym spotkaniu.

Czasem może się nie udać – może brakować szczęścia, koncentracji, umiejętności. To się w sporcie zdarza, a robienie tragedii z chociażby ćwierćfinału byłoby śmieszne. Nie można jednak mówić o sukcesie polegającym na zajęciu 15. miejsca na świecie, bo obraża się słowo „sukces”.

Siatkarze to rozumieją i nie boją się swoich słów. Choć wszyscy już teraz chętnie podbijaliby ich do góry, oni zachowują zimną krew. Wiedzą, że nie przyjechali tu przegrać w finale.

Można siatkówki nie lubić z wielu powodów, można pasjonować się innymi dyscyplinami czy wydarzeniami na świecie, ale nie sposób nie szanować podejścia reprezentantów Polski. Równie mocno jak zwycięstwem z Amerykanami, byliśmy zachwyceni słowami siatkarzy w pomeczowych wywiadach.

– Srebro nas nie zadowala. Pokonaliśmy USA, czyli najlepszą drużynę, to czemu mielibyśmy nie wygrać z Brazylią? – pyta Konarski. – Spokojnie, mamy jeszcze jeden mecz, dojdziemy do podsumowań – uspokajał Łomacz. – Nie jesteśmy tu, by wygrać tylko półfinał – podsumował Kochanowski. No i absolutna perełka, czyli rozmowa z Aleksandrem Śliwką:

Nie sposób się nie uśmiechnąć. Wiemy, że sukces w siatkówce trochę mniej „waży”, bo poważnie uprawia go jakieś sto krajów mniej niż piłkę nożną. Wiemy, że najlepszą poza Polską drużyną są Stany Zjednoczone, w których ani jedna stacja telewizyjna nie pokazywała półfinału mistrzostw świata z biało-czerwonymi, a w USA nie ma profesjonalnej ligi siatkarskiej.

Nie ujmuje to niczego w podejściu samych siatkarzy, którzy nie przegrywają jeszcze w szatni. Nie deprecjonują swoich możliwości w głowach, stawiając się z automatu za drużynę gorszą, niegodną nawet tego by mówić o triumfie, a co dopiero ten sukces odnieść. Z takim podejściem można góry przenosić. Gdyby za cel obrali sobie „górną ósemkę”, pewnie na tym by poprzestali.

Robert Lewandowski po kompromitującym mundialu mówi: „Na tyle było nas stać”. Nieznany szerszej publiczności siatkarz z pewnością siebie, ambicją i charakterem pyta: „Półfinał? Przyjechaliśmy tu wygrać finał, a nie zadowalać się półśrodkami”. Różnica? Ogromna. Mentalna przepaść. Wierzymy, że siatkarze są dzisiaj w stanie pokonać Brazylię – głównie dlatego, że wierzą w to oni sami.

> POLSKA MISTRZEM ŚWIATA? KURS LV BET: 2.50! Specjalna oferta dla czytelników Łączy Nas Pasja! <