Największa gwiazda opuszcza Ekstraklasę. Bez żalu…

Nawet Daniel Ljuboja nie miał tak dobrego piłkarskiego CV, jak on. Mnóstwo goli w Premier League, Lidze Mistrzów czy reprezentacji Chorwacji to rzeczy, obok których interesujący się na co dzień polską piłką kibic nie mógł przejść obojętnie. Do Ekstraklasie przychodziła największa gwiazda w historii, a kto wie, czy nie opuszcza jej jako obecnie najgorszy piłkarz.

Pisaliśmy jakiś czas temu, że liczby są dla byłej gwiazdy Arsenalu bezlitosne. Eduardo na kolejne trafienie czeka dokładnie 1418 minut, czyli… nieco ponad 23,5 godziny. Można rzecz jasna tłumaczyć go nieregularną grą czy kontuzjami, ale przy takiej liczbie wszelkie wymówki bledną. Niemal doba na boisku bez gola.

Statystyka niegodna sowicie opłacanego napastnika, który miał wprowadzić do Ekstraklasy powiew innej jakości.

To był z pewnością hit zimowego okienka w Polsce, zanim to jeszcze na dobre zdążyło się otworzyć. Ledwo złapaliśmy za uchwyt i pociągnęliśmy je do siebie, a już przez malutką, trzydniową szparę Dariusz Mioduski wrzucił przez nie wielką transferową bombę.

Niestety, bomba ta okazała się potężnym niewypałem. Nam zawsze w takich przypadkach, gdy głośne i dobre na papierze nazwisko pojawia się w Ekstraklasie, zapala nam czerwona lampka. Sygnał o treści: „Wszystko fajnie, ale coś jest nie tak”. Wtedy było podobnie, bo Eduardo przed transferem do Legii ostatni raz na boisku pojawił się w lipcu 2018 roku, a ostatniego gola zdobył dziewięć miesięcy przed transferem. Nie, nie w lidze. W Campeonato Paraense, czyli mistrzostwach stanu Parane.

– Często jeździłem do Fabiana do Arsenalu, pamiętam Eduardo nawet z jakiegoś meczu na żywo. Facet na pewno miał super wejście do klubu, fenomenalną lewą nogę. Łukasz opowiadał o nim w samych superlatywach, jeśli chodzi o cechy charakteru. Uśmiechnięty, spokojny, pozytywnie nastawiony do życia. Znakomity jeśli chodzi o drybling i finisz akcji – opowiadał nam tuż po transferze Marcin Rosłoń, który na antenach Canal+ często komentował mecze Premier League z udziałem napastnika.

Niestety, żaden z wyżej wymienionych cech na polskich boiskach nie pokazał.

Nie będziemy przecież liczyć bramki w sparingu z Mazurem Karczew. Jego przygoda z Legią się skończyła – właśnie został wykreślony z listy piłkarzy w Ekstraklasie, choć jego kariera tak naprawdę zahamowała dziesięć lat temu. Zrobiła to tak brutalnie, jak tylko było możliwe. Bestialskie wejście zawodnika Birmingham, paskudne złamanie nogi, rok przerwy w grze.

Szkoda tym bardziej, że był w naprawdę dobrej formie. W eliminacjach do Euro2008 na 12 spotkań zdobył 10 bramek, blokując przy okazję drogę na austriacko-szwajcarski turniej Anglikom. W ekipie The Gunners również radził sobie znakomicie. Miał cały świat przed sobą, ale ten zawalił mu się 23 lutego na stadionie Kanonierów.

Choć wrócił do gry w piłkę i nawet strzelił bramkę dla Arsenalu, a później w barwach Szachtara zaliczył 58 trafień, w tym jedną – dwa lata temu – w półfinale Ligi Europy z Sevillą, nigdy nie wrócił do formy sprzed kontuzji. Nie wróci także w Legii Warszawa, a my zastanawiamy się, czy warto wracać w ogóle i rozmieniać się na jeszcze drobniejsze?

Jeśli jesteś 3-krotnym mistrzem Chorwacji i Piłkarzem Roku w tym kraju, 4-krotnym mistrzem Ukrainy, strzelałeś bramki w Premier League i w Lidze Mistrzów, grałeś na EURO czy na mundialu, a teraz czekają cię mecze w trzecioligowych rezerwach – raczej nie warto. Kontrakt ma do grudnia, na jego miejscu powiedzielibyśmy Polsce „do widzenia!” już dziś.