Najważniejszy mecz tego stulecia (nie tylko) dla Widzewa

Trzęsienie ziemi nastąpiło w niedzielne popołudnie, kiedy Widzew tylko zremisował w Łomży. Poprzedziła je erupcja wulkanu – trzy dni wcześniej gruchnęła wiadomość, że firma Murapol jednak nie będzie głównym właścicielem klubu. W Łodzi jednak nie wykonują żądnych nerwowych ruchów. Każdy z nich mogłyby kosztować kolejny rok w trzecioligowej otchłani. Pewne postawienie stopy w sobotni wieczór będzie zaś niczym odbicie od trampoliny. Następnym szczeblem na drabinie prowadzącej na szczyt.

Przedostatnia kolejka trzeciej ligi mogłaby zawstydzić hamletowskie „być albo nie być”. Na podobny mecz, w którym dwie drużyny biją się o pierwsze miejsce na samym finiszu rozgrywek ligowych, kibice Widzewa czekali ponad dwadzieścia lat. Wtedy w meczu o mistrzostwo kraju Legia Warszawa prowadziła 2:0 na pięć minut przed końcem, ale „widzewski charakter” pozwolił na walkę do końca. Majak, Gęsior, Michalczuk. Z 0:2 na 3:2. Z piekła do nieba, którym był tytuł mistrza kraju, pozwalający rok wcześniej zakwalifikować się do fazy grupowej Ligi Mistrzów.

Wtedy o mistrzostwo, dziś o awans do drugiej ligi. Nie da się ukryć, że sobotni mecz z Lechią Tomaszów Mazowiecki to zupełnie inna skala. Ale czy inny ciężar gatunkowy?

To, co dzieje się w ostatnim czasie przy al. Piłsudskiego 138 w Łodzi wykracza poza granice zdrowego rozsądku. O 16 tysięcy karnetach, niemal stuprocentowym średnim zapełnieniem stadionu, frekwencji wiosną na poziomie ponad 17100 widzów słyszał każdy. O tym, jak bije Serce Łodzi wiedzą jednak tylko ci, którzy sami pompowali w nim czerwono-biało-czerwoną krew. W mieście włókniarzy regularnie dzieje się bowiem coś niezwykłego. Niespotykanego na żadnym innym stadionie na świecie.

Większość widzów na nowoczesnym przecież stadionie nie korzysta z wygodnych siedzisk, a zamiast tego ogląda mecz na stojąco. Dodajmy, że pomimo obserwowania rozgrywek zaledwie trzeciej ligi, kibice nie stoją jak słupy soli. Głośno wyśpiewują doskonale im znane słowa kibicowskich pieśni, skaczą, machają szalikami. Nawet ci, którzy na każdym innym stadionie świata uznaliby, że to nieodpowiednie dla ludzi z ich statusem. Że oni są zbyt dojrzali, bogaci i poważni na to, by się wygłupiać ze wszystkimi. Od biznesmenów, prezesów dużych i małych firm, przez lekarzy, prawników, policjantów, strażaków do handlarzy, bankowców i budowlańców. Tu naprawdę wszyscy są równi.

Tym ludziom – niezależnie jak bardzo nie byliby wierni widzewskim barwom, jak licznie nie przychodziliby na mecze niższej ligi i nie pomagaliby w odbudowie klubu – trzeba dać coś w zamian. Jeden sukces sportowy stał już się faktem, bo w pierwszym roku po reaktywacji RTS awansował z czwartej ligi do trzeciej. W ubiegłym sezonie tej sztuki nie udało się powtórzyć, a teraz wszystko wisi na włosku o grubości jednego meczu, jednej bramki, jednego strzału czy błędu.

Władze klubu zdają sobie sprawę, że na trzeci rok z rzędu w 3. lidze nie można sobie pozwolić, bo ugaszenie tego ogromnego, czerwonego optymizmu byłoby niebywałym marnotrastwem.

Widzew nie walczy tylko o awans z trzeciej ligi do drugiej. Walczy także o swoją przyszłość. O odpowiednie zarządzanie efektem śnieżnej kuli, która toczyć ma się aż do europejskich pucharów. Kilka lat temu potężną kulę rękoma Sylwestra Cacka ubrudzono, skazano na powolny odwilż i wreszcie całkowite stopnienie. Została biała plama, ale i tysiące rąk, które zaczęły lepić ze śniegu od nowa. Po swojemu. Czasem biednie, czasem chaotycznie, ale z wielkim sercem i skutecznie jak nigdy wcześniej.

Tej pracy nie można zmarnować, choć to akurat nie jest zmartwienie Lechii Tomaszów Mazowiecki. Mądrze budowany klub w mieście, które jest zdominowane przez kibiców Widzewa, potrafił nawiązać skuteczną walkę z wielkim rywalem i faworytem do awansu. Samo doprowadzenie do sytuacji, w której na dwie kolejki przed końcem sezonu oba kluby mają tyle samo punktów, a w jednym meczu może wyjaśnić się wszystko – także na korzyść tomaszowian – jest wielkim sukcesem Bogdana Jóźwiaka i jego piłkarzy. Nikt jednak nie powiedział, że na tym ich ambicje się kończą. W sobotę o 17 będą chcieli zrobić wszystko, by wygrać. Nie mają nic do stracenia, a mnóstwo do zyskania. Także w perspektywie przyszłości, dotyczącej na przykład budowy stadionu.

– My gramy nie tylko o trzy punkty, lecz także o awans. To jest stawka przewysoka. Nie tylko dla drużyny, ale też dla pojedynczych zawodników. Dla mnie, jako trenera, również. Stajemy przed życiową szansą – mówi portalowi widzewtomy.net trener gości, Bogdan Jóźwiak. – Zielone boisko, dwie bramki – wszystko może się zdarzyć. Fajnie, jakby to spotkanie miało swoją dramaturgię – dodaje Kamil Tlaga, do niedawna były piłkarz Widzewa, a obecnie zawodnik Lechii. 

Widzew, na którego presję wywierać będzie kilkanaście tysięcy osób na trybunach i ponad sto tysięcy przed odbiornikami telewizyjnymi, radiowymi czy internetowymi, po prostu musi. Lechia może, co jest największym atutem gości. Ogłuszający doping, który – dla oswojenia się z atmosferą – na głośnikach podczas treningu puścił swoim piłkarzom trener Jóźwiak, nie będzie dla Lechii przygniatający. Paradoksalnie może ich tylko ponieść do zwycięstwa.

Pod kątem mentalnym trudniej mają widzewiacy, u których kluczowa będzie twardość kolan. Jeśli te nie ugną się pod presją wyniku, o końcowy rezultat fani RTS na pewno będą o wiele spokojniejsi. Negowanie braku Michała Millera w roli napastnika, Daniela Świderskiego i Daniela Mąki w składzie – jakkolwiek słuszne by nie było – na ten tydzień zostało zawieszone. Nastąpiła cisza – albo przed burzą, albo przed wielką fetą, która w przypadku awansu ma się zakończyć na Placu Wolności.

Fani z Łodzi wolą myśleć o przyjemniejszych sprawach. Do składu wraca kluczowy piłkarz, środkowy pomocnik Dario Kristo. W wyjściowej jedenastce pojawić ma się także Kacper Falon, który swoimi bramkami uratował w tym sezonie już mnóstwo punktów. Trzy z Olimpią Zambrów, Pelikanem Łowicz, Turem Bielsk Podlaski, jeden z GKS-em Wikielec, a także otworzył wynik meczu z Polonią Warszawa (2:0). Bez nich myśli o awansie można byłoby odłożyć na przyszły rok.

Teraz nikt w czerwonej części Łodzi nie dopuszcza nawet do siebie takiej myśli, że mogłoby go nie być. Słowo „awans” odmieniane jest przez wszystkie przypadki. Kibice Widzewa widzą je zamykając oczy, spoglądając za okno, otwierając lodówkę.  Nic innego się nie liczy, a przecież podobne uczucie towarzyszy piłkarzom, trenerom i działaczom z Tomaszowa Mazowieckiego – pięknego, małego miasta z mądrym trenerem, poukładaną drużyną i piłkarzami gotowymi do spełnienia marzeń.

Dla jednych one na pewno się ziszczą, dla innych – staną się koszmarem. Mecz o wszystko. Być albo nie być. Dla kibiców Widzewa i Lechii finał mistrzostw świata rozegra się, zanim w Rosji zdążą po raz pierwszy kopnąć piłkę.

Widzew Łódź – Lechia Tomaszów Mazowiecki | 9 czerwca 2018 r., godz. 17:00

Wygra Widzew: 1.74
Remis: 3.55
Wygra Lechia: 4.25

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem