Najgorsza frekwencja w sezonie Ekstraklasy to nie problem. To skutek

Ekstraklasa nie raz i nie dwa pokazywała, że zaskoczyć potrafi nawet tych, którzy widzieli już wszystko, a wszelkie prawa logiki przemienia w świstki papieru niemające odzwierciedlenia w rzeczywistości. Czasem jednak dopada ją ciąg przyczynowo-skutkowy. Ostatnia kolejka była tego namacalnym dowodem. 

Najpierw o przyczynie. W ostatniej kolejce Ekstraklasy więcej niż meczów było wyrobów meczopodobnych. Cieszylibyśmy się jeszcze, gdyby brak wielu bramek wynikał z taktycznej maestrii, kunsztu obrońców, świetnie rozumiejących się i będących niczym monolit ludzi odpowiedzialnych za defensywę. Niestety, wynikały głównie z nieudolności. Czy tylko?

Dziesiąte niecelne podanie na pięć metrów, dwudziesta strata, trzydzieste dośrodkowanie do nikogo, czterdzieste wybicie piłki w trybuny? Trudno, być może nikt tego części piłkarzy grających w Ekstraklasie nie nauczył. Największym dramatem wydaje się jednak samo podejście. Tempo, jakie narzucają sobie piłkarze obu drużyn, jest mniej niż ślimacze. Piłkarze w Ekstraklasie zabierają się do gry „jak pies do jeża”. Ociężale, powoli, ślamazarnie.

Faul, aut, rzut rożny, aut, faul – a między milionowym i milion pierwszym takim stałym fragmentem gry człowiek, któremu po prostu się nie spieszy.

Ktoś powie, że mamy po prostu złe wrażenia, więc pora podeprzeć się twardymi danymi. Jakiś czas temu nasze obserwacje potwierdziły badania CIES Football Observatory, który wyliczył, że na 37 najlepszych lig w Europie polska Ekstraklasa znalazła się niemal na szarym końcu (32. lokata). Ile jest u nas piłki w piłce? Zaledwie 53,6% – tak wygląda efektywny czas gry w polskiej lidze. Dodatkowo, gdy już gra się toczy, to zwykle też – delikatnie mówiąc – nie jest zbyt efektywna…

Kibice w tym czasie albo ziewają, albo zajmują się sobą, czyli dopingiem dla ukochanej drużyny bez względu na to, co dzieje się – choć właściwie: nie dzieje się – na placu gry. Niektórzy forsują teorię, jakoby na meczach polskiej ligi fani byli gorsi od tych angielskich, bo nie reagują na wydarzenia boiskowe. Zapomina się przy tym, że tempo w Premier League pozwala meczem żyć, zaś to w Ekstraklasie mogłoby niejednego uśpić.

Frekwencja na ostatniej kolejce Ekstraklasy była najgorsza w sezonie (średnio 7117 widzów na mecz). To jednak nie jest problem. To skutek.

3 271 w Kielcach na Koronie. 8 612 w Krakowie na Cracovii. 8 444 w Białymstoku na Jagiellonii. 7 416 w Gdyni na Arce z Legią. 7 706 we Wrocławiu na Śląsku, który grał z liderem. Tylko? Prędzej aż. A już na pewno to nie są wyniki, które – choć potwornie niskie – szokują, oburzają, wprawiają w osłupienie.

Nie widać głosów oburzenia, gdy pięknie przystrojona knajpa nie jest oblegana, gdy jednocześnie serwuje kotlety o smaku podeszwy. Zwłaszcza, gdy gdzieś blisko – niczym na wyciągnięcie ręki… po pilota – podają do stołu nie tylko ładnie, ale i smacznie. Gdy jednak frekwencja na meczach Ekstraklasy poważnie szwankuje, trener mający obecnie ponad 400 poprowadzonych w niej spotkań potrafi powiedzieć: – Jesteśmy narodem, który nie interesuje się piłką. Tylko gadamy, ale jak trzeba iść na stadion, zapłacić 20 zł i nawet powyzywać – to nam się nie chce.

Polscy kibice winni odpowiedzieć: jesteśmy narodem, w którym nie gra się w piłkę nawet na jej najwyższym poziomie, więc i oglądać piłki się nie da. Tylko gadamy – o bazach, o szkoleniu, o lotniskach, o cudach na kiju – a gdy przychodzi wyjść na murawę stadionu, zapieprzać 90 minut, być dobrze przygotowanym przynajmniej taktycznie i fizycznie, a przy codziennych treningach wypadałoby też dobrze podać na pięć metrów – to wam się nie chce.

Dlatego nie dziwcie się, że nikomu też nie chce się was oglądać. Naprawę frekwencji zacznijcie od siebie, bo to wy jesteście największą przyczyną jej wysokości. Już nawet nie dla ligi czy kibiców, a dla siebie. Korelacja między zainteresowaniem rozgrywkami, a waszymi pensjami jest znacznie większa, niż myślicie…

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem