Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Na co mogą liczyć polscy „ciężcy” w 2018 roku?

W najatrakcyjniejszej kategorii wagowej mamy niemal pełen zestaw zawodników: dobrze rokujących, liczących na ostatnią szansę, wracających z niebytu czy doświadczonych i uznanych. Kogo stać na coś więcej niż tylko walka wieczoru w Nowym Sączu, a kto w 2018 roku może po raz ostatni wejść do ringu? W kim warto pokładać nadzieje, a na kogo szkoda nerwów? Oto jak, naszym zdaniem, wyglądają perspektywy polskich zawodników wagi ciężkiej w 2018 roku.

W najatrakcyjniejszej kategorii wagowej mamy niemal pełen zestaw zawodników: dobrze rokujących, liczących na ostatnią szansę, wracających z niebytu czy doświadczonych i uznanych. Kogo stać na coś więcej niż tylko walka wieczoru w Nowym Sączu, a kto w 2018 roku może po raz ostatni wejść do ringu? W kim warto pokładać nadzieje, a na kogo szkoda nerwów? Oto jak, naszym zdaniem, wyglądają perspektywy polskich zawodników wagi ciężkiej w 2018 roku.

TOMASZ ADAMEK

41-letni „Góral” ma przed sobą być może ostatni rok w karierze. Adamek nic nie musi, coraz mniej może, ale ciągle bardzo chce. Myśl o tym, że jest jeszcze w stanie zrobić w boksie coś wielkiego, trzyma go w ringu, choć wygodny fotel w zapewne ładnie urządzonym gabinecie z nudów robi już dziurę w podłodze. Adamek nie wstydzi się marzyć o mistrzostwie świata.

Brzmi jak mrzonka, ale waga ciężka nie takie rzeczy już widziała. Skoro wiecznym pretendentem do pasa WBA może być Fres Oquendo znany większości kibiców wyłącznie z tego, że jest wiecznym pretendentem do pasa WBA; skoro mistrzem może być rozbity Manuel Charr, to… nigdy nic nie wiadomo. Z najlepszymi Adamek nie ma szans, ale paru poważnym graczom (jak Dereck Chisora czy Lucas Browne) mógłby napsuć krwi, a z samym Charrem pewnie wygrałby po tygodniu przygotowań.

Problem w tym, że ewentualne wygrane z niezłymi rywalami doprowadziły Adamka do walk, w których szans już by nie miał, chyba że na utratę zdrowia. Były mistrz świata to ciągle klasa sama w sobie, jego boks najlepiej ogląda się w walkach z odpowiednio dobranymi rywalami (jak wymarzony stylistycznie Solomon Haumono). Dlatego idealną opcją wydają się 2-3 względnie łatwe pojedynki na galach, który promowane nazwiskiem Adamka wykreują kolejne gwiazdy polskiego boksu. Tylko czy „Góralowi” nie będzie wtedy żal?

ARTUR SZPILKA

Trudno nie odnieść wrażenia, że coś w „Szpili” pękło. Bolesna, całkiem niewkalkulowana porażka z Adamem Kownackim, chroniczne problemy z ręką, nieumiejętność wyzbycia się złych nawyków w ringu, skruszona szczęka – perspektywy na duży boks są dziś w przypadku Szpilki bardzo skromne. Trudno powiedzieć, jakie atuty mogłyby mu pozwolić doszlusować do czołówki, bo ani szybkość, ani siła, ani technika, ani precyzja, ani ringowy spryt, ani doświadczenie, ani żelazne płuca.

Polski „ciężki” powinien raczej skupić się na walkach w ojczyźnie, przynajmniej w nadchodzącym roku. Mimo wszystko, jest w stanie wygrać z każdym polskim bokserem, choć z Kownackim, Izu Ugonohem, Mariuszem Wachem, a nawet chyba z Adamkiem – nie byłby faworytem. Dobrym pomysłem na powrót byłaby walka z Łukaszem Różańskim, a w dalszej perspektywie – może z Michałem Cieślakiem?

Dziś Szpilka wydaje się niegotowy fizycznie i psychicznie nawet na drugą ligę wagi ciężkiej, gdzie prym wiodą tacy bokserzy jak Johann Duhaupas, Amir Mansour czy Carlos Takam. Nie widać w Szpilce dawnego entuzjazmu, pewności siebie, błysku w oku. Przegrał walkę o „być albo nie być” i chyba pogodził się z niebyciem.

ADAM KOWNACKI

Plany na pierwsze półrocze są w miarę sprecyzowane – najpierw styczniowa walka z solidnym Gruzinem Iago KIladze, potem pojedynek w Polsce na gali Mateusza Borka. W przypadku Kownackiego nie ma co się spieszyć, bo chłopak ma naprawdę mnóstwo rzeczy do poprawienia w swoim boksie, a gdyby się to udało – mielibyśmy kozaka pełną gębą. Na pewno świetnie sprzedałaby się jego walka z Dominicem Breazeale’m, jeszcze lepiej z Chisorą, a i ewentualne starcie z Ericem Moliną byłoby dobrze odebrane. Lepiej jednak poczekać, wybrać metodę małych kroków, ograniczyć ryzyko, dać się lepiej poznać polskim kibicom. Na wszystko przyjdzie czas

IZU UGONOH

Walka z Breazeale’m przyszła zdecydowanie za wcześnie. Izu pokazał ogromne braki kondycyjne, uwidocznione dodatkowo przez brak różnicowania siły ciosów i obronę opartą wyłącznie na dużej mobilności. Przed Ugonohem ogrom pracy; przykłady Rachima Czachkijewa czy Davida Price’a pokazują, jak trudno jest wyeliminować problemy z wytrzymałością. Warto, by Izu nauczył się odpoczywać w ringu, bronić przez blok, oraz uspokoił swój boks. Na to potrzeba czasu. Dlatego dobrze by było, aby rywale Ugonoha w 2017 roku byli czymś pośrednim między jego niedawnymi przeciwnikami a Breazeale’m.

Przydałoby się 10 rund z kimś, kto chce wygrać, potem 12 z kimś, kto nie przegrywa przed czasem. Nauka, nauka i jeszcze raz nauka. Dobrym wyborem byłby Kevin Johnson lub Derric Rossy. Byleby nie przedobrzyć. Biorąc pod uwagę potencjał marketingowy byłego piłkarza rezerw Lechii Gdańsk, może być jednak ciężko ulec pokusie przed zestawieniem go z kimś mocniejszym. I to niestety problem.

MARIUSZ WACH

Mariusz lepszy już nie będzie, więc im mniej pojedynków na przetarcie, tym lepiej. Walki z Erkanem Teperem i Jarrellem Millerem pokazały, że stać go na efektowny boks, a i nazwisko ma mocne nie tylko w Polsce. Propozycje fajnych potyczek tak czy siak będzie dostawał, więc jedna czy druga porażka krzywdy jego karierze nie wyrządzą.

Wach nie ma mocnego promotora, dlatego końcówka jego kariery raczej nie będzie przebiegała według misternie nakreślonego planu; prędzej według scenariusza: „jest oferta, za niezłą kasę, bierzemy!”. Bardzo dobrze na papierze wygląda jego pojedynek z Davidem Price’m podczas gali na Stadionie Narodowym, na pewno starcie z Dillianem Whyte’m w Anglii też byłoby znakomitym rozwiązaniem.

Wach wstydu nie przynosił nigdy i w 2018 roku też nam tego nie zrobi.

ANDRZEJ WAWRZYK

Podobnie jak w przypadku Szpilki – chyba już brak serca do tego sportu. Nic nie mówi się o powrocie Wawrzyka, a – jakkolwiek nieładnie to zabrzmi – dzięki aferze dopingowej na pewno wielu chętnie zobaczyłoby go w ringu.

Wawrzyk sprawnie radzi sobie w biznesie, trenuje sporadycznie i wiele wskazuje na to, że boks nie jest mu do szczęścia potrzebny. Na polskim rynku ciągle mógłby jednak sporo ugrać, w zasadzie zestawienie go z każdym innym „ciężkim” z naszego kraju wzbudziłoby emocje. Wyjazdowe walki raczej można odpuścić, bo z różnych względów te Andrzejowi nie wychodzą kompletnie (na deskach był nawet z bumem Aliaksandrem Mazaleu czy journeymanem Harveyem Jolly’m).

Nie każdy ma warunki na mistrza świata, Wawrzyk wie o tym doskonale, ale to nie znaczy, że trzeba kończyć karierę. Walki w Polakami to najlepszy pomysł na ten rok. Byleby już nie dopompowywać jego rekordu…

KRZYSZTOF ZIMNOCH

Nie ma sensu już dłużej udawać, że z tej mąki będzie chleb. Porażki z trzecioligowymi zawodnikami, dla których boks był formą dorobienia do pensji, wystawiły na pośmiewisko plany promotorów względem byłego mistrza Polski amatorów.

Kolejne inwestycje w niego mijają się z celem, bo Zimnoch w każdej chwili może potknąć się o równą drogę. Względna popularność boksera z Białegostoku sprawia, że walki z rodakami byłyby jednak całkiem ciekawie, przynajmniej… do pierwszego gongu.

Trudno spośród powyższej szóstki bokserów wytypować kogoś, kto z Zimnochem mógłby przegrać (chyba jedynie… Szpilka), ale gdyby brakowało rywala dla Adamka, Wacha czy Wawrzyka, to Zimnoch byłby dobrą medialnie i sportowo opcją. Kibice by to zobaczyli z chęcią. O ile oczywiście podopieczny Tomasza Babilońskiego nie dozna kontuzji, trenując obronę przed gilotyną…

MARCIN PIECHOTA