Mogli być najsympatyczniejszym klubem Ekstraklasy. Stali się pośmiewiskiem…

Gwarantowali coroczny zalew zdziwienia w całej piłkarskiej Polsce. Gdy awansowali do drugiej ligi, każdy traktował to jako przyjemną ciekawostkę. W pierwszej lidze byli zjawiskiem, ogromnym zaskoczeniem, sympatycznie niepasującym elementem. Awans do Ekstraklasy, choć szturmowany przez niejeden sezon, to był fenomen na skalę światową. Klub z liczącej około 700 mieszkańców wsi w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Z jednej strony – wynik nie tylko ponad stan, bo na określenie osiągniętego poziomu ligowego w porównaniu do bazy kibicowskiej, historii czy lokalizacji brakuje skali. Z drugiej, odnosimy wrażenie ogromnego potencjału, który w Niecieczy zmarnowano. Jakby nikt nie miał pomysłu, jak pociągnąć ten wózek dalej. Szkoda, bo możliwości było bardzo wiele…

Marketing klubu nie tyle kuleje, co ma amputowane nogi.

Wydawało się, że zbudowanie pozytywnego wizerunku klubu w tym przypadku to samograj. Bogusław Linda w polskim filmie „Czas surferów” mówi do swoich podwładnych gangsterów-amatorów przed wykonaniem niezbyt skomplikowanej misji: „Nawet tacy goście jak wy nie są w stanie tego spier…”. Chwilę później jeden z nich siedzi zdenerwowany w samochodzie i mówi: „Wiedziałem, że to się k… spier…”. I tak się właśnie stało w Termalice.

Nie musiało. W pewnym momencie wizerunek budował się sam. Czasem nie potrzeba speców od public relations, kilku dyrektorów od wizerunku i tabunu pracowników działu marketingu. Niektórych faktów nie trzeba opakowywać, by zadziwiały, zaskakiwały i intrygowały same w sobie. Tak było z historią klubu z Niecieczy. Mała wieś, właściciele z ambicjami, duże inwestycje i w efekcie ogromny i zasłużony sukces. Gdyby o tym nakręcili film w Hollywood, widzowie po obejrzeniu kiwaliby głowami ze zrezygnowania i poczuciem, że granica prawdopodobieństwa i cukierkowatego zakończenia została przekroczona.

Życie, a zwłaszcza piłka nożna, jest jednak regularnym dostarczycielem takich historii. Zostając przy terminologii filmowej: władze Bruk-Betu dostarczyli świetną historię wszystkim kibicom piłki nożnej, długo walczyli o upragniony happy-end, który ostatecznie miał miejsce. Letni okres przygotowawczy przed historycznym meczem był jak końcowe napisy. I tu pojawia się największy problem: twórcy nie mieli absolutnie pomysłu na to, jak nakręcić drugą część.

Kontynuacja to przykra parodia „jedynki”.

Znacie to uczucie: wyznaczasz sobie cel, poświęcasz wiele by go osiągnąć, a gdy już to zrobisz – nie masz pomysłu, co dalej. Wielu ludzi sukcesu przeżywa depresję i to jest jeden z jej powodów. Nieprzypadkowo w serii „Szybki strzał” pytaliśmy wiele osób polskiego sportu o to, czy trudno jest wstać rano zmotywowanym, jeśli już osiągnęli sukces?

Wiemy, że w Termalice o ile wstają rano, to wyglądają na bardzo mocno zaspanych. Wiadomo, że nie podskoczą pewnej części ciała (chociaż sądząc po ostatnich ruchach personalnych, właśnie taki mają cel). Państwo Witkowscy zbudowali piękny, jak na warunki klubu i bazę kibicowską, stadion. To był dobry, pierwszy krok w kierunku pozostania pełnoprawnym uczestnikiem zabawy pod tytułem „Ekstraklasa”, a nie tylko przypadkowym meteorytem i historyczną ciekawostką.

Jest stadion, są pieniądze i dobry start. I właściwie pozytywy na tym można skończyć wymieniać. Zabrakło pójścia za ciosem. Klub z Niecieczy jest niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju w całej historii polskiej ligi, a jednocześnie – nijaki. Obojętny.

To duża sztuka, biorąc pod uwagę okoliczności.

Real Madryt od hymnu, po barwy przez mentalność wszystkich pracowników kreuje się na klub, w którym przydomek „Królewscy” to nie przypadek. FC Barcelona – w wiecznej opozycji do wielkiego rywala ze stolicy, masowy producent talentów z La Masii, odzwierciedlenie pragnień i marzeń Katalończyków. Bayern Monachium, czyli uosobienie Bawarii, zawodnicy pozujący z piwem w czasie Oktoberfest, a z drugiej strony arogancki, regularnie podbierający zawodników rywali, bo „mia san mia”, czyli „my to my”.

Schalke to klub górniczy i to czuć w momencie przekroczenia progu stadionu Ventils Arena. W Borussi podobnie – wchodzisz na Signal Iduna i przeżywasz na własnej skórze „Echte Liebe”, czyli „prawdziwą miłość” popartą autentycznością i grą z uśmiechem na ustach, pozbawioną nudy. W Manchesterze United unosi się duch katastrofy w Monachium, George’a Besta, rocznika ’92 z Giggsem, Scholesem czy Beckhamem, a także legendarnego sir Alexa Fergusona. W Liverpoolu wystarczy, że polecą pierwsze nuty „You’ll Never Walk Alone” leci z głośników i już wiesz, gdzie jesteś.

Nawet w Polsce da się to zauważyć, choć tutaj rzecz jasna ten marketing i identyfikacja marki kuleje. Wiadomo jednak, że Legia to stołeczny i medialny potentat, Lech to poznańska kuźnia talentów i klub, który może i wygrać mistrzostwo, i pokazać się z dobrej strony w pucharach. Widzew to fenomenalni i wierni kibice oraz „widzewski charakter”, który zawsze każe grać do samego końca. Na stadionie Górnika w Zabrzu czekasz na to, by pan Stanisław zadzwonił dzwonkiem albo przekazał koguta. W Niecieczy czekasz na końcowy gwizdek sędziego.

„From zero to hero”

W Termalice zadowolono się udaną promocją firmy produkującej kostkę brukową Bruk-Bet i właściwie należy podziękować właścicielom, że mnóstwo pieniędzy wpompowali w piłkę nożną, a nie np. w reklamy telewizyjne. Mogą robić co chcą. Jak powiedział kiedyś Zbigniew Boniek do Grzegorza Laty po przegranych wyborach: „Grzesiu, masz rowerek – to pedałuj!”.

Jak powinni pedałować w Niecieczy? Najprostsza droga – zrobienie z „American Dream” niecieczańskiej wersji. Klub praktycznie znikąd, który przepychał się przez kolejne poziomy rozgrywkowe i dopchał do elity powinien być żywym odzwierciedleniem hasła „Ty też masz szansę!”. Nieważne, skąd jesteś. Wychowałeś się na dwudziestoosobowej wsi, w której nie było nawet sklepu spożywczego? Chcesz podbić świat, chociaż nie miałeś łatwego startu? Termalica to dobre miejsce dla ciebie.

Rozmawialiśmy jakiś czas temu z Radosławem Wasiakiem, trenerem drużyny U-19 Widzewa Łódź. Powiedział ciekawą rzecz: to właśnie w tych małych ośrodkach, małych wsiach trafiają się największe piłkarskie perełki. Takie jak Rivaldo, który na trening musiał pokonać kilkanaście kilometrów. Trzymał buty w rękach i szedł na boso, bo w domu się nie przelewało i nie stać było go na to, by obuwie zużywać.

Termalica powinna być mekką dla takich piłkarzy.

Za taką drużyną, wypełnioną po brzegi młodymi Polakami, który realizują niemożliwe na pierwszy rzut oka historie i niczym Dawid walczą z ekstraklasowymi Goliatami, stanęłoby wielu obojętnych lub niezaangażowanych jeszcze kibiców. Wielu ludzi ma tak, że kiedy nie wie kibicować – kibicuje słabszym i liczy, że ci sprawią niespodziankę. Termalica mogłaby być właśnie takim zespołem.

Zamiast ciągle zwalniać trenerów (właśnie pracę stracił Maciej Bartoszek) i pozyskiwać masowo Maksimienków, Muchów, Kecskesów, Mateiów, Toiviów, Kwantalianich, Stefaników, Janjatoviciów, Gabrielów Ianców, Gutkovskisów i Jovanoviciów (w kadrze jest 17 obcokrajowców!) – powinni postawić nie tylko na akademię, ale przede wszystkim na scouting w niższych ligach. I łowić perły, których nie brakuje. Przykłady na szybko: Daniel Smuga, wielki talent z Victorii Sulejówek trafił do Górnika Zabrze. W tym samym klubie z niższych lig wyciągnięto Rafała Wolsztyńskiego, Rafała Kurzawę czy Tomasza Koskę. Idealnymi zawodnikami do budowy marki Bruk-Betu Termaliki byliby hipotetycznie:

– Jakub Wawrzyniak – przed Świtem i Widzewem – Sparta Oborniki i Sparta Złotów
– Jakub Wójcicki – do Zawiszy Bydgoszcz z GLKS Nadarzyn
– Łukasz Piszczek – zaczynał w LKS Goczałkowice-Zdrój
– Arkadiusz Piech – przed Widzewem – Gawin/Ślęza Wrocław i Polonia Świdnica
– Mateusz Matras – do Piasta z Gwarka Ornontowice
– Rafał Siemaszko – kilka lat temu Orkan Rumia
– Martin Konczkowski – przed Ruchem Chorzów – Wawel Wirek
– Krzysztof Piątek – do Zagłębia z Lechii Dzierżoniów
– Filip Piszczek – przed Sandecją – Lubań Maniowy i Poprad Muszyna

To oczywiście kropla w morzu. Tym samym morzu, w którym wiele jeszcze większych talentów utonęło przez to, że nikt z klubu typu Termaliki nie przyszedł na ratunek. Poza tym, różnica poziomów między trzecią ligą i ekstraklasą to naprawdę nie jest przepaść. Pomimo tego Bruk-Bet, zamiast wygłupiać się oświadczeniami, zwolnieniami trenerów i szukaniem po omacku własnego „ja”, mógłby być – między ekstraklasą i niższymi ligami – fajnie opakowanym marketingowo mostem.

Teraz nikt za nimi nie tęskni. Uplasowani w środku tabeli pierwszej ligi stali się obojętni dla postronnego kibica piłki nożnej w Polsce. Szkoda, bo z tej historii można było wycisnąć zdecydowanie więcej. Wciąż mamy nadzieję, że jej ostatni rozdział nie został jeszcze napisany.

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem