Młodzieżowiec? Opuśćmy czerwone flagi

Ekstraklasa chce wprowadzić do siebie nieudany eksperyment z niższych lig, który wymusza obecność na boisku zawodników o statusie młodzieżowca. Nowy przepis ma dwa aspekty. Oba nakazują wyrzucić go do kosza.  

Po pierwsze

To kolejny, po limicie „obcokrajowców”, przepis mający czerwone korzenie ideologiczne. Krótko mówiąc: komuna. Zanim zaczniemy zastanawiać się, czy miejsce w składzie zarezerwowane dla zawodników poniżej 19 roku życia jest dobre, złe czy też nie ma żadnego znaczenia, odpowiedzmy sobie najpierw na pytanie: czy stosowne jest wnikanie w politykę kadrową klubu nakazami, zakazami i limitami? Takie odgórne polecenia mają brzydki zapach. I bynajmniej nie jest to woń wolności, swobody, wolnego rynku.

Piłka nożna, jak każda sportowa dyscyplina, polega na rywalizacji. Nie byłoby jej, gdyby wszystkie kluby były jednakowe – z identycznym budżetem, stadionem, barwami i zawodnikami-klonami. Na szczęście dla kibiców tak nie jest.

Jeśli lubisz aurę czegoś większego niż klub, w dodatku połączoną z milionem podań i koronkowych akcji, kibicujesz Barcelonie. Jeśli wolisz klasę, elegancję, dostojność i zabójcze kontrataki – wybierasz Real Madryt. Preferujesz lagę do przodu, walkę łokciami, niezliczone ilości wślizgów i niecelnych zagrań? Wybierasz się na obiekt Swornicy Czarnowąsy lub Iskierki Śmierdnica. Dla każdego coś dobrego. I to jest w futbolu piękne.

Załóżmy, że powstał klub OldBoy FC, w którym grają sami piłkarze 30+, a na ich mecze przychodzą tłumnie zakochani w takim pomyśle. Nakazując im granie młodzieżowcami, wkładamy kij w szprychy całej idei. Inny przykład? Athletic, klub złożony w całości z piłkarzy pochodzących z Kraju Basków. Co, gdy nagle ktoś w Hiszpanii uzna, że w imię poprawności politycznej oraz jedności całego kraju, w każdej drużynie piłkarskiej powinien być, oprócz Baska, co najmniej jeden Katalończyk, jeden Kastylijczyk oraz jeden reprezentant Andaluzji? Cała magia klubu z Bilbao nagle idzie tam, gdzie spadający z samolotu Morales w „Kilerów 2-óch”.

To bez sensu. Kluby to osobne podmioty, każdy z nich ma własną wizję, własną bazę kibiców, własne tradycje oraz własną historię. I bardzo dobrze! Przyglądajmy się, jak ze sobą rywalizują. Wyciągajmy wnioski, by nie powielać popełnionych już w przeszłości błędów. Emocjonujmy się, kiedy napięcie sięga zenitu. Ale, motyla noga, nie nakazujmy siłą stosowania określonych zachowań. Niech kibice czy działacze decydują, jak wyglądać ma ich ukochany klub, a nie związkowy urzędnik, któremu akurat przywidziała się jakaś głębsza idea, do której wszyscy mają się bezapelacyjnie stosować. Niezależenie, czy jest to przymus gry młodzieżowca, zakaz gry rudowłosym czy limit zawodników prawonożnych. Absurd.

Po drugie

Każdy limit czy przymus jest naruszeniem niezależności klubów. Inna sprawa, że przepis młodzieżowca sam w sobie raczej się nie sprawdza. Zamiast pomagać – często szkodzi. Nie tylko (już bez tego niewielkiemu…) poziomowi spotkania, ale koniec końców także samemu zainteresowanemu. Ten młody chłopak dostaje miejsce w składzie za darmo z racji odpowiedniego numeru PESEL. Przez jakiś czas wydaje mu się, że jest gwiazdą, bo gra od dechy do dechy w każdym meczu. Status młodzieżowca się kończy, nagle czar pryska i pojawia się ławka czy trybuny. Takich przykładów jest mnóstwo. Dwa lata zakłamywania rzeczywistości, po których przychodzi bolesne z nią zderzenie, to dla wielu początek końca.

To tak, jakby uczyć pływania i nie inwestować w instruktorów, baseny, plany treningowe. Zamiast tego wypłynąć na środek jeziora i wyrzucić wszystkich na głęboką wodę. Większość się utopi, a ci co przetrwają – i tak już umieli pływać.

Niektórzy poradzą sobie z presją, poziomem i będą grali dalej. Oni jednak i tak graliby w pierwszym składzie, bo już weszli na odpowiedni poziom. Cała reszta, zamiast stopniowo się rozwijać i mieć przed sobą marchewkę w postaci perspektywy wyjściowej jedenastki, zostaje posadzona na siodle i przed kilka kilometrów wygodnie jedzie. Nie ma żadnych problemów, zmartwień ani motywacji, dopóki na urodzinowym torcie nie pojawi się cyferka z dwójką z przodu.

Rozkładamy czerwony dywan, ustawiamy barierki, zapraszamy trzystu fotografów, którzy non-stop błyskają fleszami. Wszystko przygotowane na tip-top, brakuje tylko rozsypanych płatów róż. Podjeżdża limuzyna, wysiada z niej młody chłopak. Zestresowany nastolatek potyka się po kilku metrach, jąka w rozmowach z reporterami i trzęsą mu się ręce, przez co wylewa szampana na piękną kreację swojej partnerki. Dramat, często odciskający piętno na całą późniejszą karierę.

Wiadomo, że niejeden młodzian wyjdzie przed reflektory i zacznie brylować. Co jednak z tymi, którzy mają ogromny potencjał, ale muszą się z wielkim światem otrzaskać? Którzy muszą zacząć od szkolnego przestawienia, później wystąpić w niszowym teatrze, a dopiero później świecić na wielkich ekranach i czerwonych dywanach? Albo z tymi, których z góry przyznane jeśli nie za darmo, to na pewno za bezcen miejsce rozleniwi, zastopuje, nie zmotywuje do rozwoju? Łatwo przyszło, łatwo pójdzie.

Z piłką jest tak samo. Naucz się przyjąć, zagrać celnie na pięć, dziesięć, a później na sześćdziesiąt metrów. Poćwicz strzały, dośrodkowania w pełnym biegu. Przełóż to na mecz trzeciej ligi, później drugiej i pierwszej. Jeśli już jesteś w ekstraklasowym klubie – wyróżniaj się w juniorskich drużynach tak, by nie mogli cię nie zauważyć.

Tym bardziej, że nie jesteś dyskryminowany, a wręcz odwrotnie. Nie jest wielką tajemnicą, że młodzi mają łatwiej niż kiedykolwiek wcześniej.

Każdy jeden dobry występ utalentowanego dzieciaka jest rozdmuchiwany, a stawianie na zdolnych młokosów po prostu się opłaca. Do tego nie jest potrzebny żaden przymus stawiania na młodzieżowców. Nie obowiązywał żaden przepis, kiedy Lech wystawiał, a później mógł sprzedać z ogromnym zyskiem Kownackiego, Bednarka, Kędziorę czy za chwilę Gumnego. Górnik też postawił na wychowanków, a zadowoleni kibice odwdzięczają się włodarzom co tydzień doskonałą frekwencją.

Inni też widzą, że młodzież to gra warta świeczki. Dużo o tym mówią, czasami mniej robią? Widocznie nie mają tyle jakościowego towaru w magazynie, by móc go eksponować w gablocie. Chcemy młodzieżowców w pierwszych składach? Najpierw wyszkolmy takich, którym nie będzie potrzebne sztuczne miejsce w składzie. Zamiast tego wywalczą je sami, a tym, którzy tego nie zrobią – przestańmy pomagać na siłę, bo lepsze często jest wrogiem dobrego.

Bartłomiej Stańdo

Komentarze