Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Młodość, konkurencja i potencjał, czyli co pokazał sparing Widzewa?

Za piłkarzami Franciszka Smudy pierwszy test w trakcie nietypowych przygotowań, bo zawierającą tygodniową przerwę po siedmiu dniach treningów. Widzew zwyciężył 5:2 Ner Poddębice, dla którego był to już czwarty sprawdzian tej zimy. Można na to patrzeć dwojako: rywale czerwono-biało-czerwonych byli w treningu, ale z drugiej strony RTS przystąpił do tego spotkania „na świeżości”.

Można też na rywali nie patrzeć wcale i skupić się na łodzianach, bo znaków zapytania i niewiadomych było przed tym inaugurującym nowy rok meczem towarzyskim bez liku. Trudno, żeby wszystkie pytajniki na kropkę zamieniło 45 minut gry z czwartoligowcem. Na kilka pytań udało się jednak w trakcie tego spotkania w Byczynie odpowiedzieć.

Po pierwsze i najważniejsze: Princewilla Okachiego trzeba kontraktować jeszcze w drodze z Byczyny do Łodzi.

Zanim ktokolwiek przypomni sobie o zakurzonym chłopaku z ogromnym (a na pewno większym, niż czwarto- czy trzecioligowym) potencjale. Przypominał nam się mecz w upalne, niedzielne południe w Tomaszowie Mazowieckim w ubiegłym sezonie. Miejscowa Lechia podejmowała Widzew, a na boisku w pojedynkach powietrznych dzielił i rządził w środkowej strefie jeden z najniższych na placu gry „Price”. Podobnie było w spotkaniu z Nerem, do którego przecież przystąpił „z marszu”. I był zdecydowanie najlepszym aktorem tego sparingowego widowiska.

Kibice Widzewa rzecz jasna Okachiego doskonale znają, podobnie jak wielu zawodników w drużynie. Nigeryjczyk, który stara się o polski paszport, z herbem łódzkiego klubu na piersi występował już dwukrotnie i dwukrotnie został nieelegancko potraktowany. Najpierw, jeszcze za czasów Sylwestra Cacka, o jego spóźnionych powrotach z urlopów mówiło się w kategoriach lenistwa i nieodpowiedzialności piłkarza.

Mało kto wie, że moje “spóźnienia” na okresy przygotowawcze nie wynikały z mojego lenistwa czy braku odpowiedzialności. To klub nie był w stanie w odpowiednim terminie załatwić formalności związanych z uzyskaniem wizy oraz pozwolenia na pracę dla mnie! Szkoda, że media przedstawiały to inaczej… – opowiadał nam kilka miesięcy temu Nigeryjczyk.

Później była godna podziwu postawa powrotu do Widzewa, który dopiero się po cackowej agonii odbudowywał. Jako jeden z niewielu grających wyżej widzewiaków przyszedł grać w zespole-zagadce Witolda Obarka. Kiedy wielu z piłkarzy, nazywających się widzewiakami nie spojrzało w kierunku Milionowej, on – wraz z m.in. Adrianem Budką – kopał piłkę w Rzgowie, Szczercowie, Zgierzu i Pajęcznie.

Miał być jednym z tych, którzy dotrwają z Widzewem od czwartej ligi do Ekstraklasy, ale zimą chciał odejść. Nie można było mieć do niego pretensji – raz, że przychodząc umówił się na to, że odejść będzie mógł za darmo. Dwa, że czwartą ligę przerastał o kilka długości, a z gry przyjemności nie czerpał za dużej. Zamiast tego jednak został i awansował z drużyną do trzeciej ligi. Przed przerwą zimową doznał kontuzji kolana, a Przemysław Cecherz nie wykazał się dużą cierpliwością i przy nazwisku Nigeryjczyka postawił krzyżyk.


Okachi się nie obraził, choć jego numer zajął inny piłkarz (którego de facto już w Widzewie nie ma), gdy ten jeszcze był związany umową z klubem. Leczył się na własną rękę, a jesień spędził w Stali Niewiadów. Ta, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, z zespołu z dołu tabeli zamieniła się w pogromcę kolejnych rywali. Przed przyjściem Okachiego – osiem punktów na 30 możliwych. Po przyjściu Okachiego – siedem meczów bez porażki (sześć zwycięstw, jeden remis).

Po Niewiadowie miał przejść do któregoś z klubów pierwszoligowych, gdzie przebywał na testach, ale nie zakotwiczył w żadnym z nich. Nie z powodu braku umiejętności, a problemów z uzyskaniem polskiego paszportu. Ze względu na restrykcyjny limit obcokrajowców i fakt, iż każda drużyna takowych już w swoich kadrach posiada, nie mógł nigdzie wyżej zakotwiczyć. Miejsce dla zawodnika spoza Unii Europejskiej znalazło się w Widzewie, gdzie Okachi ma nadzieję wcielić w życie polskie przysłowie: „do trzech razy sztuka”.

W meczu z Nerem zagrał naprawdę nieźle.

Był uosobieniem większości bolączek środka pola z widzewskiej jesieni, czyli braku agresywności w odbiorze, jednostajnym tempie przeprowadzania akcji i albo niedokładnych, albo wykonywanych rzadko prostopadłych podań. Prince problemy z zagraniami do partnerów miał i w Ekstraklasie, i w czwartej lidze. Niejeden swój genialny odbiór poprzedził niecelnym podaniem, ale że potrafi zagrać taką prostopadłą piłkę, jak do Marcina Kozłowskiego przy sytuacji z rzutem karnym na 1:0 – wątpliwości nie ma nikt.

„Cinka” można pochwalić za to, że znów pokazał to, co przez cały swój drugi pobyt w łódzkim klubie: ciąg na bramkę, umiejętność pójścia „na przebój”, sprowokowania faulu (jeden z nich, po wspomnianym podaniu Okachiego, zakończył się rzutem karnym i trafieniem Mateusza Michalskiego) i bezbłędnej niemal grze w obronie. Świetnym piłkarzem jest Kamil Tlaga, ale to też świadczy o wielkości Kozłowskiego, że nie dał się wygryźć z podstawowej jedenastki tak dobremu zawodnikowi. Dziś Tlaga jest zawodnikiem Lechii Tomaszów Mazowiecki, a zastąpić go w roli zmiennika „Cinka” ma Bartłomiej Niedziela, który swoją drogą w drugiej połowie pokazał się z naprawdę dobrej strony.

Nie sposób nie wspomnieć o młodych, do których – wszystko na to wskazuje – należeć będzie wiosna. Po Adamie Radwańskim nie spadnie na łódzką ziemię ani jedna kropla łez. 16-letni Jakub Jasiński wchodzi i strzela dwie bramki, Marcin Pieńkowski szaleje na skrzydle i chociaż, trochę w swoim stylu, marnuje stuprocentową sytuację – pokazał, że nie raz będzie mógł zrobić trochę wiatru przy linii bocznej.

Na lidera drużyny wyrosnąć może Michał Przybylski. Młodzieżowy reprezentant Polski nie po to odmówił kilku klubom Ekstraklasy, by w Widzewie siedzieć na ławce. Pokazał swoje zamiary w drugiej połowie bardzo dobrze. Gorzej wypadł Bartłomiej Rakowski, po którego stronie w drugiej części gry głównie przedostawał się Ner.

Sparing ten pokazał też, dlaczego w łódzkim klubie nie gra już Grzegorz Brochocki, na którego pod koniec minionego sezonu postawił Przemysław Cecherz. Odchylenie przy strzale, który zbił okno Panu Bogu, a później straty czy sprokurowanie rzutu karnego to na pewno nie jest występ, który krzyczałby w kierunku działaczy Widzewa: „halo, tu jestem, zapomnieliście o mnie”.

Wielu z pewnością spoglądało na Roberta Demjana.

Były król strzelców Ekstraklasy to spotkanie zakończył z identycznym dorobkiem, co najlepsza strzelba III ligi, czyli Daniel Świderski. Zarówno w bramce „Świdra”, jak i Demjana widać było snajperski kunszt. Problemem w przypadku doświadczonego Słowaka była sama gra. Wiemy, że Robert ostatni okres spędził na peryferiach piłki w III lidze słowackiej, ale szwankowało u niego to, co na tym poziomie kłopotów sprawiać nie powinno, jak chociażby przyjęcie piłki.

Fanów z al. Piłsudskiego cieszyć z pewnością może bardzo duża konkurencja w składzie i jeszcze większe światełko w zimowym tunelu, które pozwala z optymizmem czekać na wiosnę. To był pierwszy sparing, początek ciężkich przygotowań, więc brazylijskiego polotu rodem z filmików Joga Bonito po prostu nie można było wymagać. Jeśli natomiast w drużynie kłopot bogactwa jest na tyle duży, że znakomity napastnik Michał Miller występował w drugiej połowie na środku obrony, to pozostaje się tylko cieszyć. I czekać, aż z tej wzmocnionej grupy piłkarzy wyłoni się jedenastka, która będzie najbardziej zdeterminowana, najlepsza piłkarsko i gwarantująca awans do drugiej ligi. O innych opcjach w Łodzi nawet nie chcą myśleć.

BARTŁOMIEJ STAŃDO

Typuj wyniki
na
LV BET zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.