Milan jak zepsute warszawskie metro

Pisaliśmy przed tym meczem, że trener Vincenzo Montella jedzie do stolicy Grecji z pętlą na szyi. To spotkanie – chociaż po nim Milan pozostał liderem grupy – powinno tę pętlę zacisnąć. Wyobrażamy sobie szok i niedowierzanie ateńskich Januszy oraz Andrzejów, którzy ostatni raz widzieli Rossonerich dziesięć lat temu, bo akurat nieopodal grali i wygrali w finale Ligi Mistrzów. Po dekadzie przyszli oglądać Wielki Milan, ale mogli tylko zacytować w myślach Kudłatego z kultowego filmu, mówiącego coś o kilerze i popierdółce. Magia Milanu była w czwartkowy wieczór wyblakła jak jego białe stroje.  

Dość powiedzieć, że w pierwszej połowie piłkarze Montelli nie oddali ani jednego celnego strzału na bramkę AEK. Nie stworzyli sobie też choćby jednej klarownej sytuacji. Wyobrażam sobie szkoleniowca Rossonerich, który przed meczem w szatni narysował na tablicy Bonucciego, zaznaczył jego głowę i powiedział, że to nasz plan na dzisiejsze spotkanie.

Milan w tym spotkaniu był jak popsute warszawskie metro. Pierwsza (i długo jedyna) linia polegała na przerzutach Bonucciego – problem polegał na tym, że nie było na kogo posyłać tych piłek. Formacja 3-5-2 z wahadłowymi skrzydłowymi sprawiała, że ani Ricardo Rodriguez, ani Fabio Borini nie byli ustawieni na tyle wysoko, by krosowe zagranie do nich przeszyło cała linię defensywną Greków. Dwójka napastników wyglądała natomiast na mocno zdezorientowanych. W przerwie wypadałoby ich zapytać, czy wiedzą, gdzie się obecnie znajdują. Na pewno nie wiedzieli tego, że jak kapitan ma piłkę i dziesięć godzin rozgląda się, komu ją posłać, oni mają zrobić ruch. Jakikolwiek.

Były stoper Juventusu miał więc dwa wyjścia: złe i bardzo złe. Pierwsze polegało na wzięciu spraw w swoje ręce i akcjach indywidualnych, takich jak w 20. minucie. Umówmy się jednak, że jeśli chodzi o drybling, to Leo Bonucciego z Messim łączy tylko zdrobnienie imienia.

Druga opcja: posyłać długie piłki na bok i liczyć naiwnie, że ktoś a) ją opanuje; b) minie trzech obrońców; c) uderzy nie do obrony. Zwykle były problemy z tym pierwszym punktem. No, chyba, że Bonucci odgrywał do któregoś partnera z linii obrony. O dziwo gospodarze, patrząc na te miliony podań wszerz boiska, nie wyglądali na przerażonych.

W drugiej połowie Montella postanowił uruchomić drugą linię metra i posłał na plac gry Suso. Hiszpan to jedyny ofensywny zawodnik, który potrafił kreować grę. Nawet najlepszy reżyser nie zrobi jednak Oscara dyrygując aktorami z „Trudnych spraw”, dlatego też skończyło się na dwóch dobrych sytuacjach. Pierwszą zaczął sam Suso prostopadłym zagraniem i Milan oddał pierwszy celny strzał (56. minuta!), zaś kilkadziesiąt sekund później Bonucci podaniem minął kilku zawodników z Aten, ale Montolivo uderzył w słupek.

Od samego Montolivo trzeba wymagać więcej. Włoch porusza się jak Pirlo, z daleka wygląda jak Pirlo, ale gdy chce podać prostopadle bądź przerzucić – już wiesz doskonale, że to nie jest Pirlo. Ricardo starzeje się też zupełnie inaczej – z każdym miesiącem jest nie jak wino i Andrea, a jak psujące się mięso.

„Wnusiu, tak jest ten świat zbudowany – jak nie będziesz miał w głowie, to będziesz musiał mieć w nogach” – mówiła mi kiedyś babcia. Były kapitan ACM nie ma ani w głowie, ani w nogach. Nie jest generałem, który konstruuje każdy atak i podbija swoim stemplem każdą akcję. Z tą motoryką i mobilnością trudno go też nazwać walczącym do ostatniej kropli krwi szeregowym.

Duże nadzieje (i 35 milionów…) pokładano w nowym napastniku z Portugalii. Andre Silva narzekał przed tym spotkaniem, że nie dostaje zbyt dużo szans, bo rozegrał w tym sezonie ligowym tylko 322 minuty. Wypada zadać pytanie: kto mu dał grać aż tyle w takim klubie? Śp. Paweł Zarzeczny śmiał się zawsze, że tyłem do bramki to ma grać bramkarz, a nie napastnik. Silva dziś jednak nie grał dobrze nawet tyłem, bo że przodem też nie – to widać nawet w telegazecie.

AEK nie grało dziś fenomenalnie. Nie grało też dobrze, a i nad określeniem „poprawnie” musielibyśmy się długo zastanowić. Mimo to remisuje z Milanem, siedmiokrotnym zdobywcą Ligi Mistrzów, 18-krotnym mistrzem Włoch. To mówi dużo o poziomie dzisiejszych Rossonerich, w których wpompowano przecież latem 200 milionów. Zwykle po takich meczach trener mówi o analizie, poprawie, wyciąganiu wniosków. To, co najpierw na San Siro muszą wyciągnąć, to trenera Montellę z szatni. Brak wykorzystania swoich atutów, brak więcej niż dwóch, opartych na indywidualnościach pomysłów, brak charakteru i walki. Takiemu klubowi taka gra po prostu nie przystoi.

Komentarze