Niedzielne popołudnie zapowiadało się znakomicie. Nawet jeśli nazwiemy rywalizację o tytuł mistrzowski w Polsce wyścigiem ślimaków, akurat ten odcinek miał być jednym z najbardziej efektownych. Miał wyglądać tak, jakby reprezentujące Legię i Jagiellonię brzuchonogi włączyły szósty bieg, by nie dać się złapać i trafić na talerz we francuskiej knajpie. Niestety, zamiast uciekać – posypały się nawzajem solą i zdechły. Choć pogrzeb zaczął się długo przed meczem…

Piękne opakowanie, jakie rozgrywkom Ekstraklasy zapewnia Canal+; wywiady, reportaże, komentarze, analizy, akcje marketingowe, działania w mediach społecznościowych… Patrzymy na to wszystko, co działo się przed hitem tej kolejki i zestawiamy ten obraz z tym, co widzieliśmy na parkingu przed stadionem w Białymstoku. Pełnym kibiców jednej z drużyn, którym – bez żadnej racjonalnej przyczyny – postanowiono odebrać możliwość obejrzenia meczu.

Świat poszedł do przodu. Pojawiły się komputery, amfetamina, samoloty, ale co z tego, skoro nadal można ot, tak zabronić kibicom wejścia na nowoczesny i (niby?)bezpieczny stadion?

Ot, tak. Bez powodu. „Just like that” i pstryknięcie palcami. Znamy kontekst białostocko-warszawskiej wojny o sektor gości na stadionie Jagiellonii. Wiemy, że kibice ze stolicy zabrali flagi fanom z Podlasia i zdajemy sobie sprawę, jak poważna to sprawa w kibicowskim świecie. Jesteśmy świadomi tego, że dla znacznej części sympatyków futbolu spalenie takiej flagi na własnym stadionie przez największego rywala to porażka większa niż dwucyfrowy oklep na boisku.

Jakie to ma jednak znaczenie w kontekście wpuszczenia lub nie kibiców Legii na stadion w Białymstoku? Prewencja to fajne słowo, popularne zwłaszcza w policyjnych kręgach, ale oznacza w tym przypadku ni mniej ni więcej, jak tylko karanie za czyny niedokonane. Za domysły. Fanów z Warszawy, którzy przejechali sporo kilometrów, poświęcili cały dzień wolny i chcieli zobaczyć kluczowy mecz swojej drużyny ukarano za coś, co mogło się stać. Choć prawdopodobieństwo tego było znikome.

Po szopkach z pseudoremontami i innymi wymówkami, dzięki którym wielkie wyzwanie (sic!) przyjęcia grupy fanów z Warszawy w Białymstoku odwlekano w nieskończoność, przyszedł wreszcie czas na zmierzenie się z problemem. Poprzednio kazano wyjazdowiczom rozdzierać flagi by sprawdzić, czy przypadkiem nie zaszyto w nich tych ukradzionych dawniej Jagiellonii. Dziś więc kibice spod znaku czarnej „eLki” przybyli do stolicy Podlasia z takimi, w których zaszyć się nic nie dało, a i tak meczu nie obejrzeli.

Chociaż zgodę na to wydali niemal wszyscy. Wiceprezes Jagiellonii Agnieszka Syczewska jednak „nie wykorzystała okazji do tego, by milczeć”.

Wydała rozkaz niezgodny ani z przepisami, ani opinią delegata PZPN, ani z wolą wielu normalnych fanów „Jagi”, ani nawet – co najbardziej intrygujące – z wolą Cezarego Kuleszy, czyli prezesa Jagiellonii. W obecności członków zarządu Legii wyraził on zgodę na to, by przyjezdni weszli na stadion z flagami. Syczewska postanowiła urządzić jednak samowolkę i 900-osobowa grupa musiała wracać do Warszawy.

https://twitter.com/janekx89/status/993130680119898113

W filmie „Chłopaki nie płaczą” jest taka scena, w której dziekan Zajączek odmówił przesłuchania głównego bohatera filmu, gdy ten spóźnił się na egzamin. Mówi wtedy: „Gotowi pomyśleć, że my tu jesteśmy dla nich”. Pani Agnieszka zapominała, że praca w futbolu to praca dla kibiców. Bez nich może zmywałaby naczynia w Szkocji, a może zasiadała w Radzie Nadzorczej wielkiej korporacji? Na pewno nie byłaby wiceprezesem klubu Ekstraklasy i nie zajmowałaby się tym, czym się zajmuje obecnie. Niestety, także utrudnianiem życia kibicom z sektora gości.

W Polsce zapomina się o podstawach, choć powoli się to zmienia. Urzędnicy bywają niemili, opryskliwi i lekceważący – jakby ignorowali fakt, że żyją z pieniędzy tych, którym usługują. Jeszcze gorzej jest z politykami, a do tego grona dołączają również niektórzy działacze piłkarscy. Takich jak Agnieszka Syczewska powinno się ze środowiska wykluczać, bo podcinają gałąź, na której siedzą. Cieszą się, że znaleźli się na koronie drzewa zapominając o tym, że jego korzenie oraz pień to ludzie kupujący bilety, karnety, gadżety…

W piłce są pieniądze, bo piłką nożną interesuje się najwięcej ludzi na świecie (według najnowszych badań 3.5 miliarda, czyli niemal połowa globu). Futbol to świetny nośnik reklamowy. Ludzie czytają gazety, oglądają mecze, śledzą wyniki. Są potencjalnymi klientami wielu firm. Gdyby nie ich zainteresowanie – w Białymstoku, Warszawie czy Pćimiu Dolnym – nie byłoby w klubach opasłych kontraktów piłkarzy, masażystów, psychologów, PR-owców i wiceprezesów. Agnieszka Syczewska mogłaby wygonić, ale muchę za okno. Tymczasem postanowiła wymierzyć siarczysty policzek w kierunku ludzi, którzy są motorem napędowym polskiej piłki. W normalnym świecie ktoś tę rękę by jej – metaforycznie, rzecz jasna – uciął.

Niewiele jednak ominęło fanów Legii, którzy po kilku godzinach stania na parkingu i wielu nieudanych próbach kontaktu z przedstawicielami białostockiego klubu wrócili do domów.

Piłkarze warszawskiego klubu zachowali się świetnie i wyraźnie pokazali swój sprzeciw wobec działaniom wiceprezes Syczewskiej. Opóźnili wyjście na mecz, a tuż po zameldowaniu się na placu gry podbiegli do pustego sektora gości i zaczęli klaskać.

Niestety dla widowiska, poszli o krok dalej i również byli na Stadionie Miejskim nieobecni. Nie oddali żadnego strzału celnego na bramkę, a te dwa, które udało się jakimś cudem wykonać to zablokowane na 16 metrze uderzenie Szymańskiego oraz nastrzelony piłką Antolić. Legia zrobiła wszystko, by po meczu powiedzieć „to przez to, że nie wpuścili naszych kibiców!”, ale mimo wszystko zdołali jeden punkt do Warszawy przywieźć. Jak to możliwe, wiedzą tylko piłkarze Jagiellonii.

Niby atakowali, niby byli wysoko ustawieni, bardziej zaangażowani, szybsi, mieli przewagę w posiadaniu piłki, stwarzanych szansach, ale… koniec końców oddali aż jeden celny strzał na bramkę Arkadiusza Malarza. Najgorsze było to, że chociaż wyszli ofensywnie usposobieni, to w drugiej połowie nie zrobili absolutnie wszystkiego, by wyglądających na zdezorientowanych i nieobecnych legionistów pokonać przynajmniej raz.

Nie, jednak było coś gorszego – to, że wepchnięta szczęśliwie piłka do bramki Legii tego popołudnia wystarczyłaby do tego, by Jaga wskoczyła na fotel lidera. Na trzy kolejki do końca najbliżej tytułu byłby zespół, który w ostatnich ośmiu (bardzo ważnych!) meczach wygrał zaledwie dwa razy.

Zachowany został jednak status quo, który bynajmniej nie jest czymś, czym można się chwalić na lewo i prawo. Popisy prowadzącej w tabeli trójki, traktującej puchar za mistrzostwo jak gorący ziemniak, to kabaret tylko trochę ustępujący szopce działaczów Jagiellonii w związku z wpuszczaniem kibiców Legii na swój stadion.

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem