Miał być awans, a jest marazm

Legia II Warszawa przed tym sezonem miała bić się z łódzkim Widzewem o awans do drugiej ligi. W warszawskim klubie postanowiono, że do rezerw w celu zachowania rytmu meczowego schodzić będą gracze „jedynki”, którzy nie grali wiele w meczu ekstraklasy. Uznano przy tym, że dość już gnicia w trzecioligowej otchłani, gdzie czasem mało jest gry w piłkę, a i ryzyko kontuzji większe. Mówiło się o tym, że Legię stać na to, by jej druga drużyna grała na trzecim, a nie czwartym poziomie rozgrywkowym w Polsce. 

Finansowe argumenty poddane zostały w wątpliwość po braku awansu do fazy grupowej choćby Ligi Europy, bowiem wcześniej na drodze do ponownego udziału Legii w Lidze Mistrzów stanęła kazachska Astana. Później Sheriff Tyraspol nie tylko pozbawił warszawiaków europejskich pucharów, ale także płynących z tego korzyści. Przede wszystkim finansowych – w klubie zaczęły się cięcia, zaprzestano transferów do drugiej drużyny.

Wcześniej postanowiono przecież ściągnąć na stałe z pierwszego zespołu Michała Masłowskiego, który swego czasu kosztował stołeczny klub 800 tysięcy euro. Ponadto „dwójkę” zasilili sprowadzeni z pierwszej ligi Tsubasa Nishi, Mateusz Wełnicki i Łukasz Turzyniecki oraz bramkostrzelny trzecioligowiec Mateusz Majewski, a przecież regularnie do Legii II trafiać mieli cierpiący na brak regularnej gry piłkarze mistrza Polski.

– Awans jest jednym z, ale nie jedynym naszym celem – mówił przed sezonem trener Dębek. O tym, że w stołecznym klubie chcieli pójść wyżej, wystarczy spojrzeć na skład rezerw w meczu 2. kolejki z Sokołem Ostróda (5:0): Szumski – Moneta, Wełnicki, Żyro, Turzyniecki – Szczepański, Nishi – Hildeberto, Pasquato, Szymański – Niezgoda.

Z planów o awansie zostały nici. Legia II Warszawa na kolejkę przed półmetkiem rozgrywek zajmuje ósme miejsce, tracąc do prowadzącego Widzewa dziesięć punktów. Trzecia liga ma to do siebie, że odrobienie takiej straty wiosną to nie jest mission: impossible, ale w Legii nie widać parcia na awans. Od podopiecznych Krzysztofa Dębka, swoją drogą ostatnio mocno krytykowanego przez kibiców, bije brak profesjonalizmu, zaangażowania i chęci. Zwłaszcza wśród tych, którzy schodzą z pierwszej drużyny.

Z Widzewem rezerwy Legii miały walczyć o awans, ale obecnie tracą do niego dziesięć punktów.

Najsłynniejszym zawodnikiem odesłanym do rezerw jest oczywiście Dominik Nagy. Węgierski talent, który został kupiony za duże pieniądze i miał zostać sprzedany za kilka razy większe, za swoją postawę na murawie oraz poza nią zdegradował się do rezerw. Romeo Jozak postanowił po kilku tygodniach przywrócić go do pierwszej drużyny, bo Nagy podobno mocno zasuwał na treningach u trenera Dębka. Podobno, bo mecz z Polonią Warszawa rozwiał wątpliwości o jego obecnej dyspozycji. Skompromitował się nie tylko on, bo w małych derbach Warszawy – zakończonych bezbramkowym remisem – zagrało w sumie sześciu zawodników, którzy mieli walczyć o coś więcej, niż tylko mistrzostwo trzeciej ligi.

  • Thibault Moulin – sprowadzony za 8,44 milionów złotych. Grał na luzie, tak jakby potraktował mecz z Polonią w ramach jednostki treningowej. Poprawnie w destrukcji, ale bez szału. W ofensywie – dramat. Nie interesowały go prostopadłe podania, niekonwencjonalne akcje, przeszywające obronę przerzuty. Mecz „do zapomnienia”, choć sztab szkoleniowy Legii (obserwujący mecz z wysokości trybun) powinien ten profesjonalizm i (nie) przykładanie się do boiskowych obowiązków zapamiętać bardzo dobrze.
  • Dominik Nagy – 5,28 milionów złotych. Chował się za plecami kolegów, nie brał ciężaru gry na swoje barki, unikał odpowiedzialności, nie kreował sytuacji. O kilka długości wyprzedził go w tym spotkaniu Japończyk Tsubasa Nishi. Nie wiemy, czym zasłużył na to, by Romeo Jozak przywrócił go do pierwszej drużyny. Na pewno nie tą pierwszą połową, w której grał. Najsłabszy na boisku.
  • Hildeberto – 3,16 milionów złotych. Obiekt drwin rezerwowych piłkarzy „Czarnych Koszul”, a później także kibiców zgromadzonych przy Konwiktorskiej. Od obrońców Polonii odbijał się jak junior, a przecież na niedobór kilogramów nie może narzekać. Jest w Warszawie pięć miesięcy, podczas których ponoć jest na diecie i traci na wadze, ale ani po jego grze, ani po sylwetce tej pracy nie widać. Beznadziejny mecz.
  • Michał Kopczyński – 2,11 mln złotych. Czy w ekstraklasie, czy w trzeciej lidze – jedno się nie zmienia, a mianowicie: Michał ciągle gra tylko i wyłącznie do najbliżej ustawionego zawodnika. O ile w meczach Ligi Mistrzów rozumiemy w zupełności jego rolę i wielką odpowiedzialność, z którą musi sobie poradzić, o tyle na czwartym poziomie rozgrywkowym mógłby dać w ofensywie coś więcej. W drugiej połowie próbował, ale nie dał nic.

Kibice oczekują, by wyciągano konsekwencje również za wyniki drugiej drużyny, prowadzonej przez Krzysztofa Dębka.

  • Łukasz Moneta – 1,7 mln złotych. Jedno z odkryć poprzedniego sezonu Ekstraklasy, poprawne Euro U-21 w Polsce, a na tle beznadziejnych kolegów wręcz dobre – to zaowocowało transferem do mistrza Polski. Od początku sezonu jednak w rezerwach, w większości spotkań przeciętnie, a na pewno nie na tyle dobrze, by wywalczyć miejsce w „jedynce”. Z Polonią dobrze w defensywie, słabo w ataku.
  • Konrad Jałocha – 1,3 mln złotych. Uratował Legię w pierwszej połowie trzykrotnie w jednej akcji, poprawnie w drugiej, zanotował czyste konto. Od bramkarza regularnie grającego niedawno w Ekstraklasie, który wygrał w poprzednim sezonie Puchar Polski, wymaga się jednak zdecydowanie lepszej gry nogami. Wyprowadzenie piłki, zwłaszcza w 3. lidze, powinno być w jego wykonaniu znacznie dokładniejsze. Jałocha to jednak jedyny pozytywny akcent wśród zawodników z pierwszego zespołu w tych derbach.

Razem 22 miliony złotych wydanych na sześciu zawodników, którzy wystąpili na Konwiktorskiej w meczu rezerw. To więcej, niż zsumowane w ostatnich pięciu latach budżety Polonii Warszawa. Sama pensja portugalskiego obrońcy Hildeberto, który w tym meczu grał z konieczności jako napastnik, wynosi połowę budżetu klubu z Konwiktorskiej na ten sezon.

Trener Dębek przed sezonem chwalił pomysł zsyłania do jego zespołu piłkarzy pierwszej drużyny. Mówił o tym, że przy schodzących Stojanie Vranjesu czy Michale Kopczyńskim cała reszta młodych zawodników czuje się bezpiecznie i może się rozwijać. Po meczu z Polonią skory do pochwał dla piłkarzy z największym nazwiskiem nie był. Na pomeczowej konferencji prasowej pochwalił Hildeberto nie za grę, a przynajmniej za chęci i zaangażowanie. Tym samym wbił między słowami szpilkę w ambicję Nagy’a czy Moulina.

Bezbarwny występ z Polonią to nie jest wyjątek, a na pewno nie największy powód do zmartwień dla fanów „Wojskowych”. Trzy tygodnie wcześniej Legia zremisowała na własnym boisku 1:1 z Turem Bielsk Podlaski, którego wcześniejsze wyniki prezentowały się następująco: 0:0, 0:4, 0:4, 0:4, 0:6, 1:6, 0:2, 0:1, 0:4, 1:6. Po remisie z Legią Tur przegrał u siebie z Olimpią Zambrów 0:4. Nie przeszkodziło mu to w wywiezieniu punktu z terenu drużyny, w której grał Nagy, Moneta, Jałocha czy Szymański.

Tydzień po tej kompromitacji zawodników z pierwszej drużyny przyszła następna, o której pisaliśmy niedawno na naszych łamach, czyli GKS Wikielec i porażka 0:3 w liczącej 600 mieszkańców miejscowości. W meczu z Polonią Warszawa druga Legia grała lepiej, kiedy na boisku zameldowali się Robert Bartczak, Piotr Cichocki, Robert Praszelik i Eryk Więdłocha. Jak wygląda to statystycznie? Czy drużyna rezerw zasilana znanymi nazwiskami jest silniejsza, czy też gra gorzej?

Mecze Legii II Warszawa w tym sezonie:
– bez zawodnika z pierwszej drużyny (3 mecze, 3 punkty)
– jeden zawodnik (4 mecze, 3 punkty)
– dwóch (5 meczów, 10 punktów)
– trzech (jeden mecz, 3 punkty)
– czterech (jeden mecz, jeden punkt)
– pięciu (jeden mecz, trzy punkty)
– sześciu (jeden mecz, jeden punkt)

Wymowne jest to, że… nie ma żadnej reguły. Legia potrafi wygrać 5:0 z Sokołem, gdy ma pięciu zawodników z pierwszej drużyny, ale i bezbramkowo zremisować z Polonią. Potrafi wygrać 4:0 z Olimpią Zambrów bez ani jednego piłkarza “jedynki”, ale i przegrać 1:3 z Lechia Tomaszów Mazowiecki czy 1:2 z MKS-em Ełk. Jeden rodzynek nie może się odnaleźć, a bez niego – wcale nie jest lepiej. Za dużo grzybów w barszczu, jak w meczu z Polonią, to też nie jest najlepsze rozwiązanie. Remisem zakończył się też mecz, gdy było czterech podopiecznych Jozaka.

Najskuteczniejsza liczba głośnych nazwisk w składzie wynosi dwa (2pkt/mecz) lub trzy. – Wtedy zachowane są proporcje między piłkarzami ambitnymi i gryzącymi trawę za wszelką cenę, a takimi, którzy dysponują ekstraklasowymi umiejętnościami. I, widząc młodych chłopaków walczących o każdy metr boiska, doszlusowują poziomem zaangażowania do nich – mówi Radosław Wasiak, trener juniorów starszych Widzewa, którego podopieczni również zasilają drugą drużynę łódzkiego klubu.

Najważniejsza statystyka jest jednak taka, że rezerwy Legii zajmują obecnie ósme miejsce, a w ich wynikach nie ma grama przypadku. Ten sezon to póki co przykre rozczarowanie dla fanów stołecznego klubu, ale i jeszcze smutniejszy wniosek dla wszystkich, którym dobro polskiej piłki leży na sercu. Niezmotywowany zawodnik ekstraklasy to piłkarz na poziomie środka tabeli trzeciej ligi.

Komentarze