Mateusz Mika: Trener De Giorgi mnie nie okrzyczał

    Mateusz Mika po raz pierwszy od kilku lat reprezentacyjnej części siatkarskiego sezonu nie spędza ubrany w biało-czerwony trykot drużyny narodowej. Przechodzący rekonwalescencję przyjmujący Lotosu Trefla Gdańsk opowiedział nam o walce z kontuzją, szansach Polski w zbliżających się Mistrzostwach Europy oraz zamiłowaniu do…rzeczy dziwnych. Dziwnych jak muzyka Franka Zappy.

    Sezon reprezentacyjny w pełni, a ty pierwszy raz od długiego, długiego czasu nie musisz o tej porze roku myśleć tylko i wyłącznie o siatkówce. Jak się z tym czujesz?

    Mateusz Mika: W porządku. Taki odpoczynek raz na jakiś czas na pewno się przydaje. Wiadomo, że wszystko jest podyktowane kontuzją i przyznam, że trochę mnie ciągnie do gry, szczególnie kiedy obserwuje mecze reprezentacji. Ale jest taka, a nie inna sytuacja, a przerwa związana jest także z tym, że myślę co będzie ze mną także za kilka lat, a nie tylko jutro.

    Wiadomo było już od jakiegoś czasu, że od reprezentacji w tym roku będziesz odpoczywał, że stawiasz na zdrowie. Jak przyjął to trener Ferdinando De Giorgi? Próbował cię namawiać do zmiany decyzji? Jesteście w stałym kontakcie?

     MM: Na początku, jeszcze przed pierwszymi powołaniami, i nie mówię tu o tej liście zawierającej sześćdziesiąt parę nazwisk, tylko tej kolejnej, mieliśmy rozmowę i zastanawialiśmy się wspólnie jak rozwiązać ten problem. Jemu oczywiście najbardziej zależało na moim występie podczas Mistrzostw Europy, niekoniecznie na Lidze Światowej. Ostateczna decyzja należała jednak do mnie, a ja zdecydowałem się na operację, bo według mnie było to najbezpieczniejsze rozwiązanie. Chciałem to moje kolano wyleczyć w stu procentach, a nie tylko trochę. Wcześniej, przy każdej próbie nieoperacyjnej, mniej inwazyjnej, kończyło się fiaskiem. Trzeba było powiedzieć basta, natomiast trener to zaakceptował. Nie okrzyczał mnie (śmiech).

    Reset głowy też się przydaje? Wiadomo, że tych rozgrywek reprezentacyjnych jest strasznie dużo. Nie ma chwili na oddech.

    MM: Na pewno się przydaje, tym bardziej, że to kolano dokuczało mi już od dłuższego czasu i nie czerpałem przyjemności z tego co robię. Gra to jeszcze co innego, bo wówczas dochodzi adrenalina, ale podczas treningów to, powiedzmy, rzeźbiłem…Czasami czekałem, aż trening się po prostu skończy. To był duży mankament pod względem psychicznym, przychodziłem do szatni i po prostu nic mi się nie chciało przez ten ból. Ostatni raz tak długą przerwę miałem przed Mistrzostwami Świata i raczej na dobre mi to wyszło, odpocząłem wówczas przez trzy miesiące od sportu. Pewnie różne osoby inaczej do tego podchodzą, jedni woleliby grać cały rok, ja na tą chwilę uważam, że ten odpoczynek jest mi potrzebny.

    Kiedyś mówiłeś, że tych rozgrywek reprezentacyjnych w sezonie jest zbyt wiele, przez co tracą swój prestiż. Jedna impreza mistrzowska, Puchar Świata i Liga Światowa, Igrzyska… Czasem ciężko powiedzieć, co jest imprezą docelową, co jest najważniejsze.

    MM: Ja w tym siedzę, bo muszę, więc wiem, co jest najważniejsze, ale wiadomo, że siatkówka nigdy nie będzie tak popularna jak piłka nożna, a ludzie którzy planują te wszystkie rozgrywki i turnieje chcą ją promować w jak najlepszy sposób. Niestety nie zawsze chęci pokrywają się z rezultatami. Sądzę, że nie tylko dla zdrowia zawodników, ale i całej dyscypliny lepiej byłoby odpuścić chociaż jeden z tych turniejów. Przykładowo Mistrzostwa Europy, rozgrywane co dwa lata, mogłyby odbywać się co cztery. Nie ja jednak o tym decyduję. Ostatnio czytałem jeden z pomysłów ludzi z FIVB. Po zagrywce zawodnik nie mógłby lądować w boisku, a atakując z drugiej linii nie mógłby lądować w linii pierwszej. Miałoby to się przełożyć na atrakcyjność siatkówki i sprawić, że kibice chętniej będą ją oglądać. Rozumiem, że chodzi tu o wydłużenie i utrudnienie akcji w ataku, większą ilość obron, ale…Dla mnie to już przestaje być siatkówka!

    Pytanie, od którego zaczyna się ostatnio większość wywiadów z tobą – w jakim stanie jest aktualnie twoje kolano?

    MM: Skakać jeszcze nie próbowałem, bo nie mogę, na siłowni powoli zaczynam pracować z ciężarami, bo dotychczas na przykład przysiady robiłem bez obciążenia. Boleści żadnych nie odczuwam i wydaje mi się, że jestem w tej chwili na takim etapie rehabilitacji na jakim powinienem.

    Kiedyś piłkarz Robin van Persie stwierdził, że nie pamięta, kiedy ostatnio wstał rano z łóżka i nic go nie bolało. Ty chyba nie jesteś jeszcze na tym poziomie?

    MM: Teraz jak wstaje to nic mnie nie boli (śmiech). Wcześniej rzeczywiście nie było to przyjemne, chociaż w poprzednim sezonie przyzwyczaiłem się do życia z tym bólem. Mniejsze kontuzje oczywiście czasem też się zdarzały, ale tutaj głównie chodziło o to kolano. To męczące, nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Powiedzmy, że czasem na treningu chciałoby się zrobić coś więcej, są piłki, do których mógłbym dojść, obronić je, ale czuję blokadę ze względu na moje zdrowie. To na dłuższą metę bardzo męczy, bo zdaję sobie sprawę, że nie jestem tak dobry jak mógłbym być właśnie przez tą kontuzję.

    Wstępna kadra na Mistrzostwa Europy jest już znana. Po raz kolejny organizujemy wielki turniej – jest szansa, że znowu go wygramy?

    MM: Na pewno jesteśmy w stanie. Do Mistrzostw Europy pozostało jeszcze sporo czasu, a trenera De Giorgi uważam za bardzo dobrego szkoleniowca. Kadra nie grała w Lidze Światowej na miarę swoich możliwości, bo tu już nie chodzi nawet o sam wynik. Nie da się ukryć, że na boisku były problemy. To nie oznacza jednak, że będzie źle. Po to się trenuje i gra sparingi, żeby czynić postępy. W Polsce oczekiwania względem siatkówki zawsze są duże, a balonik pompowany. Potem wybucha. Zobaczymy jak będzie tym razem. Mam nadzieję, że po raz kolejny damy radę, bo wynik na Mistrzostwach Europy odbije się potem na całym środowisku siatkarskim.

    Czy w Polsce rzeczywiście jest tak, że jeśli osiągasz sukcesy to jesteś najlepszy, wszyscy cię chwalą i klepią po plecach, natomiast w przypadku porażki jesteś najgorszy, do dupy i do niczego? Wpadamy ze skrajności w skrajność, brakuje obiektywnej, rzetelnej oceny?

    MM: Sądzę, że to ogólnie taka trochę nasza cecha narodowa, widoczna nie tylko w mediach, ale i w życiu codziennym. Ludzie lubią z siebie czasem wylać żółć. Niektóre nacje mają tak, że cieszą się jak jest dobrze, natomiast nieszczególnie przejmują się porażkami, próbują się wspierać i myśleć optymistycznie. Już nie chodzi nawet o sport. Natomiast w Polsce rzeczywiście ta amplituda, skala zachowań jest bardzo rozbieżna. Kiedyś podawałem już przykład chociażby Adama Małysza. Jak wygrywał to było wszystko super, ale jak wciąż był w najlepszej dziesiątce, ale nie łapał się na podium, to wszyscy życzyli mu końca kariery, wieścili jego koniec. Okazało się jednak, że potrafił jeszcze wygrywać i znowu był idolem. Mnie to już przestało dziwić, chyba się do tego przyzwyczaiłem.

    Komentarze