Martyna Pajączek: „Nie można zbudować zaufania kibiców wciskając im kit”

Po przyjściu do Widzewa Martyna Pajączek udzieliła wielu wywiadów, z których dowiadujemy się o jej pasji do sztuki, braku potrzeby długiego spania, wiemy, że grała na pianinie, wiemy jakie ma podejście do życia i zawodu… Zdecydowaliśmy się więc porozmawiać nie o pani prezes, a głównie o jej pracy, jaką w Łodzi wykonała bądź zamierza wykonać. Konkretnie, o wszystkich wątpliwościach i pytaniach, które chodzą po głowie kibiców z al. Piłsudskiego.

Bartłomiej Stańdo: Jest już pani w Widzewie trzy miesiące. W jakim stopniu udało się zrealizować plan na pierwszy kwartał pracy?

Martyna Pajączek: Jedną rzecz musiałam przesunąć na wiosnę, ale generalnie jestem zadowolona. To, co chciałam zrobić – na ten moment się udało, ale to etap bardziej papierowy. Jest dużo planowania, jeszcze przez chwilę będzie to niewidoczne.

Stoi pani na czele klubu, więc to normalne, że udzielała się w mediach i przedstawiła kibicom. Jest jednak pani jedyna, nikt poza panią z Zarządu, Rady Nadzorczej czy zarządu Stowarzyszenia nie komentuje na bieżąco sytuacji w Widzewie. Dlaczego?

– Taka jest rola lidera, nie mam z tym problemu. Mam na prowadzenie klubu jakiś plan, więc potrafię go wytłumaczyć, a potem realizuję i ewentualnie koryguję błędy. Jeśli podejmuje się jakieś decyzje to trzeba ponosić konsekwencje. To mi odpowiada.

To nie problem do momentu, w którym pani również nie zabiera głosu. Po słabszych wynikach pojawiały się głosy, że pani prezes się schowała.

– Nie, nie schowała się. Tylko trzymajmy się logiki – za wynik sportowy odpowiada trener.

Ale za trenera prezes.

W momencie ostatecznym, a do tego momentu odpowiada trener. To on tłumaczy swoją logikę postępowania, musi opowiadać co robi, co planuje. Wiadomo, że przed meczami mówi tak, żeby nie ułatwiać rywalom pracy – ale po meczu już trochę więcej. Sama często pytam go, dlaczego to wygląda jak wygląda i kiedy będzie lepiej. On potrafi to wytłumaczyć.

 

Problem z trenerami jest wtedy, gdy, że tak powiem, nie leci z nami pilot. Kiedy trener wariuje i podejmuje irracjonalne decyzje. Cała Polska widzi gdzie jest problem, a on  nie patrzy z szerokiej perspektywy, tylko jak pod mikroskopem i mówi: „tak, to jajo jest kwadratowe, doszedłem do wniosku w toku analiz, że jest kwadratowe”. W Widzewie tak nie jest, leci z nami pilot. Jemu oczywiście też potrzebna jest szeroka perspektywa, żeby wiedział, jakie ma słabe punkty. On oczywiście sam to wie, ale czasem trzeba pomóc i zrobić krok do tyłu, by spojrzeć szerzej.

Jest pani zadowolona z początku tego sezonu?

– Z wykonanej pracy tak, z efektów tej pracy jeszcze trudno być zadowolonym. W Widzewie jednak mamy zespół tak skonstruowany, że czas będzie działał na jego korzyść. Zawodnicy dochodzą do formy, zaczynają zgrywać się ze sobą – mentalnie i taktycznie.

Jak oceniała pani Widzew, który wygrywał, grał w przewadze jednego zawodnika, a przez niemal całą drugą połowę pozorował grę?

– Oj, nie zgodzę się…

Okej, ja też się nie zgodzę. Powinienem to ująć w mocniejszych słowach.

– Mówi pan o meczu w Elblągu?

Tak. Bez chęci strzelenia kolejnej bramki, bez charakteru, bez udowodnienia swojej wielkości… Widzew obawiający się zaatakowania rywala grającego w osłabieniu to nie Widzew. Co myślała pani wtedy, gdy Olimpia w dziesiątkę strzeliła bramkę i urwała punkty?

– To się nie nadaje do cytowania… Generalnie w Widzewie brakuje jakości. Chodzi o to, by tę jakość albo dołożyć czyli zatrudnić odpowiednią osobę, albo wydobyć potencjał z osób, które pracują. Są dwie metody. Wśród zawodników czy pracowników albo ktoś nie umie czegoś zrobić, albo nie miał odpowiedniej motywacji. Trzeba więc wymienić albo nauczyć.

Wiemy, że Widzew potrafił – tylko po prostu usiadł, przywołując demony z poprzedniej rundy. Tymczasem na przykład Adam Radwański stwierdził po meczu, że Widzew powinien zagrać jeszcze ostrożniej, jeszcze bardziej uważać zamiast ryzykować. Zupełnie odwrotnie niż mówił niedawno trener Władysław Żmuda.

– Brakowało pazerności na sukces, a tak być nie może.  Radwański został źle zrozumiany i sam być może nie wyraził się tak jasno, by nie było wątpliwości. Rozmawiałam z trenerem po tamtym meczu. Nie nakazał zawodnikom się cofnąć i czekać na końcowy gwizdek. Może dlatego teraz takie, a nie inne są też jego decyzje personalne? Natomiast chodzi o to, że trzeba swoją pracę wykonać jak najlepiej. Jak grasz mecz – to musisz go wygrać. Jak masz wygrać, to musisz zrobić to jak największą liczbą strzelonych goli. I tak to powinno wyglądać.

Co się stało przed meczem ze Stalą, że to wreszcie odpaliło?

Został wykonany kawał roboty – różnymi metodami, wszystkie ręce na pokład – i to przyniosło efekt. Przełamanie było ważne, natomiast to jest piłka nożna. Nie jest tak, że wszystko się wygra, a też nie można powiedzieć, że ostatni mecz z Garbarnią był słaby. Gorszy zagraliśmy choćby na inaugurację, a go wygraliśmy.

Jak w ogóle ma grać Widzew? Nie pytam o opis świetlanej przyszłości w Lidze Mistrzów, a o pomysł na zespół, o plan na DNA drużyny. Nie za dziesięć lat, a za miesiąc, za rok, dwa.

– Cały sezon gramy atakiem pozycyjnym i tak będziemy grać, może póki co poza spotkaniem ze Śląskiem Wrocław. Trzeba skrupulatnie budować akcje i co tu dużo mówić: po prostu atakować. Proszę jednak zwrócić uwagę na to, jak ten zespół był po kolei budowany. Bramkarz, stoper, boczny obrońca… Mecze wygrywa się atakiem i ten mamy znakomity, ale awanse robi obroną.

Jak już jesteśmy przy defensywie – Sebastian Rudol pani nie zawiódł? Stracił miejsce w składzie na rzecz Sebastiana Zielenieckiego, obecnie jest rezerwowym.

A czemu siedzi na ławce?

Bo popełniał błędy, a jeden z nich zakończył się rzutem karnym?

A czemu popełniał te błędy?

Wierzę w to, że nie jest odpowiednio przygotowany i wejdzie na swój poziom. Niektórzy obawiają się jednak, że… to już był jego poziom.

– Nie, to nie był jego poziom. To jest Rudol, który dostał mocniejszą porcję treningów i nie był w szycie swojej formy piłkarskiej. Dlatego np. nie zdążył do przyjętej piłki i sprokurował karnego. Co trzeba zrobić z Rudolem? Odpowiednio przygotować. Niech złapie formę i wtedy wróci Rudol, który nie tylko nie będzie popełniał takich błędów, ale też dyrygował całą obroną i rozpoczynał budowanie każdej akcji. Nauczymy się szanować zawodników. Rudol zagrał 130 meczów w ekstraklasie – i błąd w drugiej lidze ma świadczyć o tym, że to jego poziom?

Jaka jest pani teoria na to, że nawet jeśli Widzew zaskoczy i zagra tak, jak chcą trybuny w meczu ze Stalą Rzeszów, to za tydzień wygląda to nieco inaczej w Legionowie? Jaka wytłumaczy pani dysproporcję między meczami u siebie, a meczami wyjazdowymi?

– To świetny dowód na to, że kibice są dwunastym zawodnikiem. Rozmawiam czasem z piłkarzami i mówię, że to jest miasto derbowe, że mogą ich zaczepiać. I co mówią? „Ale super! Jest adrenalina”. Dobieraliśmy do tej drużyny takich zawodników, którzy będą kochać walkę. Czasem za nadmiar żółtych kartek na zawodników nakłada się dodatkową karę od klubu. Takiemu Bartkowi Poczobutowi zapowiedziałam: „będziesz jedynym piłkarzem, który dostanie karę jeśli… nie będzie łapał kartek!”. Mamy zawodników, którzy lubią walkę, adrenalinę, gonienie, wejścia bark w bark. Takich, których presja trybun nakręca, dodaje skrzydeł. Chcieliśmy takich, na których Widzew będzie wpływał mobilizująco, a nie będą się bali i podawali do najbliższego.

Wiadomo, że otoczka w Sercu Łodzi jest inna, ale boisko na wyjeździe jest takie samo, bramki są dwie, piłka jedna, a tempo rozgrywania akcji jakby z innej planety.

– Gospodarze u siebie też trochę inaczej grają. U nas, jak cały stadion głośno dopinguje, to trochę im się nogi uginają, nam nie. Ale już grając u siebie ten rywal się nie boi, swobodniej sobie poczyna. Ogólnie ta liga jest… okropna. Do poziomu Ekstraklasy wszyscy się przyzwyczailiśmy, ale można w niej obejrzeć dobre mecze. Pierwsza liga jest podobna, a może nawet trochę waleczniejsza i bardziej dynamiczna. Druga? To połączenie futbolu z rugby. Nie stawia się tu na umiejętności piłkarskie – bardziej na bieganie, fizyczność. My nie możemy natomiast zatrudnić zawodników, którzy będą pół-rugbystami. My musimy grać w piłkę. Budujemy zespół perspektywiczny, który ma odnosić kolejne sukcesy w następnych latach, a nie podpisywać kontrakty z zawodnikami, którzy przyjdą porozbijać rywali. Charakterystyka naszych piłkarzy jest więc nieco inna niż u pozostałych drugoligowców. Czasem jest problem, bo rywale bronią całym zespołem. My próbujemy, ale łatwo nie jest. Mamy więc z jednej strony stadion i kibiców, z drugiej rywale u siebie grają nieco inaczej, z trzeciej mamy inny styl gry. Mamy zbilansowany zespół, ale on nie jest równy.

https://www.instagram.com/p/BzaA2heohXk/

Rafał Pawlak będzie dyrektorem sportowym?

– Nie będzie.

Był?

– Też nie. Nie był, nie jest, nie będzie.

Jaka jest więc jego rola i jak ocenia pani jego pracę?

– Śmialiśmy się, że… został pracownikiem miesiąca w lipcu. Rzucił się do pracy szaleńczo i zrobił kapitalną robotę. Nawet uczciwie powiem, że byłam pod wrażeniem. Pracowałam z różnymi ludźmi, ale jego zaangażowanie, upór, umiejętność wybrnięcia z niektórych sytuacji… Zaimponował mi.

Czyli pozostanie? W jakiej roli?

– Tak. Rozmawialiśmy o sprawach dotyczących scoutingu, tam bym go widziała. Wyszukiwanie klubów w regionie, z którymi powinniśmy współpracować i na przykład pozyskiwać ich najlepszych graczy. Obserwowanie zawodników, na których powinniśmy zwrócić uwagę. Poza tym trener sam ma świadomość, kogo potrzebuje. Zimą drużyna zostanie jeszcze wzmocniona, ale fajnie, że już latem udało się pozyskać zawodników pierwszego wyboru. . To bywa trudne, niekiedy jeden czy drugi piłkarz odmawia. Wtedy trzeba wytrzymać presję, mieć stalowe nerwy. Wiem, że w klubach piłkarskich jest o to trudno, bo piłka nożna generuje emocje, ale moim zadaniem było wytrzymać ciśnienie. Tu czasem trzeba było wyczekać. I warto było poczekać.

Na przykład na Mateusza Możdżenia. Nie obawiała się pani, że może on dla nas był pierwszym wyborem, ale my dla niego nie?

– Mateusz musiał sobie pewne rzeczy przemyśleć, a ja… Oczywiście, że się zastanawiałam. Było wiele takich momentów, w których rezygnowaliśmy z jakiegoś piłkarza, bo wiedziałam, że nie traktował Widzewa priorytetowo. Ja natomiast nie będę nad kimś stała i namawiała go do roboty. Albo ktoś rozumie ten projekt i wchodzi na sto procent, albo… Warto zobaczyć, jak zachowuje się Robak. On musiał sobie pewne rzeczy poukładać, ale jak to zrobił to jest z nami na 200 procent. Potrzebujemy takich, którzy rozumieją, dlaczego tu są. Że jak się sprawdzą to trafią do nieba, a jak nie to do zsypu. W Widzewie albo sobie radzisz i jesteś świetny, albo cię nie ma. Kto weźmie chłopa, który sobie nie poradził w Widzewie w drugiej lidze?

Biorą i to nawet z pocałowaniem ręki. W wyższej lidze niż Widzew strzela Kristo, strzela Michalski. W drugiej lidze właśnie znów strzelił Miller, w Resovii trafia Świderski…

– Ale czemu pan mówi, że oni sobie w Widzewie nie poradzili?

Zostali przecież przez Widzew albo odpaleni, albo nie podjęto próby walki o ich pozostanie.

– Ale to znaczy, że ktoś został odpalony, a nie, że sobie nie poradził. Ja tak nie twierdzę. Twierdzę, że po prostu odeszli z klubu i tyle.

Ktoś o tym zdecydował, a skoro przy tym jesteśmy… Mówiła pani, że wyobrażała sobie współpracę z Łukaszem Masłowskim, a później stwierdziła, że decyzja o jego odejściu była łatwa. Sam Masłowski na Twitterze zdementował to, że ściągał zawodników od jednego menedżera bądź wypłacał duże prowizje. Piłkarzy nie sprowadzał najgorszych, choć wydaje się, że latem operował mniejszym na to budżetem.

– Jak to mniejszym? Dlaczego?

Wydaje mi się, że miał założenie, by piłkarze podnosili pieniądze z boiska, a w utrzymaniu byli tańsi. Mylę się?

– Pytanie, dlaczego podjął taką decyzję? Dlaczego ściągał takich, a nie innych piłkarzy? Pozbywając się tych, o których mówiliśmy przed chwilą?

Po odejściu Masłowskiego przyszli Robak, Kosakiewicz, Możdżeń, Pawłowski, Rudol, Poczobut… Masłowski nie widział drużyny z takimi piłkarzami?

– Nie wiem, nie chcę odtwarzać intencji Masłowskiego, bo za intencją nie zawsze człowiek nadąża.

Przychodził do Widzewa jako jeden z najlepszych dyrektorów sportowych w kraju, pani wyobrażała sobie z nim współpracę, a nagle pozbywa się lekką ręką. Dlaczego była lekka? Konkretnie: dlaczego Łukasza Masłowskiego już nie ma w Widzewie?

– Mieliśmy zupełnie inne koncepcje. Inaczej widzieliśmy to, jak powinniśmy współpracować i w jaką stronę powinno to zmierzać. Widzi pan, jak budowana była drużyna w zeszłym sezonie czy przed moim przyjściem, a jak jest budowana teraz. To są chyba te różnice. Byłam nastawiona na współpracę i starałam się współpracować, ale okazało się, że jest ona niemożliwa. Inaczej widzimy to, jak to powinno funkcjonować, więc się rozstaliśmy i tyle. Trzeba się nawzajem szanować. W tym jestem chyba radykalna, ale… Albo jedziemy w jedną stronę, albo nie.

 

Rozmawialiśmy chwilę temu o Możdżeniu. Strasznie się bałam: czy on będzie zdeterminowany? Czy dla niego to będzie projekt życia? Spodziewałam się, że przyjdzie i powie, że chce kontrakt na rok z możliwością odejścia po rundzie. On natomiast powiedział, że chce na kilka lat, ponieważ postanowił, że będzie grał z Widzewem w Ekstraklasie. Kamień z serca! To pokazuje motywacje chłopa, to pokazuje wiarę w projekt. Nieistotne było to, ile o tym myślał, ale że doszedł do takiego wniosku. Mogłam załatwić tę sprawę szybko, naciskać go. Ale po co? Potrzebuję kogoś zdeterminowanego. Albo wszyscy ciągniemy wózek w jedną stronę, albo won mi z wózka. Nie będziemy sobie pewnych rzeczy tłumaczyć. Jeszcze jak ktoś jest młody to ma prawo nie wiedzieć, popełniać błędy – nie jest to problem, o ile chce iść w dobrym kierunku. Ale jeśli ktoś nie chce rozmawiać, nie chce się rozwijać, ma swoją koncepcję i będzie ją realizował… Nie, to nie tutaj. Nie dopuszczam do sytuacji takich, w których będziemy siedzieć i godzinami się do czegoś namawiać. Albo rozumiesz to i jesteś w tym projekcie, albo musisz sobie szukać innego.

Zostańmy przy tym widzewskim. Zaraz po objęciu władzy wskazała pani problem klubu w tym, że tylko 20% wydatków stanowiły wynagrodzenia pierwszego zespołu. „ Może gdyby te koszty wyglądały inaczej w zeszłym sezonie, awans zostałby zrobiony”, powiedziała pani na Weszło, wspominając o tym, że Finansowe Fair Play jako granice wskazuje 60% wydatków. To poziom, do którego pani dąży?

– Struktura budżetu w Widzewie jest specyficzna, bo bardzo duże są koszty organizacji dnia meczowego. Takich nie ma żaden klub drugoligowy, a myślę, że również w pierwszej lidze takich nie ma. Niewykluczone, że dla niejednego klubu w drugiej lidze koszty organizacji wszystkich meczów domowych w sezonie są niższe, niż jednego na Widzewie. Nie zależą one bowiem tylko od wielkości obiektu, ale również frekwencji. W standardowym klubie ok. 50-60% wydatków stanowią koszty pierwszej drużyny, dopiero później organizacji dnia meczowego. Tutaj odwrotnie, pożera on znaczną część budżetu. Gdyby jeszcze znacząco zwiększyć procent na pensje, to nie zmieścimy się w budżecie.

Słysząc tamte wypowiedzi wystraszyłem się, że to model, do którego dąży Widzew. Nie zwraca on bowiem uwagi na otoczenie (w którym kluby robią awanse wydając około miliona na pierwszy zespół), a na procent własnego budżetu. Myślałem: dlaczego klub by awansować w drugiej lidze ma wydawać nie milion czy dwa, a sześć milionów na piłkarzy? A co gdyby budżet Widzewa w drugiej lidze wynosił 150, a nie 15 milionów? Wydawałby 60 milionów na pensje w drugiej lidze, bo tak wskazują standardy w innych klubach?

Nie, na pewno nie. W ogóle nie idziemy w tę stronę. Oczywiście nie ma takich budżetów, gdzie tak niski procent idzie na pierwszy zespół, natomiast to wynika z naszej struktury.

W 2018 roku Widzew na pensje piłkarzy wydał 3,2 mln złotych. Jak to więc wygląda teraz w skali roku?

– 3,6 miliona złotych. Z tego, co wiem, taki budżet był wcześniej.

Czyli z 21% na 24% wydatków. Widząc nazwiska pozyskiwanych piłkarzy obawiałem się, że Widzew idzie „va banque”.

– Nie, absolutnie. Wydatek na drużynę został skorygowany do wspomnianej kwoty, bo zmieniliśmy wydatki w innych obszarach, a poza tym udało się zrobić zespół mniejszy, ale bardziej jakościowy. Dzięki temu trzymamy się budżetu. To dobrze, bo klub piłkarski jest jak gąbka. Ile wlejesz, tyle wsiąknie. Czasem się udaje, gdy ktoś pójdzie „va banque”, ale zdecydowanie rzadziej niż częściej. Trzeba rozumieć, skąd są pieniądze i ile będzie się ich w stanie z rynku ściągnąć. Bez myślenia: „ach, te dwa miliony to później dorobię”. Jak dorobisz? Skąd je weźmiesz? Jeśli to jest nierealne, to po co w ogóle tak planować? Trzeba naprawdę bardzo uważać na to nie tylko w Widzewie, ale w każdym klubie.

Jak zmienił się cały budżet na nowy sezon?

– Na razie mamy prowizorium, które zostało przyjęte na ten sezon i ten budżet jest lekko skorygowany, ale pozostał na tym samym poziomie co poprzedni.

Zmieniło się coś w strukturze wydatków oprócz tych na piłkarzy? Czy niektórych kosztów nie można ruszyć?

– Wszystko da się ruszyć, ale będę mogła to zrobić po nowym roku. Po pierwsze dlatego, że będę mogła zrozumieć gdzie są za duże koszty i co można z nimi zrobić. Może być bowiem tak, że niektóre rzeczy trzeba jeszcze raz przenegocjować, a w innych przesunąć środki na inne obszary. Postaram się szybko myśleć i w pół roku to zrozumieć. Choć na to potrzeba dużo czasu, chciałabym już w nowym roku te sprawy skorygować. Pan mnie pyta, czy zmienię kwoty w pozycjach, a ja w ogóle wprowadzę bardzo szczegółowy plan kont. Im więcej kont w programie księgowym, tym bardziej widać koszty.

(Martyna Pajączek przynosi laptopa, otwiera Excela)

Dzięki temu w każdym dowolnym momencie będę miała szybką kontrolę tego, co się dzieje. Widzi pan: jest budżet miesiąc w miesiąc, realizacja, widać ile poszło. Styczeń, luty, pierwszy kwartał, drugi, półrocze… Zawsze rozliczam budżety półrocznie, bo można wtedy analizować zarówno pod kątem roku kalendarzowego, jak i sezonu piłkarskiego.

Wracając: po pierwsze chodzi o to, by raportowanie było szybkie i jasne. Po drugie chciałabym, żeby to było strasznie dokładne. Każdy kierownik odcinka dostaje swój budżet i go realizuje. Jest odpowiedzialny nie tylko jakościowo, ale i finansowo. Nie ma czegoś takiego, że, ktoś do kogoś poszedł, załatwił, ktoś się zgodził, podjął jakąś decyzję nie wiadomo dlaczego…

 

Żeby taki ogromny i bardzo szczegółowy plan napisać to muszę się na miesiąc zamknąć w domu, , po prostu siedzieć i analizować ileś tam lat wstecz koszty, prognozować je na podstawie własnego doświadczenia. Ale jak to się zrobi raz, to już zostanie w Widzewie na lata. Można to oczywiście zmieniać, uzupełniać, ale szkielet pozostanie. Taka jest koncepcja. Jeden przycisk i wiesz, co się dzieje, skąd się to wzięło, jaki był plan i jak wygląda realizacja. Czy ktoś przeholował, czy może się pilnuje i jest odpowiedzialny. Tak dużej organizacji nie da się prowadzić jednoosobowo – dlatego trzeba ludzi nauczyć odpowiedzialności, pracy z takimi narzędziami.

Słyszałem mimo to, że interesuje się pani dosłownie wszystkim, co się dzieje w klubie.

– To akurat prawda. Muszę wszędzie wsadzić nos, wszystko zrozumieć. Robiąc tutaj różne analizy marketingowe też dochodzę do ciekawych wniosków, których nie znałam analizując te kluby, z którymi do tej pory współpracowałam.

Marketing w Widzewie leży? Jakie wnioski będą w stanie podnieść go z ziemi?

– A co to znaczy, ze leży?

– Bardzo dobrze działa wiele obszarów, za które odpowiedzialny jest choćby Tomasz Sadłecki, czyli Widzew TV, transmisje meczów, pomnik, system zwalniania karnetów i inne rzeczy. Niektóre obszary jednak mocno zawodzą. Komunikacja z kibicami na przykład, reakcja na błędy i problemy, są wątpliwości dotyczące promocji klubu i PR. Klub też traci choćby na tym, że czasami przed meczami zostają niesprzedane bilety ze zwolnionych miejsc, co przy takim zainteresowaniu Widzewem wydaje się nie do pomyślenia. Brakowało miękkich rzeczy, które czasem kosztują twarde pieniądze.

Wiem, o co panu chodzi. Powiedziałabym, ze to jest praca nieefektywna. Trzeba ją przeorganizować, bo czasem jest tak, że nawet jak coś zrobimy – to tego nie nagłośnimy albo przed, albo po fakcie. Brakuje żeby czasem coś dopchnąć, z czymś wyjść. Wynika to pewnie z tego, że pracy jest dużo, a ludzi nie. Natomiast nawet niewielkimi zespołami ludzkimi można zrobić rzeczy efektywnie, jeśli je dobrze zaplanujesz. Chodzi o to, żebyśmy nie pracowali akcyjnie, a żeby każdy miał mniej więcej równo dzień zapełniony pracą. Teraz jesteśmy na takim etapie, na którym musimy nauczyć się pracy w zespole. Krok po kroku to robimy. Niech pan zobaczy plan dnia meczowego. (Martyna Pajączek wyciąga wielki arkusz papieru, ogromną tabelę wypełnioną co do minuty). Można?

Tę pracę akurat było widać. „Taniec Eleny” puszczony w odpowiednim czasie, krótsza „Prząśniczka” i tak dalej. Nawet z perspektywy zwykłego kibica ma to ręce i nogi.

Na pewno będziemy próbowali raz tak, raz inaczej, bo będziemy szukali tego najwłaściwszego modelu. Co mecz coś w tym planie korygowaliśmy. Teraz cały tydzień siedzieliśmy na warsztatach, od rana do wieczora analizując i sprawdzając, co można byłoby inaczej zorganizować w tym aspekcie. Wychodzę z założenia, że jeśli są rzeczy cykliczne, powtarzalne, to one powinny się odbywać bezszelestnie. Nie powinny absorbować niczyjej uwagi – jak z piłkarzem, który osiąga pewien poziom powtarzalności. Jeśli nie będziemy się zastanawiać już nad rzeczami oczywistymi, tylko robić je z automatu – ale nie niedbale! – to zostanie nam duży obszar mózgu na rzeczy kreatywne.

Jak wygląda sprawa ze sponsorami? Były prezes Stowarzyszenia stwierdził, że klub nie ma produktów. Może pani jakieś znalazła?

Wiem, o co mu chodziło – że wyprzedane są miejsca na koszulce oraz wszystkie loże. My natomiast już zrobiliśmy inwentarz wszystkiego, co mamy. Wyceniliśmy to, robimy pakiety, więc pewnie jakaś zmiana w tej kwestii nastąpi. Potrzebujemy nowych partnerów biznesowych. I to wcale nie tylko dużych. Ruszymy wkrótce z nowym projektem dla małych i średnich przedsiębiorstw. Myślę, że sporo tam życzliwych klubowi ludzi.

Jedna już nastąpiła. Nową umowę podpisała firma Inkaso WEC byłego prezesa i przewodniczącego Rady Nadzorczej, Remigiusza Brzezińskiego. Płaci dużo więcej?

– Całkiem sympatycznie.

Teraz rynkowo?

Tak. W tej chwili jest tak, jak powinno być.

Powiedziała pani w Przeglądzie Sportowym, że „jak zaczynamy wylewać fundamenty pod coś, to ruszajmy już ze wszystkim”. Sprawdźmy więc stan budowy. Na pierwszy ogień: sklep. Opinie są słabe, asortymentu brak lub jest nietrafiony, często kibice wychodzą z niczym. Jak idzie reorganizacja?

– Sklep jest do gruntownej przebudowy, do reorganizacji, do… Tam trzeba zmienić wszystko. Jesteśmy na etapie inwentaryzowania całości, wymiany kadry.

Kiedy można się spodziewać efektów? Na wiosnę?

– Nie, od razu. Jest już nowa odpowiedzialna za sklep osoba. Na przykład będziemy chcieli zrobić przy najbliższych meczach bazary i powyprzedawać rzeczy, które są. To ostatnia szansa żeby kupić koszulkę, w której… od dwóch lat wszyscy chodzą na mieście. Niepowtarzalna! Jedna z ostatnich szans, żeby nabyć mityczne widzewskie gry! Może komuś brakuje w kolekcji koszulki „Awans do 2 ligi”? Spróbujemy zrobić duże wyprzedaże, przeceny towaru, który zalega. Po to, żeby sklep przeorganizować, zrobić go w nowej formule. Nowe otwarcie? Niedługo mamy 19 października. Fajna data.

Jest pomysł, by rok 2020 był rokiem Widzewa, to może 19.10. powinien co roku być Dniem Widzewiaka?

– Fajny pomysł. Na pewno będziemy próbowali parę ciekawych rzeczy w obszarze sprzedażowym. W październiku trochę to odświeżymy, zatowarujemy nieco inaczej. Tak, żeby na święta każdy mógł nakupować co mu się podoba.

Kwestia zatowarowania mnie zastanawia. Gdy klubem po odbudowie rządzili Rafał Krakus i Marcin Ferdzyn, sklep był prowadzony bezkosztowo, co w tamtym czasie miało ogromne znaczenie. Widzew nie towarował sklepu, nie produkował rzeczy – miał tylko zapewniony zysk ze sprzedaży. Gdy zmieniono tę koncepcję to pojawiły się problemy: przed meczem otwarcia nie można było kupić normalnego, dwustronnego szalika, po otwarciu obecnego sklepu ciągle brakowało popularnych rozmiarówek, mówiła pani o grach w magazynie, teraz koszulka Marcina Robaka przyszła, jak już jest praktycznie nie do założenia, bo mamy jesień i temperatury spadły… Może dobrym pomysłem byłoby oddanie sklepu w ręce profesjonalistów? I dogadania procentów z zysku, bez przejmowania się zatowarowaniem?

– Wyoutsourcować można część, ale nie wszystko. Bo jeśli wszystko, to powstaje departament, który jest na zewnątrz. Dynamika jest zaś tak duża, że i tak cały czas się jest w kontakcie. Klub ciągle zgłasza zapotrzebowanie, w związku z tym pytanie: czy warto to całkowicie wyrzucić na zewnątrz?

 

Kubek czy długopis można wyprodukować w ogromnych nakładach przez firmy, które mają swoją sieć dystrybucji, a klub dostawałby od tego procent. Dlaczego kibice Widzewa nie mieliby kupić gadżetu w galerii, w kiosku czy na lotnisku? Ktoś dostaje licencje, podpisuje umowę i robi ogromny nakład, a my mamy z tego odpowiedni procent zysku. To jest ten model, o którym pan mówi, my to robimy już z piwem.

 

Natomiast w przypadku kolekcji typowo kibicowskich uważam, że powinniśmy pójść w stronę mniejszych nakładów i krótkich serii, które szybko będziemy zmieniać. Tak, by wzorów tych szalików były setki, by były wyjątkowe, żeby wszyscy kibice na stadionie nie mieli tego samego szalika. I najlepiej, gdyby sami kibice mówili, jakie chcą wzory – bo dlaczego miałabym wciskać im coś, czego nie chcą? Ma się podobać nie mi tylko kibicom.

Wspomniała pani o piwie, z którym niedawno były problemy. Jak teraz wygląda sprawa „Robotniczego”?

– Jak ze wszystkim! Gdy było lato – to go nie było. Kiedy idą chłody, to bierzemy się za piwo… (śmiech) Mieliśmy kolejne spotkanie. Panowie mówią, że udało im się zreaktywować trzysta punktów sprzedaży i już piwo powinno być w nich dostępne. Za chwilę będziemy je trochę zmieniać, poprawiać, na przykład mi trochę przeszkadza ta brązowa etykieta. Chciałabym, żeby nasze piwo lepiej wyglądało i lepiej smakowało. Chcemy wejść do sieci, nie tylko do sklepików. Jedna już jest dogadana, z innymi rozmowy trwają. Zależy mi na sieciach, bo one trzymają cenę piwa. Myślimy też o programie lojalnościowym dla kibiców. Teraz to jest piwo meczowe, przypominamy sobie o nim jak gra Widzew. Powinno być jednak na tyle dobre, w dobrej cenie i szeroko dostępne, żeby było tym wyborem numer jeden, gdy chcemy kupić piwo na co dzień.

Co z maskotką? Wilk wygrał głosowanie, ale może na stałe zagości OSKar?

– Nie, na razie nie ma tematu maskotki. Pierwsze mecze pokazały mi, że w tej strefie poza boiskiem spacerują wszyscy oprócz maskotki, to dla mnie nowe przeżycie i tym się trzeba zająć, bo jest bałagan. Do tego tematu wrócimy. Nie wszystko na raz.

https://www.instagram.com/p/Bzn0T7poy_Z/

Jest pomysł lub szansa na powrót do skrótu „Robotnicze Towarzystwo Sportowe”?

– Na ten moment spółka akcyjna w ogóle nie ma skrótu. Jest RTS w Stowarzyszeniu, a SA jest po prostu „Widzewem Łódź SA”. Zmieniać nazwę, żeby ten skrót się pojawił? To temat do prawników do rozpoznania, czy to jest możliwe.

Wiele mówi się o widzewskim muzeum. Jak wygląda sytuacja z jego budową? Co z pucharami, proporczykami, dokumentami, innymi pamiątkami?

– Żeby stworzyć muzeum trzeba odzyskać pamiątki, natomiast nie można apelować do ludzi żeby je przynosili, kiedy tam jeszcze nic nie jest urządzone. Wszystko po kolei. Musi być papierek, że ktoś się zgadza, podpisuje, oddaje. Nie tylko puchary, a całą kulturę materialną Widzewa trzeba tam zebrać. Ponadto, oprócz ego stadionowego, stworzyć trzeba też muzeum wirtualne. Za chwilę projekt będzie ruszał. Chciałabym zacząć zbierać jak najszybciej, a cały rok jubileuszowy wykorzystać na to, by mocno przypomnieć piękną historię Widzewa. Muzeum na stadionie powinno być miejscem atrakcyjnym dla wycieczek.

Planuje pani jakiś mecz lub event na 110-lecie klubu? A może rzeczy materialne, jak siatka dookoła stadionu ozdobiona historycznymi postaciami?

– Jeszcze w tym miesiącu będziemy pytać różne środowiska o to, jakie mają pomysły. Oczywiście my już w klubie dyskutujemy o tym, mamy kilkanaście lub kilkadziesiąt pomysłów co można by było zrobić podczas tego roku jubileuszowego. Październik przeznaczamy na bardziej otwartą i publiczną dyskusję, bo wydaje mi się, że bardzo dużo osób może mieć ciekawe pomysły. Warto ich wysłuchać. Na koniec października chcę mieć całoroczny kalendarz obchodów i spróbować ułożyć to w jakąś logiczną strukturę. Obchody muszą mieć jeden lub kilka momentów kulminacyjnych, natomiast chciałabym, żeby przez cały rok było widać, że jest on szczególny w funkcjonowaniu tego klubu.

 

Strasznie mi brakuje przy tym klubie takich jednostkowych historii ludzi. Wydaję mi się, że Widzew miał to szczęście, że przewinęła się tutaj galeria niesamowitych osób. I nie mówię tylko o wybitnych piłkarzach, prezesach, ale o ludziach, którzy pracowali w klubie, przy klubie, o ludziach, którzy mają po kilkaset wyjazdów. To są niesamowite rzeczy. I chciałabym przez ten rok jubileuszowy też ich trochę przybliżyć. Pokazać, że to jest klub ludzi. Społeczność widzewska to nie jest masa 18 tysięcy anonimowych osób na trybunach. Ciągle mówimy, że tych kibiców jest dużo – ale tu chodzi o to, że oni są najlepsi! Trzeba o tym przypominać. Nie ma drugiego takiego stadionu w tym kraju, który tak żyje meczem, a objechałam Polskę wzdłuż i wszerz. Tym Widzewowi nikt nie dorównuje.

Jedną z takich ikon, o których pani mówiła, jest pani Zosia. Co z nią było, jest, będzie?

– Nie chcę rozgrzebywać przeszłości, ale pani Zosia jest, ma się świetnie, pracuje i będzie pracowała. Takie osoby, które pracowały tu przez lata, nadają tożsamość temu klubowi. Pokazują, że w tym klubie są pewne punkty stałe. Ostatnio rozmawiałem z Radkiem Michalskim przez telefon, mówiłam coś, że pani Zosia… A on: „Pani Zosia? Była taka sekretarka…”. Mówię: „no przecież to ta sama pani Zosia, jest za ścianą!”. A on mówi: „co Ty, ciągle jest Pani Zosia?”. Istotne jest to, by zrozumieć, że takie postacie są potrzebne, ciągle mogą pełnić wartościową rolę, wnosić coś do klubu. Umiejętność szanowania ludzi jest bardzo ważna i tego wbrew pozorom też trzeba się nauczyć. Osoby, które tworzyły i tworzą historię muszą w odpowiedniej dla danej chwili roli funkcjonować. Takie jak na przykład Tarot.

Kibice stanęli za nim murem, przed sezonem wrócił do klubu w roli spikera. W jakiejś jeszcze?

– Jest spikerem, bo jest w tym po prostu fenomenalny. Nie dobry, nie niezły – fenomenalny. Na tym polega szukanie kompetencji wokół Widzewa, że jeśli ktoś jest w czymś bardzo dobry to po prostu niech to robi. Niezagospodarowanym talentem Tarota jest jego działalność w obszarze współpracy społecznej. On jest pozytywnie zakręcony i naładowany, potrafi mi godzinami opowiadać o jakichś pomysłach. Nie trzeba go specjalnie motywować, sam z siebie robi miliony rzeczy dziennie. Ten obszar współpracy ze społecznością widzewską, od najstarszego do najmłodszego to coś, co robi wybitnie i czym będzie się zajmował.

Widzew.market – na pewno pani słyszała o takim projekcie. Co z nim? Wydaje się wygaszony.

– Być może wrócimy do projektu Widzew.market, ale zupełnie od innej strony, bo pracujemy nad o wiele większym projektem. W tej chwili kibic tu ma sklep, tam bilety, gdzieś indziej coś innego… Jest trochę w takiej entropii. Pracujemy nad bardzo dużym systemem, który to wszystko połączy, który będzie też programem lojalnościowym dla kibiców. Jeśli dużo współpracujesz i dużo korzystasz z rzeczy, które robi Widzew, jesteś zaangażowany – to będziesz dostawał z tego powodu określone korzyści. I będziemy próbowali to integrować, wzbogacić. Ogromna platforma, duży projekt. Czy dołączymy do tego Widzew.market? Nie wiem, zobaczymy.

W teorii to był dobry projekt dla kibiców, bo nawet kupując pościel można było wspierać Widzew. Nie wypalił do tej pory być może przez to, że jest o nim niemal totalnie cicho? Żadnej reklamy, promocji…

– Nie lubię projektów wyizolowanych, trochę abstrakcyjnych. To znaczy… Jak chcę kupić firanki to wejdę na Widzew Market? Naprawdę? Wydaje mi się, że prędzej pójdę do sklepu z firankami. To pójdźmy do sklepu z firankami jako klub i powiedzmy: „słuchajcie, ale jak ktoś tu przyjdzie z Widzewa i kupi firanki, to dajcie nam jakiś kawałek, a my będziemy dawać bonusy i nagradzać za to, że wy jesteście fajnym punktem. Przyślemy tutaj swojego kibica, bo będzie wiedział, że firanki może kupić w tych pięciu sklepach powiązanych z klubem. Wy będziecie mieli klientów, a nasi kibice będą mogli wesprzeć Widzew”. To dla mnie bardziej realistyczne. Uczmy się współpracować z profesjonalistami i rozmawiajmy z nimi, a niekoniecznie od jutra sprzedawajmy firanki. Nie warto brać sobie na głowę wszystkiego, tylko uczyć się współpracować z partnerami i tworzyć sieć współpracy.

Jak wygląda ta współpraca z pubem? Wiem, że to podmiot prywatny, ale też duży obszar do lepszego zagospodarowania.

– W naszym interesie jest to, żeby pub jak najlepiej funkcjonował. Dla kibiców to też jest fajne, że mogą przyjechać na stadion i  spędzić w pubie trochę czasu. I picie, i jedzenie jest tam dobre, więc jak najbardziej zachęcam. Jak ktoś zastanawia się gdzie zjeść obiad, wpaść na śniadanie, posiedzieć wieczorem – polecam, zdarzało mi się nie raz. Los pubu jest w rękach widzewiaków. Jako klub będziemy na pewno chcieli współpracować w sensie wykorzystania przestrzeni do spotkań. Będę musiała zaangażować choćby moich przyjaciół ze Stowarzyszenia Byłych Piłkarzy. Żywe legendy, mają kapitalne historie i anegdoty, niech się dzielą swoimi opowieściami.

Zyski z cateringu meczowego już na stadionie w 2018 roku wynosiły zaledwie 10 tysięcy złotych na mecz. Jak to możliwe? Co można zrobić, by ten zysk zwiększyć?

– Nie słyszałam skarg na catering. Piwo jest dostępne, kiełbasy są dostępne, chociaż słyszałam, że jakości umiarkowanej, ale pewnie jak w większości klubów. To musi na stadionie być, a kibic musi być z tego zadowolony. Nie chcę też myśleć o klubie w ten sposób, że trzeba wycisnąć z kibiców każdą złotówkę.

Jasne, ale ten kibic już tę złotówkę zostawia, a zysk z tego niewielki. 10 tysięcy złotych? Zysku? Skoro kiełbasa kosztuje 10 zł, piwo 10 zł – to na dochód 10 tysięcy wystarczy, żeby taki pakiet kupiło 500 osób. Widzów jest natomiast 36 razy więcej. Są koszty, to jasne, ale nie chce mi się wierzyć, by obrót przy 18-tysięcznej publiczności pozwalał zaledwie na taką kwotę.

– Trzeba byłoby się pewnie zapytać firmy, która obsługuje catering na stadionie. Nie jest to temat, który już ruszyliśmy. Bardziej nas interesowały inne rzeczy, choć pewnie i do tego dojdziemy. Na razie działajmy metodą taką, że jeśli widzę, że pub stoi pusty to się martwię, bo jeśli będą przychodzili kibice to wtedy wiem, że on będzie funkcjonował, a ja będę miała dobre miejsce na spotkania. Dopóki są kiełbaski i nie słyszę lawiny skarg, to niech to działa, a za chwilę usiądziemy i przemyślimy, czy to jest model optymalny, czy jest coś, co moglibyśmy usprawnić, poprawić. Trzeba pamiętać o tym, że pewne rzeczy zaplanowane są na sezon i trudno je zmieniać. Umowy są podpisane i trzeba je respektować. Są rzeczy, które można zrobić od ręki i je robimy, są takie, które będzie można zrobić zimą, a są takie, które skorygować będzie można dopiero od następnego sezonu. Wiosną będzie trzeba to zaplanować, zaprojektować i po sezonie zmienić. I to pewnie jest jeden z tych tematów do przyjrzenia się.

Popularnym tematem jest rozbudowa stadionu. Na jakim jest etapie?

– Pytanie, czy to jest w ogóle możliwe? Niektórzy mówią, żeby rozbudowywać. Ja poprosiłam już, żeby dotrzeć do projektów i sprawdzić, czy tutaj fundamenty w ogóle pozwalają na rozbudowę? Nie znam jeszcze odpowiedzi na to pytanie. Chciałabym, żeby projektant czy Mosty Łódź pokazały mi, że rozbudowa jest możliwa. Jeśli to jest możliwe to wtedy dowiemy się, w jakim stopniu jest ona możliwa i w jakim horyzoncie czasowym. Ale znowu będę przekorna. My się dzisiaj martwimy, że się ludzie nie mieszczą na stadionie. Ja mówię, że jeśli nie będziemy współpracować i tego kibica przy Widzewie trzymać, to może się okazać, że on przestanie przychodzić. Skupiałabym się na tym, i to jest zadanie, żeby ludzie wciąż chcieli w takim stopniu zapełniać Serce Łodzi.

Tematem bazy na Starcie mamiono kibiców, choć był to temat od samego początku mało realny. Jaki jest plan B? Jaki ma pani plan na Akademię czy boiska dla widzewskich drużyn?

Jest kilka pomysłów na to, gdzie zrobić infrastrukturę dla pierwszej drużyny i akademii. Po pierwsze jednak, świadomie podejmować decyzje musi miasto. Po drugie, pogląd na to powinien mieć właściciel klubu, czyli Stowarzyszenie. W Łodzi są jeszcze białe plamy na mapie, miejsca z fantastycznym potencjałem. Dlaczego miałoby nie być bazy na Małachowskiego, gdzie mamy trzy boiska, a jest jeszcze miejsce na kolejne obok Hali Parkowej? Z jakiego powodu na Niciarnianej miałoby nie być porządnego boiska z balonem? Dlaczego to miałoby wykluczać w przyszłości budowę wielkiej bazy pod Łodzią? Oczekiwałabym, że jakieś koncepcje będą dyskutowane i ktoś zacznie się poważnie nad tym zastanawiać. I nie powtarzać pustych sloganów. Nie można rozmawiać o pięciu koncepcjach jednocześnie, trzeba je ułożyć w hierarchii i sprawdzać możliwości realizacyjne. Nie wiem jednak, czy to sytuacja, w której moje prywatne zdanie powinno być najistotniejsze. Uporządkuję spółkę akcyjną, przygotuję stabilny klub, ale pytam co dalej? Ja mogę być inspiratorem czy służyć doświadczeniem, ale to jest chyba decyzja, w której podejmowaniu powinno uczestniczyć więcej osób.

Tymczasem w szarej rzeczywistości niedawno znów były problemy z oświetleniem na „Łodziance”. Co z przyłączem? Jaki jest etap radzenia sobie z awarią prądu i zapobieganiem treningów w ciemnościach?

– Zabiegamy o to, by problemy ze światłem z zeszłego roku już się nie powtarzały.

Część pieniędzy z karnetów, dokładnie 217445 złotych, trafiło do funduszu infrastrukturalnego „Widzew plus”. Na co konkretnie przeznaczone będą te pieniądze?

– Zdecydujemy, na co precyzyjnie przeznaczyć te środki. To na pewno sygnał do miasta, że interesuje nas to, żeby powstała infrastruktura. Robimy coś, dajemy z siebie, zbieramy we własnym zakresie, a nie tylko czekamy z wystawionymi rękami mówiąc: „daj!”. Chcemy działać dwutorowo: czyli rozwijać infrastrukturę w okolicy, bo ona będzie potrzebna zawsze pierwszemu zespołowi czy rezerwom. Jednocześnie możemy przecież planować ośrodek szkoleniowy. Rozwińmy to, co mamy lub będziemy mieć bez wydawania fortuny, ale jeśli będziemy chcieli przejść na wyższy poziom – to nic nie stoi na przeszkodzie, by to po jakimś czasie zrobić. Pamiętajmy, że szkolenie to ludzie, a nie budynki.

https://www.instagram.com/p/B2gwWMaIvH3/

Pomoże w tym finansowanie z ministerstwa? Środki na akademię pozyskała Legia czy Wisła.

– Finansowanie zewnętrze jest niezbędne. Dlaczego? Musimy zrozumieć, że mamy budżet na odpowiednim poziomie. W momencie awansu do pierwszej ligi przychody nieznacznie wzrosną, podobnie jak koszty. Nie czuję potrzeby i nie chcę robić Bóg wie jakich podwyżek kibicom.

Nie zasłużyli.

– Racja. Budżety w każdym razie utrzymują się na podobnym poziomie, czyli nie generujemy zysku w postaci jakiejś wielkiej górki pieniędzy. Nie odłożymy kilkudziesięciu milionów, za które w trzy lata zbudujemy ośrodek. Pierwszy skok przychodowy jest w Ekstraklasie, ale tam też trzeba będzie walczyć o najwyższe cele i znów robi się drożej. Trzeba się harmonijnie rozwijać, inwestować w różne rzeczy jak nowa oficjalna strona internetowa, więc w najbliższej perspektywie nie widzę sytuacji, w której klub generuje przychód pozwalający na odłożenie go. Widzew Plus jest więc też takim wentylem bezpieczeństwa, ale to nie jest cała kwota, za którą zbudujemy akademię marzeń. Może ministerstwo, może programy unijne, może miasto, możliwości są.

Wyobrażałem sobie, że odbudowa Widzewa z takim budżetem to idealny moment na to, by taką górkę przynajmniej spróbować zbudować. Poprzednie lata pokazały, że się dało. Na starcie 2019 roku Widzew miał w klubie pięć milionów wypracowanego zysku z lat poprzednich. Jaką będzie miał rezerwę na start 2020?

– Pierwsze słyszę.

3,6 mln zysku netto wypracowanego w 2017 roku, ponad milion w 2018 roku. Co z tymi pieniędzmi?

– Nie zastałam takich pieniędzy. Być może coś było wypracowane, a później spożytkowane? Jeśli są jakieś pieniądze to nie trzeba ich wszystkich wrzucać do skarbonki, tylko wykorzystać je tak, żeby osiągnąć sukces.

Co z poduszką finansową?

– Zawsze dobrze jest ją mieć. Kilkaset tysięcy złotych  takiej poduszki finansowej powinno być, bo pomaga choćby zachować płynność. W Widzewie przychody pojawiają się skokowo. Trzeba usiąść i przemyśleć: czy to dobre? Może lepiej, żeby sponsor regularnie wpłacał co miesiąc zamiast raz, dwa razy w roku? Chyba, że nauczymy się pracować na takim budżecie, o jakim mówiłam. Odnośnie tych pięciu milionów: przyjęłam taką zasadę, że zajmuje się tym, co do przodu. Nie rozgrzebuję tego, co było, bo to nie służyłoby Widzewowi. Pierwsze słyszę, że była jakaś pięciomilionowa rezerwa, ale sprawdzę to dokładnie, bo jeśli tak to jestem wniebowzięta. Miałabym pomysł, jak te pieniądze zainwestować, by ten klub rozwinąć.

Załóżmy więc, że wyciągam pięć baniek z tylnej kieszeni…

– O, królu!

…i pytam o dwa/trzy pomysły, które pierwsze przyszły pani do głowy.

Branding całego stadionu. Tak, żeby to miejsce było widoczne z daleka, a z bliska można byłoby zobaczyć całą historię. Żeby wszyscy wiedzieli, że tu jest Widzew. Wielki Widzew. Ten stadion jest teraz trochę w jakiejś betonowej pustyni. Chciałabym, żeby można było obejść go dookoła, dotknąć historii. Żeby jechać pociągiem i widzieć wielki napis ‘Widzew’. Oprócz tego wszystkie serwisy postawiłabym od nowa i zrobiła zupełnie inaczej. Są kibice, którzy potrzebują wiedzieć kiedy mecz i jaki był wynik, ale są też tacy, którzy chcą wiedzieć wiele więcej. I to chciałabym im pokazać w najlepszy możliwy sposób. Wiele innych pomysłów też można byłoby za taką kwotę zrealizować.

 

Przestrzegałabym jednocześnie przed zawłaszczaniem przez klub wszystkiego. Chciałabym uczyć wszystkich współpracy z podmiotami. Jesteśmy klubem sportowym, zajmujmy się więc przede wszystkim sportem i komunikowaniem o Widzewie. I uczmy się ufać partnerom. Problem zaufania jest w Widzewie duży. Rozumiem uwarunkowania historyczne, ale nie można ciągle żyć bez zaufania, na hamulcu ręcznym. To jest umęczanie się. Mieć jeden z najwspanialszych klubów i się udręczać? Co to jest za pomysł? Próbujmy czerpać z tego radość. Za każdym razem zachęcam ludzi: masz pomysł? Przyjdź, nie zabierzemy ci tego, rób go sobie, bądź odpowiedzialny, realizuj go, a my cię wesprzemy, pokażemy że masz fajny pomysł i jesteś fajnym człowiekiem. Jesteśmy otwarci na wiele. Ale żeby klub coś robił za kogoś? To nie jest model, do którego chciałabym dążyć.

Nawet w przypadku niepowodzeń będzie można liczyć na transparentność? Na ustach mają ją wszyscy prezesi wszystkich klubów, ale bywa różnie. Czasem kończy się nawet niezgodnymi z prawdą oficjalnymi komunikatami…

– Za długo pracowałam na swoje nazwisko, żeby robić takie głupoty. Nie da się zbudować zaufania kibiców na kicie. Po co w ogóle oszukiwać swoich kibiców? Kompletnie bez sensu. Jak oni maja ufać, że tam za kierownicą siedzi ktoś dobry, skoro ich okłamuje? W jaką stronę wtedy jedziemy? W ścianę. Mogę zapewnić, ze nie robimy takich rzeczy i nie będziemy robić. Nie jedziemy w ścianę. Do września mieliśmy okienko transferowe, teraz trochę rzeczy poukładaliśmy, a niedługo będzie widać zmiany również w komunikacji z kibicami.

Nauczony doświadczeniem i spoglądając na tabelę zapytam: istnieje plan B w razie, gdyby Widzew nie awansował? Może mieć pani wpływ na kształt klubu, ale to piłka nożna – na to, czy Robak strzeli czy nie już wpływu pani nie ma.

Jakiś plan B jest, bo warunki współpracy z piłkarzami zostały sformalizowane w odpowiedni sposób. Brak awansu to byłaby tragedia i sezon zostanie przez wszystkich uznany za stracony. Rozumiem to, ale czy będzie stracony w stu procentach? Moim zdaniem nie wszędzie będą gruzy. Organizacyjnie wiele rzeczy będzie prostszych, będzie na czym budować. Skończymy go z uporządkowaną strukturą, budżetem, będzie sprawnie działająca maszyna.

Umówmy się, że posada prezesa Widzewa to nie jest najbardziej stabilne miejsce na świecie. Ledwo zaczęła pani pracę, a już można było usłyszeć o mailach wśród Stowarzyszenia, w których byli włodarze twierdzili, że rządziliby lepiej. Co sobie pani wtedy myśli? Nie obawia się pani kolejnego zamachu stanu? Jest pani tu królową, ale gdzieś tam za panią jest właściciel tronu, który poprzedników zrzucał dość często.  

Nie ściąga się menedżera z drugiego końca kraju żeby zrobił porządek po to, by pozbyć się go dopóki nie będzie porządku. Czy ja na koniec misji sprzątania dostanę kwiaty? Nie, zginę od kamieni. Taka praca (śmiech). I nie chodzi o klub, tylko o pracę prezesa w klubie piłkarskim. Czy obawiam się, że nie zdążę jej wykonać? Gdybym zaczęła się nad tym zastanawiać, podejmowałabym zachowawcze decyzje. Nie będę tego robić, będę podejmować decyzje nawet radykalne, ale najlepsze dla klubu.

 

Proszę zrozumieć mój punkt widzenia. Nie mam tu żadnego interesu, nie czerpię żadnych zysków poza tym, że jestem opłacana jako menedżer. Nie przyszłam tu dlatego, że musiałam, bo mogłam iść do innych klubów, a dlatego, że chciałam tu przyjść. Pomyślałam, że to wyjątkowy klub w Polsce, spotkałam w życiu kilku fantastycznych widzewiaków i pomyślałam: kurczę, jaki oni tu mają bałagan. Pójdę i posprzątam, bo to nie jest niemożliwe do zrobienia. To jest możliwe – tylko trzeba wiedzieć, jak to zrobić. Może komuś innemu zajęłoby to więcej czasu, bo działałby metodą prób i błędów. Ja już ich wiele popełniłam, więc będzie mi trochę łatwiej i szybciej.

 

Nie mam obaw, że będą rzucać we mnie kamieniami – bo wiem, że będą. Nie zastanawiam się, czy zostanę obalona. Kompletnie mnie to nie interesuje. Nadal będę robić swoją robotę, bo po to tu przyszłam. Żeby fantastyczni ludzie, których poznałam, mieli radość z klubu. Żeby przestali myśleć o latach malowniczych katastrof, tylko żeby mogli oglądać harmonijnie rozwijający się klub. Widzew trzeba sprofesjonalizować, ale nie można też zrobić z niego korporacji. Bo on jest dla ludzi, muszą go mieć na wyciągnięcie ręki. Tu jest ogromny potencjał. Wszystko, co słyszę, że jest złe – mnie zachwyca. Piękny stadion. Świetni kibice. Fajne miasto. Jestem nakręcona jak dziecko, bo tu jest tyle osób, które przychodzą z pomysłami, ciągle chcą coś robić.

 

Czasami jednak sami robimy sobie krzywdę. Zastanawiałam się, skąd tutaj to wieczne niezadowolenie. Rozumiem, że wynika z poprzednich lat. Jak przyjeżdża do nas klub drugoligowy – to jesteśmy rozczarowani już przed meczem. Prehistoria pokazuje jednak, że już tyle było okazji, żeby nikt nie przyjeżdżał, żeby tego klubu nie było.  Cieszmy się, że jest. Że można go ugiąć, ale nie można go złamać. Jasne, klub wymaga sprzątania, ale to rok pracy i już będzie z grubsza posprzątane. Próbujmy więc klub nie tyle pokochać, bo kibice Widzewa kochają jak nikt inny, ale też polubić. Żeby nie był ciągle powodem do frustracji, ale dawał nam radość. Nie chylimy się ku upadkowi, więc przestańmy się biczować i myślmy o tym, że czekają nas dobre lata.

fot. widzew.com

Bonus do 1500PLN na start
Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.