Małachowski: „Pojadę do Tokio i powalczę o upragnione olimpijskie złoto”

Zapraszamy do przeczytania długiej i szczerej rozmowy z dwukrotnym wicemistrzem olimpijskim w rzucie dyskiem, Piotrem Małachowskim!

Zapraszamy do przeczytania długiej i szczerej rozmowy z dwukrotnym wicemistrzem olimpijskim w rzucie dyskiem, Piotrem Małachowskim!

Bardzo chciałem się z tobą spotkać i zrobić wywiad, mimo że wśród młodych dziennikarzy panuje opinia, że ty nie lubisz za bardzo rozmawiać z mediami. Może inaczej – nie z każdym chcesz gadać.
Nie lubię rozmawiać z redaktorami, którzy przez cały wywiad, czyli na przykład półtorej godziny, mówią do mnie „panie Tomku”. Nie zwracam im uwagi, ale skoro ktoś myli moje imię, to nie wiem, czy wszystko jest tak, jak powinno być. Są też dziennikarze, którzy nigdy nic nie trenowali, a ciągle piszą, że temu coś nie wyszło, lub tamten zrobił coś źle. Zarzucają mi, że nie tak się rozgrzewam lub stosuję niewłaściwą dietę. Jak ktoś zna się na sporcie i ma coś ciekawego do powiedzenia, przygotuje się do wywiadu i ułoży pytania, które sprawią, że dyskusja będzie ciekawa, to nie mam żadnemu problemu, by umówić się na wywiad. Gdy jednak po raz setny odpowiadam na te same pytania, które pojawiły się już w kilkudziesięciu moich poprzednich wywiadach, to ręce mi opadają.
Cały czas dostajesz pytania typu: Dlaczego dysk?
Oczywiście, że tak.
Z czego to wynika?
Nie mam pojęcia. Co najlepsze – często są to dziennikarze sportowi, którzy chcą rozmawiać ze mną o sporcie. Nie o życiu dyskobola i nawykach żywieniowych, tylko stricte o sporcie. Przychodzę na wywiad, siadam, zamawiam kawę i słyszę: Piotrze, dlaczego dysk? Odechciewa mi się dalszej rozmowy.
A to nie jest trochę wina sportowców, którzy boją się powiedzieć coś ciekawszego, niż tylko oklepane i wpisujące się w schemat odpowiedzi? Każdy chce przeczytać ciekawy wywiad, ale najlepiej, żeby był on przeprowadzony z kim innym.
Ja nie mam problemu, żeby odpowiedzieć na każde pytanie. Mogę porozmawiać o swoim życiu prywatnym czy problemach, które mam jak każdy człowiek. Gdy przychodzi jednak pan z Radia, nie powiem jakiego, który usuwa moje posty na Facebooku, gdy napisałem mu, że jego komentarz podczas zawodów był nieobiektywny i mi się nie podobał, to jak ja mam z nim normalnie rozmawiać? Gość mówi, że Małachowski już się skończył, bo nie wyszły mu jedne zawody, podczas których startowałem z kontuzją. On oczywiście o tym nie wie, a mówi, że mój medal zdobyty w Pekinie był dziełem przypadku. Nie mam pytań.
Reagujesz w ten sposób na każdy rodzaj krytyki czy z konstruktywną argumentacją jesteś w stanie się zgodzić?
Jak ktoś stwierdza fakt, że nie jestem w najlepszej formie, kiedy faktycznie mi nie idzie, to jestem pierwszym, który powie, że słabo mi poszło i moja forma daleka jest od optymalnej. Wiem, co pokazuję na treningach i jadąc na zawody jestem w stanie stwierdzić, czy pójdzie mi dobrze, czy raczej bez szału. Gdy dziennikarz siedzi jednak całe życie za biurkiem, nigdy nie przebiegł 300 metrów, a jest najmądrzejszy i potrafi wypowiadać się na temat błędów w technice, które popełniłem podczas rzutu, to absolutnie się z tym nie mogę zgodzić, bo on nie ma o tym pojęcia. Wiem, że on był już na dwóch moich treningach i widział już, jak Małachowski rzuca, ale zbyt mało to jednak, by powiedzieć cokolwiek więcej na ten temat.
Powiedziałeś, że będziesz pierwszą osobą, która powie, że poszło jej źle, ale odnoszę wrażenie, że zarówno ty, jak i Tomek Majewski zawsze mówiliście, że coś poszło nie tak. Tomek wrócił z Londynu z drugim złotem olimpijskim i narzekał żonie, że piąta próba nie poszła tak, jakby chciał. To już przesada.
To wynika z tego, że my bardzo dużo od siebie wymagamy. Zapewniam cię, że gdyby Tomek w Londynie pchnął 22,5 metra, a zajął na przykład drugie miejsce, to na pewno nie byłby niezadowolony z konkursu. Przyjechał do domu, obejrzał jeszcze raz konkurs i stwierdził, że można było wypaść lepiej. Że nie wszystko zostało zrobione tak, jak należy. Wiadomo – zwycięzców się nie sądzi, ale i ja, i Tomek wymagaliśmy od siebie zawsze więcej niż inni od nas wymagali.
Idąc tym tokiem rozumowiania zaraz dojdziemy do wniosku, że nie ma w Polsce osoby, która mogłaby komentować wasze występy. Żaden z dziennikarzy nie był znakomitym kulomiotem czy dyskobolem.
To nie tak. Gdy jednak poważni polscy komentatorzy, jak Marek Jóźwik czy Włodzimierz Szaranowicz, komentują ułożenie mojej stopy podczas obrotu i dyskutują, czy miała ona być postawiona pod takim kątem czy innym, to wiem, że to nie ma zbyt dużego sensu. Oni się po prostu na tym nie znają. Mogą mieć wiedzę, pamiętać dużo faktów z historii i naprawdę ciekawie opowiadać o całym konkursie, ale wchodząc w detale w moich oczach są mniej wiarygodni. Mamy jednak demokrację i każdy może mówić co chce. Zły na to nie jestem, ale nie ze wszystkim się zgadzam.
Ty masz hejterów w ogóle?
Pewnie – każdy ma.

Za co ciebie ludzie hejtują? Fajdkowi dostało się za ostatnie igrzyska, ale do ciebie, to chyba nikt nie ma prawa się o nic spiąć.
Dziennikarze Pawłowi nie dawali spokoju w okresie przygotowawczym do igrzysk. Nie mówię o styczniu czy lutym. Dwa miesiące przed igrzyskami, gdy siedzieliśmy w Spale, cały czas ktoś przyjeżdżał lub dzwonił i chciał wiedzieć, co u niego słychać. Pompowali balonik. Gdy jednak nie wyszło, to ci sami dziennikarze, którzy byli dobrymi kumplami, zaczęli pisać, że Fajdek to czy tamto. Okej – nie wyszło, ale są granice. Od razu przypomniała mi się sytuacja sprzed roku, kiedy to piłkarze ręczni wygrali jakiś ważny mecz na mistrzostwach Europy. Wszyscy widzieli już Polaków na podium. Potem przegraliśmy z Chorwacją i był hejt, że Biało-czerwoni są do dupy i się do niczego nie nadają.
„Patałachy” – tak nazwała to jedna z gazet.
No właśnie. Co to w ogóle ma znaczyć? „Patałachy”? I co, później taki Lijewski lub Szmal mają wyjść do takiego dziennikarza i udzielić mu wywiadu?
No właśnie, jak to jest z tymi sympatiami do dziennikarzy? Ktoś cię obsmaruje, to ty z nim rozmawiasz?
Jest kilku dziennikarzy, z którymi nie rozmawia mi się za wygodnie, ale generalnie udzielam wywiadu każdemu. Nie z każdym natomiast lubię rozmawiać.
Jesteś na nich zły za nieprzychylne informacje na swój temat?
Nie. Tłumaczę to sobie w ten sposób, że ktoś mógł mieć gorszy dzień, gdy pisał ten artykuł i przytrafił mu się błąd, a te popełnia każdy z nas.
Może popełnił ten błąd celowo, bo chciał mieć więcej „klików” pod swoim postem.
Pytanie, czemu chciał je zdobyć dzięki mnie? Nie no, już tak poważnie, to pomyłkę można wybaczyć, ale gdy ktoś jest nie jest przygotowany merytorycznie, nie czuje sportu, myli fakty, imiona, to traci w oczach sportowców. A coraz częściej niestety dziennikarze zaczynają się interesować mistrzostwami świata w lekkiej atletyce w momencie, gdy zawody się zaczynają. Wtedy biorą tabelę do ręki, robią szybki research, a za dwa dni piszą artykuł i wcielają się w rolę eksperta. Kiedyś było wielu fachowców. Teraz niestety jest ich coraz mniej. To moja opinia.
Sebastian Parfjanowicz i Aleksander Dzięciołowski znają się na lekkoatletyce?
Uważam, że tak. Dodatkowo mają z nami stały kontakt, wiedzą, co u nas słychać. Interesują się tym. Jesteśmy ze sobą w stałym kontakcie. Dzwonią do nas lub my do nich i po prostu rozmawiamy. Są na bieżąco.
Jesteście kumplami?
Tak.
Pytam, bo dziennikarze nie chcą czasami kumplować się ze sportowcami. Wtedy trudniej jest krytykować.
Jeżeli ja wychodzę z koła po raz szósty, psuję kolejną z rzędu próbę, zajmując miejsce dziesiąte, gdzie byłem stawiany w roli faworyta, a mój słabszy występ widziało 50 tysięcy ludzi na stadionie, a dziennikarz postawi tezę, że nie wyszło mi dzisiaj najlepiej, to o co ja mam się obrazić? Że powiedział prawdę? Przecież widzieli to wszyscy – pan na trybunach i pani przed telewizorem. Nie tylko on, ale i wszyscy inni dziennikarze. Staram się mieć dystans do siebie i uwierz mi, że jestem bardzo krytycznie do siebie nastawiony. Mówiłem ci już, że gdy wszyscy mówią, że jest spoko, to ja potrafię kręcić nosem i jestem zły na siebie. Gdy mi nie idzie i daję dupy, to nagle nie staję się wrażliwym gościem, do którego trzeba odpowiednio podejść, żeby z nim pogadać. Jest słabo, to mówię, że jest słabo.
Tu wychodzi klasa – nie każdy sportowiec potrafi powiedzieć, że dał dupy.
Z czasem to przychodzi. Może nie od razu u każdego, ale w pewnym momencie wielu sportowców uczy się pokory i inaczej patrzy na swoje niepowodzenia.
Gdyby konkurs olimpijski w Rio skończył się po pięciu próbach, to dziś rozmawiałbym z tobą, jako z wciąż aktywnym sportowcem? Czy podsumowywalibyśmy karierę mistrza olimpijskiego?
Sport daje mi frajdę i tak naprawdę nie robi różnicy, czy w Rio zdobyłem srebrny czy złoty medal.
Piotr, proszę cię – nie rozmawiajmy w ten sposób.
Mówię ci jak jest. To wszystko kreują media. Rozdmuchują różne problemy, których w rzeczywistości nie ma i szukają sensacji, której nie de facto nie było. Ja, Piotr Małachowski, jestem normalnym gościem. Człowiekiem, który trenuje i reprezentuje Polskę, ma swoje ambicje i marzy o złotym medalu olimpijskim. Nie udało się go zdobyć i dziś siedzimy pijemy kawę i rozmawiamy tak samo, jak miałoby to miejsce, gdybym był mistrzem olimpijskim. Czy moje życie się zawaliło? Nie. Czy czuję się teraz z tego powodu smutny? Nie. Czy wolałbym być mistrzem olimpijskim, a nie wicemistrzem? Tak, wolałbym mieć złoty medal w swojej kolekcji.
Jak długo w twojej głowie rozgrywał się ten czas, pomiędzy piątą, a szóstą próbą w Rio? To była sekunda, godzina czy w ogóle tego nie pamiętasz?
Nie myślałem nigdy nad tym. Wiedziałem natomiast, że konkurs już po trzeciej próbie się dla mnie skończył. Zdałem sobie sprawę, że dalej już tego dnia nie będę w stanie rzucić. Było gorąco, ja dużo energii traciłem na manifestowanie swojej radości, darłem się jak głupi. Zupełnie bez sensu.
Taki doświadczony zawodnik i takie szkolniaczki popełniał?
Nad tym nie można zapanować. To jest euforia i emocje, to nie jest w żaden sposób reżyserowane. Robimy raz na jakiś czas sprawdziany w skoku dosiężnym. Nigdy nie udało mi się na treningu wyskoczyć od ziemi tyle, co podczas zawodów po udanej próbie. Patrzę czasami na zdjęcia z mityngów i aż nie wierzę, że to jest mój wyskok. Wtedy jest dodatkowy power, adrenalina i taka nadprzyrodzona siła. Tego się nie wytrenuje. I tak dobrze, że w Rio tej siły i formy starczyło na pierwsze trzy kolejki i że udało się dzięki temu zająć drugie, a nie na przykład czwarte miejsce.
Często mocne otwarcie ma w konkursie dyskoboli decydujące znaczenie.
Jeśli wchodzi do koła zawodnik, który w pierwszej próbie rzuca 71 metrów, to daje jasny sygnał całej reszcie, że mogą powalczyć co najwyżej o drugie miejsce.
Chyba, że to ty prowadzić i rozpoczyna się szósta kolejka…
(śmiech) I wchodzi któryś z Hartingów do koła. Wtedy jest szansa, że rzuci 72 metry.
Znasz Michaela Ballacka?
Tak, wiem który to.
On też był zawsze drugi. Jest wicemistrzem świata, Europy, dwukrotnie przegrał finał Ligi Mistrzów. Rzadko kiedy wygrywał najważniejsze trofea.
Ktoś musi być drugi – taka kolej rzeczy.
Powiedz, czy wchodząc do dorosłego sportu z podziwem patrzyłeś na Virgilijusa Aleknę?
Na pewno – Alekna to ikona tej konkurencji i gość, który dwukrotnie wygrywał igrzyska olimpijskie. Gdy wchodziłem do dorosłego sportu i zacząłem występować na imprezach mistrzowskich, to on był już dwukrotnym mistrzem olimpijskim. Powinien być również rekordzistą świata, bo taki wynik rzucił podczas zawodów. Gdy zacząłem jeździć na mityngi międzynarodowe i zobaczyłem jego czy Larsa Riedela, to byłem w ogóle szczęśliwy, że mogę być wśród ludzi, których jeszcze niedawno podziwiałem i oglądałem w telewizji.
Jak ty czułeś się w tak elitarnym towarzystwie? Wielu młodych nie dałoby rady psychicznie.
Pamiętam, że na pierwsze zawody do Aten pojechałem sam, bez znajomości języka i kompletnie nie wiedząc, jak mam się zachować. Nie wiedziałem, jakie są procedury podczas zawodów i jak długo należy się rozgrzewać przed takimi zawodami. Patrzyłem na Aleknę, który grzał się przez półtorej godziny i robiłem to samo. Teraz wiem, że to było zbyt długo dla mnie i wchodziłem w konkurs spompowany, zbyt bardzo zmęczony. Pamiętam jednak, że nawet jako młody chłopak czułem ich szacunek. Zawsze podeszli, przywitali się, na końcu również gratulowali i przybijali piątkę. Mimo że buty miałem Adidasa, spodnie Nike i generalnie to każda część mojego ubioru była z innej parafii, to oni nie dyskryminowali mnie przez to, a szanowali, jako przeciwnika.

Który to był rok? O którym ty sezonie mówisz teraz?
2005. Może 2006.
W 2000 roku Kamila Skolimowska i Szymon Ziółkowski zdobyli złote medale w rzucie młotem i wydawało się, że idzie lepsze dla polskiej lekkiej atletyki. Ty mówisz, że po pięciu latach nie miałeś skompletowanego reprezentacyjnego dresu. Amatorka.
Wiesz, ja wtedy byłem młodzieżowcem, który dopiero zaczął osiągać w miarę przyzwoite wyniki.
Ale ja mówię o tym, żebyś na międzynarodowy mityng dostał dres reprezentacji i żeby na pierwsze zawody do innego kraju pojechał z tobą trener.
Trener nigdy nie lata ze mną na zawody.
To menadżer.
Ale co obchodzi dzisiaj sponsorów? To, żeby wziąć gotowy produkt, który będzie ich reprezentował. Menadżer ma pod swoimi skrzydłami 40 zawodników i dba o ich interesy, kontrakty i to, żeby wiodło im się jak najlepiej, a nie jest od tego, żeby pokazywać im, gdzie jest szatnia i ile trwa rozgrzewka. Tak to nie działa.
W piłce nożnej młodego piłkarza prowadzi się do apteki i pomagają mu kupić Rutinoscorbin.
Ale to nie jest pika nożna i tu w wielu przypadkach trzeba samemu dbać o swoje interesy. Teraz nie potrzebuję menadżera podczas zawodów. Widzę się z nim dzień przed startem na kolacji lub po zawodach na bankiecie i ja doskonale wiem, co należy do moich obowiązków. Kiedyś jednak taka osoba była mi niezwykle pomocna. Nie wiedziałem, jak należy zachować się w danej sytuacji, przez co robiłem wiele rzeczy „na czuja”. Nie ma się czemu dziwić, skąd niby miałem to wiedzieć?
Wracając do tego Alekny – to był opiekun grupy?
Nie wiem, czy opiekun to jest dobre określenie, ale na pewno służył pomocą. Podchodził, doradzał, tłumaczył. Potrafił uspokoić i wyjaśnić.
Ale przecież to jest twój rywal. Pomagał przeciwnikom?
Tak. Alekna to zajebisty facet. On chciał zrobić dużo dla całej dyscypliny i moim zdaniem w dużej mierze mu się to udało. Gdy wygrywał i rzucał pięć metrów dalej ode mnie, to zachowywał się w ten sam sposób, co podczas konkursu, kiedy mu nie szło i zajmował trzecie miejsce. Doceniał czyiś progres, dobry dzień czy udana próbę. Dostrzegał ciężką pracę i wysiłek włożony w przygotowania do zawodów. Nie zdarzyło się, żeby nie pogratulował, gdy na dobrą sprawę nie było czego gratulować.

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem