Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.
Alexis Sanchez trafi na Old Trafford, zgarniając niebotyczną tygodniówkę (450 tys. euro, największa w Premier League)  i przenosząc się do klubu, który walczy o coś więcej, niż tylko TOP4. Wiosną będzie mógł grać w Lidze Mistrzów, przywdziewając legendarną w czerwonej części Manchesteru „siódemkę” – po takich tuzach jak George Best, Eric Cantona, David Beckham czy Cristiano Ronaldo. Nikt nie ma wątpliwości, że kogoś takiego drużynie Jose Mourinho brakowało.

W drugą stronę powędruje Heinrich Mchitarjan, który nie jest z tego powodu najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Po internecie hulał przez pewien czas mem, w którym Ormianin siedzi naburmuszony za kółkiem z iście marsową miną, a całość okraszona jest podpisem: „Kiedy wiesz, że będziesz musiał przejść do Arsenalu”.

#WengerOut, ale w tym okienku daje radę

Niezależnie od nastroju Mchitarjana, który wolałby wrócić do Dortmundu (który to już piłkarz nie mogący poradzić sobie poza Signal Iduna Park?), Arsene Wenger może być z tego transferu zadowolony. Oczywiście Ormianin jest piłkarzem o znacznie mniejszej klasie niż Chilijczyk, ale w zaistniałej sytuacji pozyskanie byłego pomocnika Szachtara Donieck podchodzi pod majstersztyk.

Przypomnijmy: kontrakt Sancheza kończył się już w czerwcu, więc za kilka miesięcy mógłby opuścić Emirates Stadium kompletnie za darmo. Ba, już teraz miał opcję podpisania kontraktu z kimkolwiek, a przez pół roku odbębniania gry dla „Kanonierów”. Arsenal pożytku z takiego rozwiązania nie miałby żadnego.

Otrzymanie więc zawodnika, za którego Borussia kilka lat temu płaciła 30 milionów euro, a którego sprzedała z niemal 50% zyskiem do Manchesteru United, to nie lada sztuka. Cierpliwość popłaca, a jej brak u rywali – pomaga zyskać. W tym przypadku niecierpliwością popisał się Manchester United, a Arsenal zyskał gracza o niesamowitych możliwościach. „Heniek” co prawda ma obecnie swoje problemy, ale bardziej są one na podłożu mentalnym aniżeli piłkarskim. Mamy wrażenie, że Mchitarjan nie zawsze dobrze radzi sobie z presją.

Pierwszy okres gry w Borussi Dortmund, kiedy miał wejść w buty odchodzących z północnej Westfalii gwiazd, był dla niego więcej niż tylko dramatyczny. Ormianin grał fatalnie, a w całym sezonie wyszedł mu tylko jeden mecz – w Lidze Mistrzów z Realem Madryt, którym praktycznie zapewnił sobie dalszy byt w Bundeslidze. Wielu pomyślało: a może tego chłopaka naprawdę stać na wiele? Może się rozwinie?

Dwa za nic

Powiedzieć, że się rozkręcił, to nie powiedzieć nic. Pierwszy sezon miał bardzo przeciętny, ale ratowały go liczby. Z wyjątkiem jednej bramki strzelonej Bayernowi – pozostałe osiem zdobywał z drużynami z dolnej części tabeli. W drugim sezonie brakowało nawet tego. 28 spotkań, trzy bramki, sześć asyst. Słabo. Wielu go skreśliło.

Wtedy przyszedł Tuchel, a z nim – nowonarodzony Mchitarjan. Wystarczy spojrzeć na liczby, by zrozumieć każdego z 43 wydanych na niego milionów euro przez „Czerwonych Diabłów”.

To był świetny sezon dla Ormianina.

Na Old Trafford się jednak nie odnalazł. 63 mecze w sumie we wszystkich rozgrywkach, 13 bramek i zaledwie 11 asyst, a przecież przychodził jako ich król w niemieckiej lidze. – Wiem, że Mchitarjan nie jest zbyt szczęśliwy tym rozwiązaniem, bo transfer został na nim wymuszony. Zdaje sobie sprawę, że w Arsenalu ma większą szansę na regularną grę, ale jednak wolałby odejść z Manchesteru United na własnych warunkach – cytowało jedno ze swoich źródeł angielskie „Daily Mail”.

Fundamenty na coś więcej?

United znów przejechało się na ofensywnej gwieździe Dortmundu – niegdyś nie wypalił Kagawa, teraz trudno powiedzieć coś fenomenalnego o pobycie w Manchesterze Mchitarjana. Sanchez w jego miejsce to piłkarsko bardzo dobra alternatywa dla kibiców, którzy już mogą zacząć marzyć o wzmocnionej rywalizacji w ofensywie swojego ukochanego zespołu.

Obraził się król, niech przyjdzie obrażony król – pomyśleli szybko w północnym Londynie i oprócz Mchitarjana, którego otrzymali praktycznie za darmo, Arsene Wenger dorzuci jeszcze skonfliktowanego ze wszystkimi w Dortmundzie napastnika, Pierre-Emericka Aubameyanga.

Można o Francuzie mówić naprawdę wiele i to niekoniecznie w samych superlatywach. Patrząc na ostatnie lata przy Emirates, wyobrażamy sobie kibiców Kanonierów, rzucających lotkami w swoich pokojach w wizerunek francuskiego menedżera na drzwiach. Drużyna Wengera wygrała mistrzostwo w niesamowitych okolicznościach w 2004 roku, ale ile można żyć historią? Od tamtego czasu minęło już 14 lat, a Arsenal nadal nie wygrał znaczącego trofeum z wyjątkiem Pucharu Anglii.

Stagnacja, marazm, przeciętność, kryzys – fani Arsenalu odmieniali te słowa przez wszystkie możliwe przypadki i rodzaje w ostatnich latach. Nadziei na nowy sezon i takich światełek, jak to, które zapaliło się w tym okienku, przeżyli już kilkanaście. Trzeba jednak przyznać, że Gabończyk i Ormianin w kwartecie z Mesutem Ozilem czy Alexandre Lacazettem to wreszcie może być atak, który zadowoli najbardziej wymagających kibiców The Gunners. Jeśli to nie przyniesie wymiernych w postaci pucharów sukcesów, to już nic nie ma prawa uratować stanowiska francuskiego „Bossa”. Te transfery to majstersztyk, ale już ostatniej szansy.

Bartłomiej Stańdo

Typuj wyniki
na
LV BET zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.