Magia czy moda? Kibice Widzewa odpowiedzieli po raz trzeci

Przed otwarciem nowego stadionu zastanawiano się, czy uda się go zapełnić chociaż w połowie. Kibice Widzewa poinformowali wówczas jednak cały świat, że klub nie tylko odrodził się dzięki nim, ale wraz z nimi będzie zdobywał salony. Trzykrotne pobicie rekordu sprzedaży karnetów stało się faktem. Klub sprzedał karnet nr 15 904 na rundę wiosenną sezonu 2017/2018, a ten wynik można jeszcze wyśrubować, bo sprzedaż potrwa do wtorku 6 marca. - Moda na Widzew to od dawna fenomen społeczny, który trwa i będzie trwać – mówi na oficjalnej stronie Przemysław Klementowski, a my postanowiliśmy zastanowić się: czy to jeszcze moda, czy już magia?

Cała Polska była w szoku, a w największym – sami zainteresowani. W Łodzi nikt w to nie wierzył. Działacze szukali tanich piłkarzy, obawiając się o budżet. Ci nie chcieli przychodzić, bo szans na awans nie było, a efekt nowego stadionu – jak twierdzili w transferowych rozmowach – przeminie po dwóch-trzech meczach. Nawet najwięksi optymiści na trybunach ściskali kciuki, by tylko nawiązać do frekwencji sprzed kilku lat i uniknąć wstydliwego zalewu pustych krzesełek na nowym obiekcie. Pomylili się okrutnie, choć żadna pomyłka w życiu nie cieszyła ich tak mocno.

Rekord Polski w sprzedaży karnetów kibice Widzewa ustanowili przebijając… swój poprzedni. Niemal 16 tysięcy osób zdecydowało się wykupić abonament na miejsce w Sercu Łodzi, które w tym roku pompuje czerwono-biało-czerwoną krew tak mocno, jak z rzutu wolnego uderzał Krzysztof Surlit. Nawet kibice pamiętający te strzały, występy Zbigniewa Bońka, wyeliminowanie Liverpoolu, Juventusu i Manchesteru United czy udział w Lidze Mistrzów są zgodni: takiej atmosfery na trybunach stadionu przy al. Pilsudskiego 138 jeszcze nie było.

fot. Pressfocus

Widzew do czwartego poziomu rozgrywek nie pasuje. Wygląda, jakby ktoś wydrapał go na trzecioligowym obrazie żyletką, ale to właśnie teraz zawodników na tym szczeblu oklaskują bardzo licznie zgromadzeni kibice. Niewiarygodne, zwłaszcza biorąc pod uwagę niedawną historię i ciągle rozdrapywane w ostatnich latach rany.

Upadek

To słowo kibicom łódzkiego klubu na pewno nie kojarzy się z niemieckim dramatem wojennym, który opowiada o ostatnich 12 dniach Adolfa Hitlera. Upadkiem fani RTS nazywają czas, w którym w klubie panował Sylwester Cacek. – Obstawił się samymi bankowcami. Oni nie mieli pojęcia o piłce i o tym, z czym ją się je. O piłkarskich realiach to mogli co najwyżej poczytać – mówi Zdzisław Kostrzewiński, były kapitan Widzewa, znany m.in. z bohaterskiego meczu z Manchesterem City.

Anglik wślizgiem od tyłu zrobił mi dziurę w nodze. Lekarze łapali się za głowę, widać było kość piszczelową. Ale to był nasz pierwszy raz w pucharach! Wziąłem bandaż, owinąłem nogę, zacisnąłem zęby i grałem dalej – opowiada, podwijając nogawkę i pokazując bliznę sprzed 40 lat. Z legendą klubu udało się zamienić kilka słów na stadionie, na który teraz uczęszcza regularnie. Wcześniej nie było to takie oczywiste. – To był czas, w którym kompletnie nas olano. Przestano nas, byłych piłkarzy, zauważać. Traktowano jak śmieci – opowiada z żalem. Na stadion przestali przychodzić także jego koledzy. – To były chore czasy i wszyscy wiemy, jak się skończyły. Zresztą, wystarczyło spojrzeć na to, jak ci ludzie pracują. Pamiętam sytuację, jak jedna pani siedziała sobie przy biurku. Obok niej jakichś dwóch działaczy, też przy swoich miejscach pracy. Dzieliło ich kilka metrów, a rozmawiali pisząc do siebie maile. 

W poszukiwaniu odpowiedzi, czy widzewska otoczka jest modą, która niedługo przeminie, czy też prawdziwą, kumulowaną przez ostatnie fatalne lata w sercach kibiców magią, trafiliśmy do… restauracji w Andrzejowie na przedmieściach Łodzi, której właścicielem jest Mirosław Myśliński. Tylko Tomasz Łapiński i Andrzej Michalczuk mają od półfinalisty Pucharu Europy z 1983 roku na koncie więcej spotkań z herbem RTS na piersi. – Przyjaciel mnie poprosił, bym przejął typowy pub. Frytki, chińskie pierożki i alkohol – takie mieliśmy menu. Okazało się, że to była totalna porażka. Siedziałem po nocach z paroma „opojami”, którzy nie mieli ani pieniędzy, ani ochoty iść do domu – wspomina początki w nowej branży, którą łączył z ostatnimi latami gry w piłkę. Teraz, po dwudziestu latach, można zjeść tam bardzo dobre obiady domowe, które legenda Widzewa serwuje również osobiście. Na myśl o czasach biznesmena z Piaseczka kręci głową.

fot. Pressfocus

– Nie mogłem na to patrzeć, przestałem chodzić na mecze – mówi „Myślina”. Pewnego dnia Cacek i spółka przegięli. Grupka legend Widzewa chciała wejść do kawiarni, ale napotkali przy wejściu syna Sylwestra, Mateusza. – Gdzie?! – zapytał chamsko „Jogurt”, jak nazywali go pracownicy i kibice, którzy nie byli fanami działań dorosłego dzieciaka, któremu tata kupił zabawkę w postaci stuletniego klubu. – My tu kilka dobrych lat pograliśmy… – odpowiedzieli zbici z tropu byli piłkarze. – Jak sobie kupicie bilet to wejdziecie – odpowiedział Cacek junior, obok którego stał ówczesny dyrektor sportowy, Grzegorz Bakalarczyk.

To przelało czarę goryczy w przypadku Myślińskiego, ale w zanadrzu świty Cacka zostało jej dla kibiców jeszcze trochę. – Nadal mi żyła skaczę, jak sobie to przypomnę. Jak się ten gbur z Piaseczna w pewnym momencie na nas uwziął, to przy wejściu ochrona uprzykrzała życie gorzej, niż terrorystom na lotnisku. Kazali ci na przykład stać na jednej nodze albo robić pajacyki, żeby iść i oglądać mecz. A tam nie było czego oglądać – banda kopaczy, którym się nie chce albo nie dostają pensji. Płaciłeś za „hitowy” mecz z Jagiellonią 72 złote, a marzłeś, lało ci na łeb, taplałeś się w błocie i oglądałeś kolejną porażkę – wspomina Jarosław, jeden z grupy około pięciu tysięcy kibiców, którzy u schyłku ekstraklasowego Widzewa – niezależnie od wszystkiego – pojawiali się, by wspólnie cierpieć i dopingować ukochany klub.

Jarek zauważa, że obecna atmosfera to pochodna tamtych czasów, które nazywa „okresem przygotowawczym”. – Byliśmy jak piłkarz, który ciągle biega z obciążeniami na plecach, po zdjęciu których jest szybki jak nigdy – mówi z uśmiechem. Ma rację, bo smutek z powodu upadku cackowego Widzewa, który kończył swój marny żywot w Byczynie, nie trwał nawet minuty. Od razu zabrano się za obudowę klubu, która faktem stała się dzień później. Do czwartej ligi postanowiono zgłosić Stowarzyszenie Reaktywacji Tradycji Sportowych Widzew.

Światło, które niemal zgasło

Miało być pięknie, wyszło jak zawsze – mogli pomyśleć kibice, kiedy mający już półtora roku klub znów wpadł w dołek. Znów, bo swoją pierwszą rundę kończył z dziewięciopunktową stratą do KS Paradyż. Obciachową wersję Franciszka Smudy, rzucającego butelkami z wodą w zawodników na ławce trenerskiej zastąpił szkoleniowiec ambitny i świetnie przygotowany, ale też młodszy od wielu piłkarzy. Stadion był jednym, wielkim placem budowy, więc wszystkie mecze rozgrywano praktycznie na wyjeździe. Nie było pieniędzy, bo i skąd miały być? Sporą część budżetu stanowiły wpłaty kibiców. Nie było gdzie trenować. Niezbyt prestiżowa sytuacja, z której wybrnięto wymianą ponad połowy kadry i awansem do trzeciej ligi, powtórzyła się rok później.

fot. Pressfocus

0:6 na Łazienkowskiej w 2004 roku, kiedy rzut karny wykorzystał Artur Boruc? To dla wielu kibiców nic w porównaniu ze spotkaniem rozegranym 26 listopada dwanaście lat później. Prowadzony przez Tomasza Muchińskiego zespół dostał w ząbki w Ząbkach – przegrał z rezerwami Legii Warszawa 1:3, tym samym powiększając stratę do liderującego Łódzkiego Klubu Sportowego do 12 punktów. RTS był jak pilny uczeń Jezusa, który nadstawił drugi policzek. W oba dostał siarczystego plaskacza od największych wrogów.

Zawsze jest smutno, gdy taki klub jak Widzew, z taką historią, spada niemal na samo dno. Ale uważam, że lepiej było to przeciąć, jak w operacji chirurgicznej i albo pacjent przeżyje, albo nie. Widzew przeżył, bo nigdy nie zginie – twierdzi Myśliński.

Atmosfera w przerwie zimowej była jednak nerwowa. Zdecydowano się zatrudnić Przemysława Cecherza, który wydawał się idealnym kandydatem, by wziąć szatnię „za mordę” i potrząsnąć piłkarzami, którzy grali poniżej swoich możliwości i poziomu wynagrodzenia. Cecherz był kibicem Widzewa. Za młodu pokazywał przywiązanie do cczerwono-biało-czerwonych barw, później jeździł oglądać swojego brata, Jarosława, który w dorosłej drużynie z al. Piłsudskiego występował. Zimowe okienko transferowe miał trudne. – Człowieku, tu masz piękny stadion, 18 tysięcy kibiców na meczu otwarcia i na derbach… – przekonywał przez telefon napastnika Ursusa Warszawa, Tomasza Chałasa, ale ten do Łodzi nie trafił. W magię Widzewa atakujący nie uwierzył, ba!, nie przewidział nawet mody. Takich Chałasów było kilku. To, co stało się kilka tygodni później zaskoczyło nie tylko ich.

Eksplozja    

Licznik, który pokazywał liczbę sprzedanych karnetów, rozpędzał się powoli. Każdy kolejny wybity tysiąc był odbierany z coraz mocniej otwartymi oczami. – Legia po losowaniu grup Ligi Mistrzów i mając perspektywę spotkań z Realem czy Borussią sprzedała kilka tysięcy mniej karnetów, niż my na mecze z Huraganami Morąg – cieszy się Jarek. Dobito do 15300 sztuk, co nie przeszło bez echa w europejskich mediach. O kibicach Widzewa pisał Kicker, Daily Record, goal.com, Yahoo, Sport.de, szkocki TheSun, Ekstrabladet czy sports.ru.

„To efekt nowego stadionu” – mówili, a na nowy sezon kupiono ponad 15903 wejściówek. Spośród nich, 604 stanowią karnety fundowane. Oznacza to, że w porównaniu z poprzednim sezonem Widzew sprzedał o 1192 karnety imienne więcej.

„Kupili, bo tanio” – mówili, a ceny za półroczny abonament spotkań trzecioligowych wcale nie odbiegały od tych na ekstraklasę. Pomimo tego jednego dnia kibice potrafili kupić 1982 karnety, ustanawiając kolejny rekord – tym razem dzienny.

„Kupili, ale nie będą chodzić” – mówili, a średnia frekwencja wiosną, mimo zawirowań z zamykaniem trybun i brakiem awansu kilka kolejek przed końcem, wyniosła 14860 widzów.

Na meczach ze Świtem, Wartą Sieradz i MKS Ełk w nowym sezonie średnio było jeszcze lepiej niż wiosną. Filmik z ostatniego z tych meczów podbił media społecznościowe. Można było zobaczyć na nim, jak kibice z czterech kolejnych trybun odwracali się do boiska plecami, łapali za barki i podskakiwali w rytm kibicowskiej pieśni. Widok trybuny VIP naśladującej Diabelski Młyn spod Zegara dla wielu był bezcenny. Runda pokazała, że to nie był jednorazowy wybryk. Są momenty w każdym spotkaniu, kiedy najzamożniejsi fani w garniturach skaczą, jakby byli nastoletnimi fanatykami w młynie.

fot. Pressfocus

Największa różnica? Kiedyś na Widzew chodzili w 90% faceci. Oni wytrzymywali wszystkie niedogodności, bo kochali ten klub bez opamiętania. Ale szans na zarażenie nowych osób, przy bryndzy na boisku, nie było. Teraz jest inaczej. Widać mnóstwo rodzin, matek z dziećmi, są babcie i dziadkowie Na Widzew przychodzi nawet przykładowa kobieta spod Koluszek, która wysyła przepisy na kurczaka z ryżem do pisma „Twój dzień” i zamieniła sobotnie wieczory kabaretowe na doping w Sercu Łodzi.

Fani wspierają klub nie tylko na trybunach. Od samego początku każdy mecz RTS transmitowany jest na żywo przez klubową telewizję. Na początku było to oczywiście bezpłatne, ale koszty takiej transmisji są dość spore, dlatego zdecydowaliśmy się na wprowadzenie opłat. To był dobry ruch, bo zysk z jednego meczu potrafi wynieść kilkanaście tysięcy złotych.

Magia czy moda?

„16 tysięcy kibiców chodzi na Widzew. Są wrzutki, strzały, gole. Myślicie, że widowisko zupełnie odstaje od ekstraklasy? Nie wydaje mi się” – napisał na Twitterze Krzysztof Stanowski, ale z różnicy fani zdają sobie sprawę. Wiadomo, że lepiej strzelać gole Lechowi i Wiśle niż GKS-owi Wikielec. Zdecydowanie większą radość fani przeżywaliby po pokonaniu Legii niż tylko jej rezerw. W Łodzi jednak robią co mogą, by wszędzie pachniało najwyższą klasą rozgrywkową. Na ławce siedzi Franciszek Smuda, dyrektorem sportowym jest Tomasz Łapiński, a w drużynie grają znani fanom Ekstraklasy piłkarze, jak Robert Demjan, Aleksander Kwiek, Patryk Wolański, Bartłomiej Niedziela czy Daniel Mąka.

fot. Pressfocus

O Magii Widzewa świadczy jednak przetrwanie czasów, gdy oklaski na trybunach nie były oczywistością. Myśliński: – Widzew to magia, biorąc pod uwagę ostatnie kilkanaście lat przy Piłsudskiego. To przecież lata spadków, gry na zapleczu ekstraklasy bądź szczęśliwego utrzymywania się na jej powierzchni. Lata szydery, Byczyny, długów – mówi. Ma rację. Każda kolejna składana przez właścicieli obietnica była brutalnie weryfikowana przez smutną rzeczywistość, a światełkiem w tunelu zawsze okazywał się nadjeżdżający pociąg. – Kibice przetrwali to, więc teraz – choć na dużo niższym szczeblu – świętują – dodaje.

Gdzie szukać przyczyn tak głębokiej wiary kibiców w obecnie ubogiej piłkarsko Łodzi? Na pewno w historii, której bohaterami są rozmówcy tego tekstu. Półfinał ówczesnej Ligi Mistrzów, dramatyczne zwycięstwa z Legią, mecze z europejskimi potęgami w pucharach – to magnes, który trzyma fanów przy czerwono-biało-czerwonej lodówce.

Kibiców rozkochał także waleczny styl, w jakim Wielki Widzew grał. Francuski szef kuchni; tybetański mnich; szwajcarski zegarek; włoska pizza; polska wódka; widzewski charakter.

Są ludzie, którzy przez całe życie przepraszają wszystkich za wszystko. Dla takich nie było miejsca w tamtej drużynie. – Prezes Sobolewski sprowadzał zawodników głównie pod kątem charakteru. Nawet jak ktoś odstawał na początku wielkością cojones – musiał się dostosować. Byliśmy twardzi, charakterni. Jak trzeba było zapierdalać na meczu czy treningu – nie było wyjątków, jak później wychodziliśmy na miasto, to też wszyscy – powiedział Kostrzewiński. Nie trzeba dodawać, że taka postawa fanom na całym świecie podoba się najbardziej.

Teraz jest pięknie. To są najlepsi kibice. Chciałoby się na tym boisku zagrać – nie ukrywa Wiesław Chodakowski, były kapitan i ostoja defensywy, który przyjechał z Francji na obchody 40-lecia pierwszego meczu Widzewa w europejskich pucharach. – Wyeliminowaliśmy wtedy Manchester City, ale przy takiej publice to z na mecz z Olimpią Zambrów też mi ślinka cieknie. Chwała im, a także ich ojcom i dziadkom, że wychowali ich na wiernych fanów. Dawniej przychodzili oni, teraz ich synowie i wnukowie. Są z Widzewem na dobre i na złe. Tradycja zachowana.

Nowa runda, nowy rekord. Tradycja zachowana.

BARTŁOMIEJ STAŃDO