Magdoń: „Krzywicki był najlepszy, cenię Smudę, a syn kibicuje Widzewowi”

Spokojny, wyważony, z bardzo dobrym poczuciem humoru. Gdy jednak przekracza linię boiska, zamienia się w twardo grającego defensora, który dekadę temu był na piłkarskim szczycie w Polsce. Puchar Polski, Superpuchar, powołanie do reprezentacji i gol z orłem na piersi. GKS Bełchatów wyłożył za niego kilkaset tysięcy euro, transfermarkt.de wyceniał na dwa razy więcej. Teraz przygotowuje się do meczu na szczycie trzeciej ligi, w którym jego Lechia Tomaszów Mazowiecki podejmować będzie łódzki Widzew.

Bartłomiej Stańdo: Gdy pytałem o ciebie innych piłkarzy, każdy mówił: twardy, nieustępliwy, zadziorny.

Paweł Magdoń: Jak człowiek daje z siebie wszystko to czasem się nie kontroluje. Chęć zwycięstwa w każdym meczu jest u mnie ogromna – niezależnie, czy gram w meczu reprezentacji, czy wychodzę na Motor Lubawa. Na boisku jestem porywczy, spontaniczny, nerwy mi niekiedy puszczają. Taka jest jednak piłka. Ktoś, kto chce coś osiągnąć, nie może się bać. Czasem z sędzią pogadam, czasem zagram za ostro wślizgiem, czasem ktoś mi odda i muszę coś nastawiać. Taki nasz zawód.

Pokazałeś na nos.

– Parę razy miałem złamany. Tu gdzieś mam blachę wstawioną (Paweł wskazuje miejsce nad lewym łukiem brwiowym – przyp. red.), trochę wyżej jest spora blizna. Większe kontuzje na szczęście mnie jednak, odpukać, omijają. Defensor musi być jednak twardy. Zapytaj któregokolwiek napastnika, z jakim typem obrońcy gra mu się najciężej. Gwarantuję, że nie powie: z tym, co dobrze wyprowadza piłkę albo jest dobry technicznie.

Jak to wygląda z twojej perspektywy? Z jakimi napastnikami gra ci się najtrudniej?

– Najgorsi są mali, ruchliwi, nieszablonowi, którzy schodzą do boku i szukają miejsca. Ciężko mi wtedy wykorzystać siłę fizyczną, bo nawet nie mam okazji do kontaktu.

Pokręciłeś kiedyś głową i powiedziałeś: „No nie, ten to już przesadza…”?

– Hmm,  z którym było mi najtrudniej? Z Marcinem Krzywickim na jednym meczu!

No tak: mały, ruchliwy…

– Haha, mówię serio! Mecz z Radzionkowem omawialiśmy chyba ze trzy razy. Trener wracał do niego jeszcze pół roku. Przegraliśmy z nimi 0:2, Marcin zagrał mecz życia. Był nieuchwytny przeze mnie, nie miałem szans go złapać. Marcin Krzywicki – najlepszy napastnik, z jakim przyszło mi grać. Niech ma. Może będzie miał motywację, żeby wrócić na boisko.

Graliście później razem w Wiśle Płock. Łączy was nie tylko wzrost, ale i dobre relacje.

– Mieliśmy fajny zespół w Płocku. Zaczynaliśmy budowę drużyny od zera. To był mój powrót do Wisły, ale zebrało się sporo osób z zewnątrz. Trzeba było scalić zespół. Trener Kaczmarek dba o atmosferę, jest ona dla niego – i słusznie! – bardzo ważna. Pozwalał nam ją budować. My, jako ludzie świadomi, wiedzieliśmy, co możemy robić, a na co lepiej sobie nie pozwalać. Po moim odejściu ośmiu ludzi w następnym sezonie regularnie grało w ekstraklasie, a Jacek Góralski trafił w końcu do reprezentacji Polski. Potrafiliśmy grać w piłkę i dobrze czuliśmy się w swoim towarzystwie, a Krzywy był ważną częścią tego teamu. Kibiców czasem boli barwniejsza postać, niektórzy wytykali mu Twittera…

No właśnie, media społecznościowe. Nie ciągnęło cię nigdy do ich założenia?

– Nie mam nawet prywatnego facebooka.

To jakbyś nie żył.

– No właśnie, epoka dinozaurów.

Marcin Krzywicki, król Twittera. Paweł Magdoń – król książki telefonicznej?

– I to nie tej na smartfonie, bo miałem z nim problem na początku. Wolałem telefony z klawiaturą, ale że już ich nie produkują, to byłem w kropce i musiałem kupić dotykowy. Jestem z tych, co grają, żyją i nie muszą mieć facebooka, żeby być szczęśliwym.

A jednak dogadaliście się z Marcinem bez problemów.

Co prawda nie na Twitterze, ale były inne miejsca, w których mogliśmy nawiązać nić porozumienia. Fajnie gotował, raz na kiedyś wychodziliśmy na jedno piwko. Cenię Krzywego za podejście do życia i wkład w atmosferę zespołu. Cieszyłem się na spotkanie z nim na Widzewie wiosną, ale Marcin siedział na ławce, sam też nie mogłem zagrać. Dziwię się, że na Piłsudskiego nie odpalił. Po jego odejściu mówiłem naszemu trenerowi, że Krzywy jest wolny. Po pierwsze jednak mieliśmy już komplet napastników, a po drugie: Marcin ma swoje biznesy, które rozwija. Mówi, że nie ciągnie go do grania. Myślę jednak, że zatęskni, że to kwestia czasu. Będzie mu jednak ciężko wrócić po takiej przerwie. Nie jest łatwo przerwać i znów zacząć.

Do GKS-u Bełchatów Magdoń przeszedł jako jeden z najlepszych obrońców ligi za 330 tysięcy euro.

Tobie za to motywacji nie brakuje. Masz 37 lat – chce ci się jeszcze? Nie masz czegoś takiego, że siedzisz w szatni np. GKS-u Wikielec i myślisz: Paweł, po co?

– Zadaję sobie to pytanie, kiedy wstaję z łóżka rano i wszystko mnie boli. Myślisz sobie: ile jeszcze? Siedzisz w szatni obok chłopaka, który właściwie mógłby być twoim dzieckiem, patrzysz jak zapitala na tych facebookach… To uczucie szybko przechodzi, bo czerpię z gry w piłkę naprawdę wielką przyjemność. Nie jest tak, że byłem gdzieś wyżej, widziałem jak to wygląda na poziomie ekstraklasy, a teraz wychodzę na Wartę Sieradz i mam problem z motywacją. Dla mnie to cały czas jest fajna przygoda. Jeśli stwierdzę, że nie chce mi się iść na trening, to będę wieszał buty na kołku. Teraz jednak uwielbiam grać, kocham rywalizację, lubię zapach szatni. Żeby utrzymać sylwetkę ludzie chodzą na siłownie, biegają po parkach… Ja biegam po boisku. Poza tym mamy dobrą atmosferę w Lechii, to fajnie ułożony klub. Warunki pracy sprzyjają kontynuowaniu kariery.

2006 rok. Zdobywasz Puchar Polski, Superpuchar Polski, zostajesz powołany do kadry, w której strzelasz gola. Transfermarkt wycenia cię na 700 tysięcy euro. W kranie Pawła Magdonia leci wtedy Johnnie Walker, woda sodowa czy zwykła kranówka?

– Zwykła woda. Wiadomo, że jak się dużo zarabia, to człowieka ponosi, jeśli chodzi o wydatki…

Zapytam jak Kuba Wojewódzki Tomka Hajtę: ile zdarzyło ci się najwięcej wydać jednej nocy?

– Do kwoty 20 milionów nie mam startu, to nie ta półka (śmiech). Nie biegałem po kasynach, nie wydałem dużych pieniędzy na głupoty. Chociaż dla chłopaka to jest duży problem, gdy dostaje kupę kasy i nie wie, co z nią zrobić. Teraz są możliwości, ktoś podpowie, doradzi gdzie zainwestować. Kiedyś dostałeś wypłatę, patrzyłeś na te banknoty i mówiłeś: dobra, to co ja mam z tym zrobić? Nie myślałeś o tym, że za chwilę ci się skończy kariera. Myślałeś, że to będzie trwać wiecznie.

Po podpisaniu kontraktu w Bełchatowie na pewno myślałeś, że to będzie trwać dłużej. Wiem też, że niczego nie żałujesz, ale co powiedziałbyś Pawłowi Magdoniowi sprzed dziesięciu lat, gdyby jakimś cudem cię właśnie słuchał?

– „Pracuj nad wyprowadzeniem piłki i spróbuj za granicą”. Kiedyś futbol był inny. Obrońca był do bronienia, przecinania, wybijania, walki. Wprowadzenie piłki niekoniecznie było cechą, która dodawała stoperowi wartości. Gdybym za młodu skupił się nad tym elementem to mógłbym osiągnąć więcej. Chciałbym też poczuć klimat innego świata, walki non-stop o miejsce w składzie, zobaczyć nowe miejsca. Raz było blisko, jak pojechaliśmy z ŁKS-em na turniej do Niemiec. Mecz z Duisburgiem, w ich składzie Tomek Hajto i Piotr Reiss. Wypadłem na tyle dobrze, że do prezesa Ptaka podszedł przedstawiciel FC Koeln. Pan Antoni odpowiedział jednak, że… nie, absolutnie, nie ma mowy. Później były testy w Motherwell, oferta z Wołynia Łuck, ale ostatecznie nie wyjechałem.

Pasowałbyś do ligi angielskiej, stylu opartego na fizyczności czy grze głową.

– Z zagranicznych drużyn lubię Real Madryt, ale najlepsza liga to zdecydowanie Premier League. Będąc na testach w Szkocji podobało mi się, jak trybuny na Wyspach żyją meczem. Czujesz ich wzrok na sobie, tę nieustanną analizę każdego twojego zagrania. Nawet jak wybijesz piłkę w trybuny, ale to była ważna interwencja – w Polsce dwóch poklaszcze, tam zaś zwariuje 3/4 stadionu. Na Wyspach doceniają każde dobre podanie, przerzut, strzał, główkę, nawet wybicie. Widać, że znają się na piłce, przez co też szacunek dla piłkarzy jest zdecydowanie większy niż w Polsce. Chociaż tak, jak wspomniałeś: absolutnie niczego w swojej karierze nie żałuję. W pewnym momencie chciał mnie u siebie mistrz Polski, wicemistrz i brązowy medalista. Ostatecznie GKS wyłożył prawie 1.5 miliona złotych. W czasach, gdzie dwie bańki za Neymara nie były codziennością, zapłacono takie pieniądze za stopera. Nie mogę narzekać. Byłem wyrobnikiem, z techniką trochę na bakier. Nadrabiałem ambicją, dlatego jestem dumny z tego co osiągnąłem.

W Wiśle Płock, z którą zdobył Puchar i Superpuchar Polski, został wybrany do najlepszej jedenastki na 70-lecie klubu.

W GKS-ie jednak na pewno nie grałeś tyle, ile byś chciał. Kariera wyhamowała. Masz żal do Lenczyka?

– No właśnie nie, bardzo miło go wspominam. Nie chcę powiedzieć, ze w Bełchatowie mi nie wyszło przez trenera. Choć myślę, że w tamtym momencie powinienem dostawać więcej szans. Trener też to pewnie przyzna. Zasłużyłem sobie na więcej. Ogólnie jednak bardzo dobrze wspominam swoich byłych szkoleniowców, miałem jakieś dziwne szczęście do nich. Nigdy na przykład nie zdarzyło mi się grać przeciwko trenerowi – tak, by po przegranym meczu został zwolniony.

Grałeś w wielu klubach, ale nie byłeś spadochroniarzem. Z wyjątkiem półrocznego epizodu w Odrze, wszędzie spędziłeś te dwa-trzy sezony. Do któregoś z klubu czujesz mocniejszy sentyment?

– Do dwóch szczególnie. Po pierwsze Pogoń Szczecin, bo tam zaczynałem przygodę z ekstraklasą, budowałem swoją pozycję. Wyjątkowe miejsce, które żyło piłką nożną. No i rzecz jasna Wisła Płock, w której udało się zdobyć puchar i superpuchar. Poza tym ostatnio wybrali mnie do “złotej jedenastki” na 70-lecie, to też duże wyróżnienie.

Paderewski, Borek, Magdoń. Wiesz, co ich łączy?

– Oczywiście, wszyscy pochodzimy z tego samego miasta. Dębica została przeobrażona z PGR-ów, ale teraz się trochę rozwinęła. Jest duża firma oponiarska, są farby z Dębicy. Bardzo brakuje tam jednak piłki, nawet w trzecioligowym wydaniu. Zawsze jak chodziłem na Igloopol to było sporo kibiców. Edward Brzostowski łożył duże pieniądze, była ekstraklasa. Po jego odejściu teraz nie ma tam nic. Wisłoka próbowała się reaktywować, była nawet w trzeciej lidze, ale spadła. Nie ma jednego klubu, który pokazałby miasto na zewnątrz. Są za to dwa, które się zwalczają. Mimo wszystko wielu piłkarzy wychodzi z Dębicy, na przykład Artur Jędrzejczyk. Tam są korzenie piłkarskie, ale nie ma teraźniejszości, a i na przyszłość ciężko patrzeć w różowych okularach.

Nie mogę nie wspomnieć o reprezentacji Polski. Fakty są takie, że masz lepszą średnią bramek na mecz od Lewandowskiego, Lubańskiego, Bońka, Laty…

– Śmieją się z tego powołania, ale niejeden chciałby się ze mną zamienić. Pierwszy raz zostałem powołany jeszcze przed mundialem w Niemczech. Wypadł Marcin Wasilewski, Paweł Janas zdecydował się powołać mnie w jego miejsce, ale też przytrafiła mi się kontuzja. Zagrałem za to w składzie ligowym u Leo Beenhakkera ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, udało się trafić do siatki. Od Beenhakkera biła otwartość. Przyjeżdża Paweł Magdoń na zgrupowanie, a Leo, który był wtedy u nas chyba najważniejszy po prezydencie, podchodzi i pyta: co u Ciebie? Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Nie mówię dobrze po angielsku, ale jakoś nagle rozumiałem wszystko, co nam przekazywał. Do tego swoją cegiełkę dołożył asystent Bobo Kaczmarek, który potrafił rozładować atmosferę. To był dobry duet.

Trener reprezentacji z zagranicy to pół biedy, bo treningów w kadrze przed meczami jest niewiele. Coraz częściej mamy do czynienia z takim zjawiskiem w klubach, gdzie na co dzień drużynę prowadzą szkoleniowcy nie mówiący po polsku.

– Gdy trener się uczy, wtrąci słowo po polsku, stara się – zdobywa tym szatnie. Mieliśmy Czecha w Pogoni.  Jak widzieliśmy, że on próbuje i z każdym dniem mówi lepiej, docenialiśmy to i nawet wytężaliśmy słuch, by wszystko zrozumieć. Poza tym trener nie musi dużo mówić. Wystarczy, że zwróci uwagę na najważniejsze rzeczy. Myślę, że większy problem od zagranicznych trenerów są piłkarze. Jak widzę, że cała linia obrony jest złożona z zawodników, z których każdy mówi w innym języku, to pukam się w głowę.

Niczego w swojej karierze nie żałuje. “Byłem wyrobnikiem, nadrabiałem ambicją. Dlatego jestem dumny z tego co osiągnąłem”

Twoim konikiem były rzuty karne. Wykonywałeś je jak Lewandowski, tyle że on wtedy grał jeszcze w juniorach.

– Od kogoś musiał podpatrzeć, jak się powinno strzelać (śmiech). Sam nie pamiętam, gdzie to podłapałem. Jeśli bramkarz nie wie, że strzelę na dwa tempa – ma bardzo trudno, w ostatniej chwili się waha. Nie pamiętam, żebym się w ważnym meczu pomylił. Na pewno Łukaszowi Fabiańskiemu tak strzeliłem na Legii. Co ciekawe, w Lechii karnych nie strzelam. Nawet mnie nie ma w kolejce, bo nie myli się z jedenastu metrów Wiktor Żytek.

Zgrabnie przeszliśmy do hitu zbliżającej się kolejki trzeciej ligi. Skąd się w ogóle wziąłeś w Tomaszowie Mazowieckim?

– Miałem oferty z drugiej ligi, jedną nawet z pierwszej. To nie były jednak pieniądze warte tego, by jechać na drugi koniec Polski i znów budować swoją pozycję. Trochę tych klubów już zwiedziłem, chociaż oprócz Odry w żadnym nie byłem przelotem. Za tysiąc złotych więcej nie chciałem zmieniać dzieciom szkoły, pod Łodzią zbudowałem dom. Byłem trochę zmęczony tułaczką. Chciałem osiąść. Z tego regionu dostałem dwie oferty: z Lechii i Pelikana Łowicz. Do Tomaszowa Mazowieckiego miałem bliżej. Konkretna rozmowa z działaczami, brak problemów organizacyjnych. Czego chcieć więcej?

Grałeś w Piotrcovii, ŁKS-ie Łódź, GKS-ie Bełchatów, teraz jest Lechia Tomaszów Mazowiecki. W województwie łódzkim brakuje tylko Widzewa, który omijałeś szerokim łukiem.

– Faktycznie, zabrakło Widzewa do kompletu. Jakoś tak się mijaliśmy – kiedy ja byłem rozchwytywany na rynku, Widzew przeżywał słabszy okres. W ekstraklasie grałem z łodzianami tylko raz, w barwach Wisły Płock zremisowaliśmy 2:2, a gole strzelali nam Krzysiek Sokalski i Bartek Grzelak. Rok temu z Lechią było 1:1 u siebie. Mój syn jednak nadrabia za ojca, bo mieszkamy pod Łodzią i młody mocno kibicuje Widzewowi. Pierwotnie niedzielny mecz miał być rozegrany przy al. Piłsudskiego, chciałem go pierwszy raz zabrać na nowy stadion.

Komu by wtedy kibicował? Tacie czy ukochanemu klubowi?

– Wiesz co, wbrew pozorom miałby duży problem i dylemat (śmiech).

Mogłeś zagrać na Widzewie już wiosną, ale wyeliminowały cię kartki.

– W poprzedzającej to starcie kolejce od samego początku meczu nie sfaulowałem ani razu. Graliśmy z ostatnim w tabeli Motorem Lubawa i nie chciałem wypaść przed ważnym meczem. Remisowaliśmy jednak 1:1, w pewnym momencie poszła stykowa piłka. Było wiadomo, że nie odpuszczę. Nie zagrałem brutalnie, ale dość ostro. Patrzę, a sędzia wyjmuje kartkę. Mówię: jak? W takim momencie? Przecież to pierwszy faul! Nerwy mi puściły, na odchodne powiedziałem mu coś nieprzyjemnego. Dostałem czerwoną i trzy mecze kary.

W niedzielę po drugiej stronie barykady stanie trener, z którym miałeś już przyjemność pracować.

– Z Franciszkiem Smudą współpracowaliśmy w Piotrcovii Piotrków Trybunalski. Krótko, bo już w pierwszej kolejce przegraliśmy z Arką i drogi trenera z Piotrcovią się rozeszły, ale był to ciekawy okres. Bardzo Smudę cenię. Te treningi, które nam aplikował, później zaprocentowały. Czułem się dobrze przygotowany. Widać było, że ma charyzmę i trochę inne spojrzenie na piłkę. Poza tym był fajnym gościem w szatni. Pożartował, pośmiał się. Był zupełnie inny, niż przedstawiały go media.

Obecnie występuje w Lechii Tomaszów Mazowiecki, a w najbliższą niedzielę zagra z Widzewem.

Zarówno trener Smuda, jak i sprowadzeni z wyższych klas rozgrywkowych zawodnicy przekonują się, że trzecia liga to wcale nie jest spacerek. Jak odczułeś przeskok z ekstraklasy na niższy szczebel?

– Problem pojawia się w momencie, gdy piłkarze przychodzą z wyższej ligi i nie rozumieją, że muszą dać z siebie tyle samo, co w ekstraklasie, bo inaczej będą odstawać. Tu nie ma sytuacji, że ktoś odpuści, odstawi nogę. Chłopaki biegają tak samo jak w najwyższej klasie rozgrywkowej, a na dodatek jeszcze bardziej walczą. Widać to w każdym meczu. Jeśli ambicji nie wyrównasz – przegrywasz. Przychodzi co prawda taki moment, że jak trochę pograsz piłką to łatwo strzelić bramkę. Ale do tego trzeba biegać. Tak się mówi, że to tylko trzecia liga. Będąc w środku wiem jednak, ile trzeba włożyć wysiłku by zgarnąć trzy punkty.

W Lechii jest parcie na awans?

– Słyszałem, że piłkarze nie chcą awansować, bo nas na drugą ligę wymienią. Większej bzdury nie widziałem, choć tak mówi się w całej Polsce. W Wiśle Płock też tak bredzili, a ja przecież po awansie miałbym automatycznie przedłużony kontrakt i dwa razy większą pensję. Jak więc mogłem nie chcieć awansować?! Każdy chce sukcesu. W Tomaszowie Mazowieckim tworzy się stadion, jest też sponsor, który wymaga od nas wyników. Mamy dobrą atmosferę, a mogę to powiedzieć, bo byłem w wielu barwnych szatniach. Bywało wesoło, żarty się nas trzymały. To jednak bardzo potrzebne. Trenerzy zakazują czasem śmiania się na zajęciach. Powiedzmy szczerze: to absurd. Piłkarz musi się śmiać, musi mieć gdzie rozładować tę presję, z jaką się mierzy na boisku. Nie może być tak, że siedzi w szatni i tam też jest spięty. Kłębek nerwów na boisku, w szatni, gdy wjeżdża do klubu… Wyobrażasz sobie być w pracy spięty non-stop?

Wyobrażam, ale nie chciałbym do takiej pracy chodzić. To może być wasz handicap przed meczem z Widzewem, bo w Łodzi presja i ciśnienie coraz bardziej daje o sobie znać.

– Nie oglądam regularnie meczów Widzewa, ale wiem, że ma ogromne możliwości. Budżet, transfery, kibice, stadion… Wyniki nie są adekwatne do potencjału. Nie wiem, czy Widzew sprowadził akurat takich zawodników, którzy kiedykolwiek sobie z presją radzili? Nie mam pojęcia. Ktoś może być też nieprzygotowany, mieć słabszy dzień, źle czuć się w zespole, być zmęczony… Czasami presja to alibi. Ona jest wszędzie, my też czujemy ciśnienie. Dziwię się swoją drogą, że przy takiej publice można czuć presję. 17 tysięcy ludzi, którzy zdzierają dla ciebie gardła i wskoczą za tobą w ogień? Przecież to tylko motywuje. Może wszyscy myśleli, że przyszedł trener Smuda i wszystko załatwione? Niestety, tak się nie da. Chociaż taki trener musi przejąć ciężar i wziąć dużą odpowiedzialność na siebie. Piłkarze sami sobie z tym nie poradzą. Zimą nie będzie też łatwo sprowadzić pięciu ludzi i liczyć, że to odpali od razu. Jestem mega ciekaw tego meczu w niedziele, ułoży on tabelę na szczycie ligi.

Co się będzie działo z Pawłem Magdoniem po zakończeniu kariery? Będzie trenerem, menedżerem, ekspertem w telewizji, a może napisze książkę?

– Książka? Tego, co przeżyłem w wielu klubach nie chcę sprzedawać. Wiem, że piłkarze próbują dorobić po karierze i takie rzeczy wychodzą na światło dzienne. Moim zdaniem pewne rzeczy trzeba zachować dla siebie. Te chwilę nie są na sprzedaż. Nie jestem też medialny, nie pcham się na salony. Lubię być w centrum, ale bajorka piłkarskiego. Off the record, poza kamerami – z wyjątkiem tych, które nagrywają mecz. Mam za to zrobione papiery trenerskie, licencję UEFA A. Tylko muszę do trenera Majewskiego i Pasieki się uśmiechnąć, bo pozostało mi dokończenie stażu. Na razie się jednak nad tym, co będę robił po zakończeniu kariery nie zastanawiam. Tak, jak nie żyję historią. Spalałoby mnie rozmyślanie o tym, co mogłem zrobić inaczej, ile mógłbym osiągnąć, gdyby nie cośtam… Nie dawałoby mi to wystarczającą ilość energii, by teraz dawać z siebie wszystko. Takie myślenie jest szkodliwe w piłce. Mecz się skończył? Dawać następny! Póki gram, nie mogę zmienić nastawienia. Dlatego w tej chwili liczy się tylko niedzielne starcie z Widzewem.

*

Najbogatsza oferta na hitowy mecz pierwszej grupy III ligi w LVbet!

Lechia (3.00) – Remis (3.4) – Widzew (2.15).

Powyżej 2.5 gola w meczu? Kurs LVbet: 1.65
Daniel Mąka strzeli bramkę? Kurs LVbet: 2.3
Czerwona kartka? Tak – kurs LVbet: 3.2
Rzut karny? Tak – kurs LVbet: 2.9

Typuj wyniki
na
LV BET zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Komentarze