Mączyński, Judaszu, nie ty pierwszy i nie ostatni!

Krzysztof Mączyński przeszedł z Wisły Kraków do Legii Warszawa, a w internecie trwa burza. Kibice Białej Gwiazdy czują się zawiedzeni, bo wychowanek zasilił szeregi jednego z największych rywali ich ukochanego zespołu. Nie byłoby pewnie wokół tego transferu aż tyle zamieszania, gdyby nie to, że jeszcze niedawno pomocnik deklarował, że do Legii nigdy nie pójdzie.

Stało się jednak inaczej i zamiast w kolejnym sezonie biegać po murawie w czerwonej koszulce, Mączyński będzie bronił barw stolecznego klubu i z pewnością zrobi wszystko, by jego nowemu pracodwcy wiodło się jak najlepiej.

Nie dziwię się głosom oburzenia, bo Mączyński zachował się nieelegancko. Mógł nie wygadywać głupot i bardziej się pilnować deklarując swoje uczucia, ale… czy on pierwszy? Więksi i lepsi zmieniali zdanie jak kobieta w ciąży, przechodzili do lokalnego rywala i manifestowali radość po zdobytych golach i wygranych meczach. Czy mnie to zatem dziwi? Nie, nie dziwi – ani trochę.

Mógłbym napisać bardzo długi tekst na temat tego, że tak się nie robi. Że tak nie wolno, to niemoralne i Mączyński powinien się wstydzić na samą myśl o powrocie do Krakowa na święta. Ale czy to by coś dało? Mączyński pogra z dwa albo trzy sezony w Legii, strzeli parę goli, wygra kilka meczów i potem znowu odejdzie gdzieś dalej, a na koniec kariery powie, że niczego w swoim życiu nie żałuję, bo Legia zaproponowała mu kontrakt, wobec którego nie można było przejść obojętnie.

Bla, bla, bla…

Dziś chciałem się skupić na piłkarzach, którzy postąpili podobnie do Mączyńskiego. Którzy grali w jednym klubie, wyznawali mu miłość, całowali herb, a po jakimś czasie przechodzili do obozu rywala. Niekażdy przykład przedstawi tych, którzy przechodzili z Barcelony do Realu, ale takich też nie zabraknie. Wspomnę gości, którzy bez większego zastanowienia schowali uczucia do szuflady, miłość wynieśli na strych i po prostu zmienili klub, by osiągać kolejne sukcesy.

Mario Gotze

Pamiętacie to, prawda? Gotze, jak i cała Borussia, rozegrał znakomity sezon 2012/2013, kiedy to zdobył wicemistrzostwo Niemiec i awansował do finału Ligi Mistrzów. Sam Mario poprowadził swoją ekipę do wyeliminowania Realu Madryt i jako zaledwie 21-letni piłkarz stał się jednym z najlepszych zawodników świata. W decydującej batalii przeciwko Bayernowi Monachium nie wystąpił, bo nabawił się podejrzanego urazu. Kilka dni po finale okazało się, że Gotze zmienia Borussię na Bayern. To, co się działo na Borussia Park w momencie, gdy Gotze wchodził na boisko w bezpośrednim starciu tych ekip, przeszło ludzkie pojęcie. Tak nie został wygwizdany jeszcze nikt w historii niemieckiego futbolu. Gotze kariery w Monachium nie zrobił i… wrócił przed rokiem do Borussii. Ciekawa historia.

Luis Figo

Przykład chyba najbardziej piętnowany i wspominany w historii futbolu. Wyobraźcie sobie, że kapitan Barcelony przechodzi dziś do Realu. Czujecie to, prawda? Figo obrał właśnie takie kierunek, mimo że wielokrotnie wyznawał Blaugranie miłość i nosił nawet opaskę kapitańską w klubie z Camp Nou. Załączone wideo najlepiej pokazuje, z jaką nienawiścią przyjęła go publiczność w Katalonii. W jego kierunku z trybuny poleciału butelki, puszki oraz… świński ryj. Zobaczcie sami:

Michael Owen

Mam wrażenie, że Owenowi się trochę upiekło. Wydaje mi się, że w kontekście zdrajców mało kto wspomniałby właśnie po nim, ale wpływ na to może mieć to, że nie zamienił od razu Liverpoolu na Manchester United, tylko w międzyczasie grał jeszcze w Realu Madryt. Po siedmiu sezonach spędzonych na Anfield, później przez trzy sezony reprezentował Czerwone Diabły. Niby niczym nie podpadł, ale pewnie wielu jest kibiców w Liverpoolu, którzy mu to pamiętają.

Christian Vieri

Trudno nazwać go zdrajcą, bo on generalnie zwiedził cały świat i nie był nigdy stały w uczuciach. Po prostu – traktował piłkę jak pracę i wybierał tego pracodawcę, który był akurat skłonny zaoferować mu więcej pieniędzy. Lista jego klubów jest imponująca. Z resztą, zobaczcie sami:

Hasper Hamalainen

Teraz przykład z krajowego podwórka, który pomimo tego, że wielokrotnie był już wspominany, to zasługuje na uwagę, gdyż sprawa jest w miarę świeża. Hamalainen przeszedł z Lecha do Legii i nic sobie nie robił z tego, że jeszcze kilka miesięcy wcześniej deklarował, iż interesują go tylko przenosiny do zagranicznego klubu. Dziś, mimo że minęło od tego już trochę czasu, w Poznaniu w dalszym ciągu nikt sympatią Fina nie darzy, a jego gole dwukrotnie zapewniły Wojskowym zwycięstwa w bezpośrednich konfrontacjach pomiędzy zespołami.

Petr Cech

Petr Cech nigdy nie został nazwany zdrajcą i już pewnie nikt na niego tak nie powie. Fakty są jednak takie, że po jedenastu sezonach spędzonych w Chelsea, zasilił szeregi lokalnego rywala, czyli Arsenalu. Piłkarz argumentował to tym, że jego rodzina dobrze czuje się w stolicy Anglii i nie chce, aby dzieci zaczynały wszystko od nowa. Z perspektywy ludzkiej – bardzo logiczne. Jak jednak wiemy, w piłce logiki próżno szukać. Dziś w Stamford Bridge jest mimo wszystko witany entuzjastycznie.

Robert Lewandowski

Dobra, teraz wielu z was poczuje się urażonych, bo przecież Lewy nie grał w Borussii długo i nigdy nie manifestował miłości do tego klubu. Ale, z drugiej strony, opuścił szeregi jednego czołowego klubu niemieckiego i przeszedł na drugą stronę mocy wzmacniając drugi czołowy niemiecki klub. W Dortmundzie nie są na niego źli, bo po prostu podjął decyzję, która miała być dla niego najlepsza (tak też się stało), ale chyba ten właśnie przykład jest najbliższy przenosin Mączyńskiego do Legii. Wyłączając oczywiście deklaracje samego piłkarza, który jasno powiedział, że do Wojskowych nie odejdzie pod żadnym pozorem.

Przykłady zawodników, którzy zmienili klub i zasilili szeregi największego rywala jest dużo, dużo wiecej. Każdy z wymienionych przeze mnie to tak naprawdę inna historia. Tak więc, drodzy kibice – na spokojnie, nie ma się co stresować. Nie Mączyński pierwszy i z pewnością nie ostatni. Tak już w futbolu jest, że wygrywa ten, który lepiej gra w piłkę, ale i więcej płaci.

Sami sobie pomyślcie: Zarabiacie w Millenium Banku 5 tysięcy złotych miesięcznie. Macie w pracy wielu kumpli, super szefa, wygodne krzesło i piękny widok na morze. Chce was zatrudnić ING, które płaci… 20 tysięcy. Krzesełko mniej wygodne, szef niesprawdzony, a znajomi w biurze to wielka niewiadoma. Dodatkowo, zamiast morza, widzicie inny bank. Co wybieracie?

Kochajcie kluby, a nie piłkarzy. To dobra rada.

Jakub Borowicz

Komentarze