Maciej Sulęcki przegrał na punkty z Danielem Jacobsem i stracił zero w rekordzie - takie są fakty po wydarzeniach z niedzielnego poranka. Styl, jaki pokazał pięściarz z Warszawy oraz serce do walki zasługują na wielkie ukłony. Śmiało można powiedzieć, że Striczu w tym pojedynku bardzo dużo zyskał, choć to zaprocentuje dopiero w przyszłości.

Nie taki Jacobs straszny, jak go malują, choć skoro wygrał z jednym z najlepszych (dumnie to napisać) pięściarzy na świecie, to straszny jest i to bardzo. Wszyscy spodziewali się, że Amerykanin pokaże kawał dobrego boksu i będzie wyraźnie dominował nad dopiero dobijającym się do światowych salonów Polakiem. Po kilku rundach wiadomo jednak było, że różnica klas pomiędzy bokserami jest mniejsza, niż pierwotnie zakładano. Czy to Sulęcki jest lepszy, czy Jacobs słabszy niż przed laty, zweryfikuje jednak dopiero przyszłość i to, jak potoczą się losy obu pięściarzy.

Sulęcki pokazał charakter, miał pomysł na walkę i znakomite przygotowanie do tego pojedynku. Pokazał spokój, dojrzałość. Pokazał wszystkim Polakom, że w bardzo mocno obsadzonej kategorii średniej mamy pięściarza, który dopiero drapiąc po plecach najlepszych szermierzy na pięści może dać nam jeszcze dużo dobrego. Jeżeli Striczu chce w przyszłości takich zawodników jak Jacobs pokonywać, musi zrobić progres. Jeżeli tego nie uczyni, za każdym razem będzie tylko pięknie przegrywał.

A mieliśmy kiedyś już takiego pięściarza w naszym kraju.

Nie zgadzam się oczywiście z opinią min. Artura Szpilki, który uważa, że Sulęcki ten pojedynek wygrał. To niestety tak nie działa, że dzielnie walczący Polak z wielkimi marzeniami jedzie do Nowego Jorku i pokonuje gościa, który urodził się trzy ulice od hali, był mistrzem świata, ma nazwisko, budzi emocje i potrafi sprzedać pay-per-view. Nie zgadzam się jednak również z przysypiającm przy sędziowskim stoliku arbitrem punktowym, który oglądał inny pojedynek i wylosował 117:110 dla Jacobsa. Było ciaśniej, zdecydowanie bliżej, ale mimo wszystko czegoś zabrakło. Choć wydaje mi się (nie widziałem w internecie kart punktowych), że gdyby walka zakontraktowana była na 10 rund, to Sulęcki mógłby to minimalnie wygrać.

Na pewno to nie pierwsza zarwana przez Sulęckiego noc, na pewno sternicy HBO oraz mieszający bokserskimi kulkami w kulluarach ludzie zauważyli, że jest taki chłopak, który przez najbliższe lata będzie dobijał sie do bokserskiego tronu. Na pewno trochę wody musi jeszcze w rzece upłynąć, na pewno są aspekty, nad którymi trzeba popracować, na pewno trzeba z podniesioną głową wrócić na salę i przyglądać się Sulęckiemu, bo z niego naprawdę może być dużo dobrego. Na ścisłą czołówkę jest może jeszcze zbyt szybko, choć grupę pościgową za Canelo, Gołowkinem i Jacobsem już dziś Polak „robi do jednej bramki”. Mimo że dziś na tarczy, z przełkniętą gorzką pigułką, ze sportową złością i ambicją, by jak najszybciej wrócić między liny, to naprawdę nie ma się czego wstydzić. Po takiej porażce nie boli nawet kładzenie się spać w niedziele nad ranem. Na takie walki czekają wszyscy polscy kibice boksu.