„Odpowiedział, że Allah nie widzi. Może spał?”

- Czasy się zmieniły. Piłka wygląda inaczej, niż w latach 80. czy 90. Teraz gdybyś zapytał zawodników, czy balują co sobotę, to raczej rzadko otrzymałbyś odpowiedź twierdzącą – wspomina swoją karierę w rozmowie z nami Maciej Mielcarz.

 Z byłym kapitanem Widzewa porozmawialiśmy o dobrych i złych czasach na Piłsudskiego, o Sylwestrze Cacku, obcokrajowcach, Amice Wronki, Fryzjerze, o tym, kto załatwił się w jacuzzi, o powołaniu od Leo Beenhakkera, korupcji i kogo nie widział Allah.

Bartłomiej Stańdo: Zasiedziałeś się trochę w Łodzi. Odchodziłeś z Widzewa jako piłkarz z absolutnie najdłuższym stażem.

– Przesiąknąłem Widzewem. Nie odchodziłem bo czułem, że jestem potrzebny. Były trudne momenty, niemal co pół roku zmieniano skład. Ale to jest Widzew, jeden z największych klubów w Polsce. Każdy chce w takim klubie grać. A że był słabszy okres? Trudno. Oby szybko wrócił do Ekstraklasy, bo ci kibice na to zasługują. Jest nowy obiekt, ale i na starym atmosfera była świetna. Ze względów finansowych na pewno tego żałuję, bo straciłem mnóstwo pieniędzy przez pana Sylwestra Cacka. Z innych względów – na pewno nie.

Jak wygląda szansa na odzyskanie pieniędzy?

– Niby nadal trwa to postępowanie upadłościowe, ale piłkarze są w czwartej, ostatniej grupie. Pieniądze otrzymają na samym końcu, więc szanse są niemal zerowe.

Co mógłbyś za nie kupić?

– Dobre mieszkanie.

Kiedy zaczęło się robić w Widzewie źle?

– Rok 2011, może 2012? To ciągnęło się trzy-cztery lata. Światełkiem w tunelu był układ upadłościowy, ale wszyscy wiemy, jak to się skończyło. Nie wiem, czy Cacek się z kimś nie dogadał, czy może się poddał? Trudno powiedzieć. Na pewno już sam układ był efektem problemów, które zbierały się przez kilka lat.

Pomimo tego, że wielu zawodników przychodziło i odchodziło, w kadrze Widzewa przez wiele lat można było odnaleźć nazwisko „Mielcarz”.

– Kiedy przychodziłem do Widzewa, w najlepszym okresie pod rządami pana Cacka, byłem najsłabiej opłacanym zawodnikiem, a w najgorszym okresie – najlepiej. To też świadczy o tym, że nie klub nie szedł do przodu. Piłkarze odchodzili, bo nie było płacone po kilka miesięcy. Były aneksy do aneksów, byle tylko udało się uzyskać licencje. Jedynie chyba Marcin Robak nie odszedł przez finanse, bo dostał dobrą ofertę z Turcji. Niektórzy dobrze znosili brak wypłat, niektórzy się buntowali. Nie oszukujmy się, że piłkarze z zagranicy przyjechali tu zarobić. Kiedy nie płacono kilka miesięcy, zaczynały się fochy. Trudno się temu dziwić. Masz dziesięć godzin do domu samolotem, a na drugim końcu świata ci nie płacą przez pół roku. Nie jest to komfortowa sytuacja.

Trudności często jednoczą szatnie. Tak było chociażby w przypadku Polonii Warszawa. Jak to wyglądało u was?

– Szatnia dobrze funkcjonowała. Zwłaszcza jak spojrzymy na to, że co pół roku był zmieniany skład.

Wspólne wyjścia w czasach diety bezglutenowej nie są popularnym rozwiązaniem, ale na pewno konsolidują zespół. Jak poza boiskiem zgrywała się drużyna Widzewa?

– Jakieś piwko w szatni na pewno było, ale później się rozchodziliśmy. Na dyskotece w Łodzi przez 12 lat byłem może trzy razy. Jak wszędzie: były jakieś mniejsze grupki, we własnym gronie może gdzieś  chłopaki wychodzili. Na pewno nie było czegoś takiego, że chodziliśmy całą drużyną po klubach. Czasy się zmieniły. Piłka wygląda inaczej, niż w latach 80. czy 90. Teraz gdybyś zapytał zawodników, czy balują co sobotę, to raczej rzadko otrzymałbyś odpowiedź twierdzącą. My to robiliśmy w szatni, zwłaszcza po wygranych meczach. Po porażkach rzadko, każdy był przybity.

Z kim trzymałeś się najlepiej?

– Z Marcinami: najpierw Robakiem, z którym przychodziłem do Widzewa, a później z Kaczmarkiem. Również z Przemkiem Oziębałą, chociaż na dobrą sprawę z każdym miałem bardzo dobry kontakt.

Z działaczami również? Pytam głównie o tego najważniejszego, czyli Sylwestra Cacka.

– Z nim za dużo kontaktów nie miałem, ale byłem kapitanem drużyny, więc jakieś były. Na początku bardzo w porządku, a później wiadomo, że jak zaczęło się sypać wszystko to już tak sympatycznie nie było. Ogólnie rozmawiał z nami w sumie może pięć, sześć razy.

Kto rządził, jak go nie było?

– Mimo wszystko on, przez telefon, a jego prawą ręką był Paweł Młynarczyk.

Więc jednak nie syn właściciela, Mateusz Cacek?

– Nie wydaje mi się, żeby znał się na piłce. Nie demonizujmy jego roli. Nie sądzę, żeby jakąkolwiek decyzje podjął samodzielnie. Był w Widzewie, ale raczej bezdecyzyjny. Takie odniosłem wrażenie.

„Jakieś piwko w szatni na pewno było, ale później się rozchodziliśmy. Na dyskotece w Łodzi przez 12 lat byłem może trzy razy”

Nie jesteś wybuchowy, raczej spokojny. Nie miałeś problemu, by w Widzewie jako kapitan opieprzyć kolegów?

­- Czasami się zdarzało, niekiedy nie było wyjścia. Na przykład na Polonii Warszawa prowadziliśmy 2:0, Ben Radhia wszedł w końcówce. Przez niego straciliśmy bramkę, a on do końca spotkania truchtał obrażony, że gra tylko kilka minut. Po meczu był dym. Z nim to w ogóle było pod górkę.

Piłkarsko był dobry, z tego co pamiętam.

– Tak samo, jak był dobrym piłkarzem, tak bardzo był popierd*lonym człowiekiem. Powiedziałbym nawet, że bardziej. Zawsze się wywyższał. Nie wiem, z czego to wynikało. Z pochodzenia? Raczej nie, bo Tunezyjczyków było w pewnym czasie trzech. Hachem Abbes był OK. Mehdi Ben Dhifallah miał swoje odpały, ale też raczej w porządku. Ben Radhia przechodził samego siebie.

Co robił?

– Ogólnie ciężki charakter, nie dało się z nim wytrzymać. Zachowywał się jak święty, jakby było mu wszystko wolno. Obrażał się na każdą, nawet najmniejszą uwagę. Z całej drużyny właściwie tylko on był specyficzny. Ciężki przypadek, do leczenia od razu.

Ale ramadan trzymał?

– Tak, trzymał… Raz go złapałem, jak jadł mięso. Powiedział wtedy, że „teraz Allah nie widzi”. Nie wiem, może spał? Abbes trzymał już na poważnie. Ruszał się wtedy jak żółw, bo nawet przy 40 stopniach wody nie pił! Wstawał o trzeciej w nocy, żeby się najeść na cały dzień.

Nie mieliście w Widzewie problemów komunikacyjnych z zagranicznymi zawodnikami? Swego czasu było ich naprawdę wielu.

– Komunikacyjnych nie, bo wszyscy mówili po angielsku. Może poza Dudu, który miał problem, bo znał tylko hiszpański i łamany angielski. Ale on był i świetnym piłkarzem, i dobrym człowiekiem. Swego czasu najlepsza moim zdaniem lewa noga w Ekstraklasie. Z wyjątkiem Ben Radhi raczej wszyscy trzymali się razem, choć nie było łatwo. Grupki były jak wszędzie, bo zawodników mieliśmy z każdej strony świata. Brakowało chyba tylko kogoś z Azji, ale ostatnio Widzew to nadrobił. Grał z nami w sparingu taki Japończyk…

Yudai Ogawa. Z nim był akurat duży problem. Trener Cecherz coś mu tłumaczył, po czym machał ręką i stwierdzał, że przecież „Ogi” i tak nic nie rozumie.

– Trenera Cecherza pamiętam z meczu Widzewa ze Stalą Stalowa Wola. Było 0:0, chyba w końcówce Robak strzelił jedyną bramkę. Patrzę na ławki trenerskie, a tam Przemek robi przewroty przy linii. Autentycznie! Coś tłumaczy, a tu nagle – bach! Przewrót w przód. Taki obraz mam przed oczami, jak słyszę o trenerze Cecherzu. Żył przy linii niesamowicie.

„Raz go złapałem, jak jadł mięso. Powiedział wtedy, że „teraz Allah nie widzi”. Nie wiem, może spał?”

Czujesz się łodzianinem?

– Mieszkam tu już dziesięć lat – wystarczająco, żeby tak się poczuć. Gdyby coś było nie tak, to pewnie byśmy tu nie mieszkali. Ale jest w porządku. Mój młodszy syn mieszka tu całe życie.

Jest za Widzewem?

– Jeden i drugi. Obaj trenują nawet w szkółce Sławka Chałaśkiewicza, byłego piłkarza Widzewa. Starszy chce być bramkarzem, a młodszy obrońcą. Chociaż w tym wieku o pozycji tyle wiadomo, że nic nie wiadomo. Ja sam przecież długo grałem w środku pola, dopiero później trafiłem do bramki. Czas pokaże. Na pewno obaj mogą na mnie liczyć. Jeśli będą chcieli grać w piłkę, to mają wszystko pod nosem. Młodego nawet sam trenuje trzeci czy czwarty rok. Ale jeśli mi powie kiedyś, że nie chce grać w piłkę, to nie będzie żadnej tragedii.

Zgaduję, że ciebie nikt na treningi nie woził?

– Wtedy chyba nikogo nie wozili. Inne czasy. Zacząłem trenować, jak miałem jedenaście lat, w małej miejscowości pod Śremem. Pierwsze cztery lata grałem w środku. Do tej pory zdarza mi się na gierkach grać w ataku i strzelać bramki. W meczach sparingowych po zakończeniu sezonu gram w polu, nawet w Widzewie tak się zdarzało.

Poważne granie zacząłeś w Amice Wronki. Klubie, którego na piłkarskiej mapie Polski już nie ma, ale nadal krąży o nim wiele historii…

– Z mojej perspektywy to był poukładany klub. Prezes Rutkowski chciał zrobić markę swojej firmy „Amica” i to zrobił. Później stwierdził, że trzeba przenieść licencję do Lecha. Pewnie swoje reklamowo zrobił, a dłużej nie było sensu tego ciągnąć w tak małym ośrodku. We Wronkach było sześć tysięcy ludzi. Chociaż organizacja była dobra, baza świetna, to nie było dla kogo grać. Chodziło na mecze tysiąc osób i to wszystko. Atmosferę mieliśmy jednak fajną. Po jednym z meczów cała drużyna rezerw, którą wtedy prowadził Czesław Michniewicz, wjechała na moje wesele.

Żona nie była wściekła?

– Nie, dlaczego? Fajnie było. Miejsce dla nich zrobiło się natychmiast, w minutę.

„W Amice atmosferę mieliśmy jednak fajną. Po jednym z meczów cała drużyna rezerw, którą wtedy prowadził Czesław Michniewicz, wjechała na moje wesele”

Dla wielu „Amica Wronki” to synonim słowa „korupcja”.

– Miałem to szczęście, że zawsze się z tym mijałem. Korona Kielce ma zarzuty za okres tuż przed moim przyjściem. Gdy grałem w Amice, już praktycznie nie było „Fryzjera”. W Widzewie odpokutowaliśmy dawne, a nie nasze grzechy. Pewnie gdybym miał 18 lat i starszyzna w drużynie kazała mi się zrzucać na cokolwiek, to nie miałbym prawa głosu. Ale udało mi się tym nie ubrudzić. Całe szczęście.

Zdążyłeś poznać „Fryzjera”?

– Tak, w 2000 roku. To była jego końcówka w klubie, za kilka miesięcy już go w strukturach Amiki nie było. Nie znałem go jednak na tyle dobrze, by móc się jednoznacznie wypowiadać o nim jako człowieku. Gdy przychodziłem, był przy drugim zespole. Dyrektorem pierwszej drużyny był Paweł Janas, Fryzjer nie miał z nią nic wspólnego.

Krąży opinia, że we Wronkach jest tylko więzienie, a piłkarze przychodzili tylko dla pieniędzy.

– Mieszkałem we Wronkach, ale pochodzę spod Poznania i trzy razy w tygodniu byłem w domu. To wiele mówi. Pewnie kwestie finansowe były priorytetem, a może nawet jedynym powodem do gry dla wielu zawodników. Mimo to mieliśmy tam bardzo dobrych piłkarzy. Zarówno Paweł Kryszałowicz, jak i Jacek Dembińśki to klasa sama w sobie. Na treningu strzeleckim Dembiński z woleja wsadzał wszystko – nieważne czy prawa, czy lewa noga.

Ostatnio w radiu WeszłoFM Grzegorz Szamotulski przypominał anegdotę o pewnej sytuacji w jacuzzi. Fragment książki Szamo: „Amica Wronki, nowoczesny hotel i budynek klubowy w jednym. Sprzątaczka zapala światło w jacuzzi i… niemal mdleje. W wodzie pływa wielka kupa”. W jednej z ostatnich audycji wymienił trójkę, która wtedy miała korzystać z bąbelkowej wody. Dariusz Dudka, Marcin Burkhardt i… Maciej Mielcarz.

– Szamo coś pomylił, bo mnie w tym jacuzzi nie było. Historię słyszałem, ale jeśli mnie wymienił – to skłamał. Z tego, co wiem, to oprócz Marcina Burkhardta i Darka Dudki był jeszcze „Sawka”, Szymon Sawala. Było ich trzech, chyba też dwóch piłkarzy rezerw, ale kto to zrobił? To już zagadka. Jak Marek Kondrat w Kilerze: „wiem, ale nie powiem!”.

Nazwisk dwóch piłkarzy rezerw nie pamiętasz, więc to nie oni. Szamo nie wymienił Sawali, a też pewnie wie kto to, więc „Sawka” również odpada. Zostaje dwóch. Powiedz tylko, czy obrońca, czy pomocnik?

– Haha, nie mogę. Nie oszukujmy się, że chłopaki trzeźwi nie byli. Powiem tylko, że mnie chyba nawet wtedy w Amice nie było, bo o historii tylko słyszałem. Szamo mnie wymienił w trójce, ale musiało mu się coś potytrać w głowie.

Po Amice przyszła Korona Kielce, a także… powołanie do reprezentacji Polski.

– I to od samego Leo Beenhakkera! , Nie był to jednak mecz oficjalny, więc nie mogę sobie dopisać 1A. Raczej małe „a”. Jeden mecz zagraliśmy w Dubaju i tam bronił Łukasz Fabiański, a po powrocie zagraliśmy z reprezentacją Śląska. W tym drugim meczu broniłem, ale liczył się tylko pierwszy.

Najlepszym trenerem bramkarzy w twojej karierze był Andrzej Woźniak?

– Na pewno. To jeden z najlepszych specjalistów w kraju, sam z lepszym nie pracowałem. Za jego czasów miałem najlepszy okres w Widzewie, czułem się świetnie przygotowany. Fachowiec wysokiej klasy.

Chodziły słuchy, że mogłeś niedawno sam wejść w jego buty. Faktycznie byłeś blisko Widzewa?

– Tak, była taka opcja. Nawet byłem na rozmowach. Dałem jednak słowo prezesowi Warty Sieradz, że jakby cokolwiek się działo – będzie o tym wiedział. Nie wiem, czy przez to później kluby się nie dogadały, ale temat transferu upadł, a Widzew wziął Maćka Humerskiego. Sam miałem pracować na Piłsudskiego 138 w podobnej roli, jak on na początku, czyli łączyć bronienie z trenowaniem bramkarzy. Na pewno właśnie ze szkoleniem golkiperów wiążę swoją przyszłość.

Jak wygląda natomiast najbliższa przyszłość? Jak się czujesz fizycznie i jak długo jeszcze masz zamiar bronić?

– Czuję się bardzo dobrze. Są zawodnicy, którzy mają po 40 lat i grają w polu z powodzeniem, więc na bramce tym bardziej mogę występować. Jak będę czuł się słabiej i widział, że odstaje, to dam sobie spokój. Teraz gram w Warcie Sieradz, nie wygląda to źle. Na tym poziomie czeka mnie jeszcze kilka lat spokojnego grania.

Jesteś zadowolony z tego, jak potoczyła się twoja kariera?

– Patrząc na to, z jakiej pochodzę miejscowości i ilu chłopaków trenowało ze mną, a w ekstraklasie nie zagrali – nie mogę być niezadowolony. Zaczynałem w B-Klasie grając na lewą kartę, bo miałem 14 lat i nie mogłem grać. Na dodatek w polu! Na tym poziomie trzeba było się trzy razy zastanowić, jak piłkę przyjąć, bo boiska odbiegały od standardów z Camp Nou. Zacząłem od meczów z panami z brzuszkami, a później? Liznąłem europejskich pucharów w Amice, powołał mnie Beenhakker do ligowego składu kadry, osiem lat spędziłem w wielkim klubie, jakim jest Widzew… Tak, jestem zadowolony.

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem