Liverpool okradziony przez VAR?

Derby Merseyside potwierdziły przedmeczowe przypuszczenia fanów Premier League. Obie drużyny potrafią grać szybko, skutecznie i mają w swoich szeregach znakomitych zawodników. Spotkanie cieszyło oczy, choć by dostrzec nieprawidłowość w sytuacji mającej kluczowy wpływ na mecz, trzeba było wzrok mocno wytężyć...

To był naprawdę kawał futbolu w wydaniu Premier League i tylko można było żałować, że niewielu mogło to spotkanie oglądać na żywo, prosto z trybun. Liverpool zaczął bardzo szybko – ze swojej lewej, silniejszej w tych derbach strony.Andrew Robertson pognał skrzydłem, dośrodkował celnie do Sadio Mane, a Senegalczyk otworzył wynik spotkania.

Tuż po tym golu The Reds, już w 6. minucie, miejsce miała sytuacja zmieniająca oblicze spotkania. Kontuzji doznał Virgil van Dijk po brutalnym wejściu Jordana Pickforda, ale bramkarz Evertonu nie został nawet ukarany – wszystko przez to, że holenderski stoper znajdował się na pozycji spalonej:

Paskudne wejście bramkarza Evertonu. Kontuzja van Dijka!

Van Dijka zmienił Joe Gomez, który popełnił sporo błędów w przegranym 2:7 meczu z Aston Villą. Cała pewność gości nieco uleciała, a do głosu zaczęli dochodzić gospodarze – jakby uskrzydleni nieobecnością absolutnego filaru defensywy zespołu Jurgena Kloppa. Być może właśnie Holendra zabrało przy rzucie rożnym, wykonywanym przez Jamesa Rodrigueza, którego dośrodkowanie strzałem głową wykończył Michael Keane? Angielski stoper doprowadził do wyrównania, co rozochociło natomiast gości.

Liverpool był zespołem lepszym w tych derbach Merseyside.

Choć The Reds na prowadzenie po raz drugi na Goodison Park wyprowadził niezbyt dobrze grający Mohamed Salah. Egipcjanin był nieco niewidoczny, rzadko przypominał siebie, a jednak pięknym strzałem dał Liverpoolowi drugą bramkę. W końcówce spotkania do wyrównania doprowadził jednak Dominic Calvert-Lewin, wysuwając się tym samym na prowadzenie w klasyfikacji strzelców. To nie był jednak koniec emocji…

Bohaterem spotkania znów został system VAR. Tym razem dopatrzył się minimalnego spalonego Sadio Mane, który brał udział w akcji bramkowej Jordana Hendersona w doliczonym czasie gry. The Reds już się cieszyli, Jurgen Klopp już ściskał się ze swoimi piłkarzami, ale ostatecznie pozostał niesmak.

Niesmak, bo znów futbol został nieco w cieniu kogoś rysującego linie na ekranie. Najpierw centymetry, może milimetry, a może źle doprowadzona linia do barku Virgila van Dijka zabrała Liverpoolowi rzut karny i czerwoną kartkę dla Pickforda. Czerwień ostatecznie i tak gospodarze obejrzeli – po brutalnym ataku wyprostowaną nogą Richarlisona na Thiago.

W końcówce znów VAR, znów linia i znów pytanie: czy to aby na pewno był spalony? System wideopowtórek miał pomagać sędziom rozstrzygać kwestie, które nie wzbudzają kontrowersji. Odwracać wyraźne błędy, zapobiegać krzywdzie wyrządzonej jednej z drużyn przez nieprawidłową decyzję arbitra. Tymczasem mamy w Premier League do czynienia ze spalonymi, których nie rozstrzyga nawet powtórka. Ba, nie rozstrzyga ich nawet wyrysowana linia. W przepisach piłkarskich miała miejsce „promocja gry ofensywnej” – tu mamy jej jawną dyskryminację…

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem