Lewandowski skrytykował trenera Bayernu po meczu z Liverpoolem. Przesadził?

Rzadko zdarza się, by pomeczowe wywiady były ciekawe. Jeszcze rzadziej mamy do czynienia z sytuacją, w której piłkarz po prostu mówi... prawdę, czyli ujawnia rzeczywiste powody niepowodzenia. Musiałby wówczas przecież skrytykować plan czy taktykę na mecz, a więc w linii prostej swojego przełożonego, trenera. Lewandowski się odważył...

Bayern pożegnał się z Ligą Mistrzów, a Robert Lewandowski z marzeniami o pierwszym triumfie w tych rozgrywkach bądź śrubowaniu rekordów i wyprzedzeniu Ruuda van Nistelrooya czy Karima Benzemy w klasyfikacji wszech czasów Champions League. Zarówno on, jak i cała drużyna pożegnali się z elitarnymi rozgrywkami zasłużenie.

Nie chcemy Lewandowskiego usprawiedliwiać na siłę, ale pisaliśmy już po pierwszym meczu tych drużyn, dlaczego nie rozstrzelał Liverpoolu (TUTAJ). Teraz moglibyśmy się powtórzyć.

W skrócie: drużyna często żyje z Roberta, tak jak on z zespołu. To nie jest typ napastnika, który przyjmie piłkę z obrońcą na plecach, momentalnie obróci się i wyszukanym zwodem go minie, pomknie na bramkę niczym Usain Bolt po olimpijskie złoto. To nie gość, który założy siatkę bramkarzowi i strzeli na pustą bramkę tak, jak w tego typu sytuacjach na podwórku w czasach dzieciństwa: na czworaka, głową kierując piłkę za linię bramkową, nieco upokarzając tym samym przeciwników.

Jest genialnym napastnikiem, być może nawet najlepszą „dziewiątką” na świecie, ale by pokazać swoje walory – muszą mu w tym pomóc koledzy z drużyny. Muszą tworzyć przewagę, atakować większą liczbą zawodników, absorbować rywali, stwarzać sytuacje podbramkowe. Lewandowski to nie Salomon, żeby nalał z pustego.

Lewandowski też zdaje sobie z tego sprawę, dlatego powiedział o tym otwarcie Mateuszowi Borkowski w pomeczowym wywiadzie, krytykując przy tym taktykę Bayernu na ten dwumecz.

– Tak w pierwszym, jak i drugim spotkaniu za mało ryzykowaliśmy. Byliśmy nastawieni zbyt defensywnie, atakowaliśmy zbyt małą liczbą zawodników. Jeśli gramy u siebie i mamy atakować dwoma zawodnikami – to jest ciężko. Brakowało ryzyka, podejścia większą liczbą zawodników, pressingu, szybkiej gry do przodu. To Liga Mistrzów, tu trzeba ryzykować Graliśmy asekuracyjnie i wyszło nam to bokiem. – powiedział Lewy na antenie Polsatu Sport.

– Kiedy tylko dostałem piłkę, to wiedzieli, że wszystko, co mogę zrobić, to się przy niej utrzymać. Tak naprawdę wiele rzeczy nie funkcjonowało w naszej grze. Byliśmy za bardzo statyczni – dodał. Tym samym mocno przejechał się po swoim trenerze, bo chcąc odpowiedzieć na pytanie o tym, kto decyduje o planie gry, taktyce, sposobie rozgrywania akcji, liczbie zawodników podłączających się do ataku, zachowawczości – odpowiedzieć sobie trzeba dwoma słowami: Niko Kovac.

Przesadził? Naszym zdaniem nie. Nie po to są rozmowy z piłkarzami po meczu, by ci po raz pierdyliardowy rozprawiali o wyciąganiu wniosków i skupieniu się na kolejnym meczu. Kibic ma prawo, zwłaszcza ten Bayernu po takim meczu jak z Liverpoolem, wiedzieć, co poszło nie tak. Nawet jeśli to wszystko otrze się o podważanie autorytetu trenera – dobrze wiemy, że najbardziej obniżył go Liverpool.