Leśko: Oszalałem, gdy zobaczyłem dwa dni po walce 19 kilogramów więcej na wadze

Bartosz Leśko to niespełna 22-letni zawodnik trenujący MMA, któremu już dziś wiele osób wróży ogromną karierę. Dlaczego zdecydował się na studiowanie prawa podatkowego? Czy śmiali się z niego koledzy w szkole? Jak to się stało, że mimo tego, iż uprawiał sport, był gruby? Czy dawał ściągać kolegom podczas sprawdzianów? Czego nauczyło go karate? Czy w dzieciństwie był lamusem? Czy jest zazdrosny o swoją dziewczynę? Dlaczego podczas 48 godzin potrafi przytyć 19 kilogramów? Zapraszam do przeczytania rozmowy z Bartoszem Leśko!

Stresowałeś się występem przed swoją publicznością? Mówię o twoim debiutem w FEN, w maju 2017 roku.

BL: Nie miałem z tym do czynienia po raz pierwszy, gdyż kilka razy wcześniej miałem okazję walczyć w Trójmieście. Czy czułem się inaczej? Na pewno bardzo pozytywnie do tego podchodziłem. Czułem się normalnie, nie było dodatkowego stresu, ale nie mogłem doczekać się pojedynku. Na sali byli znajomi, rodzina. Osoby, które wspierają, pomagają. Jeżeli nie masz problemu z ich obecnością na trybunach, to doping może tylko ci pomóc. Wiem jednak, że niektórzy zawodnicy wolą walczyć na obczyźnie, bo obecność swoich ludzi przeszkadza im się skoncentrować.

W jaki sposób FEN jednak postawił na ciebie?

BL: Wraz z moim trenerem zadzwoniliśmy to Pawła Jóźwiaka i zapytaliśmy, czy jest szansa wystąpić w Gdyni na gali. Zawsze robi się tak, że kartę walk w jakimś stopniu buduje się na zawodnikach lokalnych, którzy będą w stanie sprzedać bilety dla swoich kibiców. Zdaje sobie sprawę, że gdyby nie gala w Gdyni, to może nie dostałbym swojej szansy. Wyszło jak wyszło, ja się z tego cieszę, a pamiętam, że wtedy miałem podwójną motywację, żeby pokazać się z dobrej strony. Żeby wygrać. Od tamtej walki sporo zależało, a FEN to już organizacja, w której fajnie jest się pokazać z dobrej strony.

Niektórzy przed walką mają swoję problemy. Marcin Naruszczka przed galą w Koszalinie cały czas był na telefonie, bo spłonął dom, który jego firma budowała.

BL: Ale wypadki chodzą po ludziach, nic z tym nie zrobimy. To są tak zwane sytuacje losowe, tego nie unikniemy ani nie ominiemy.

Na ile walk podpisałeś kontrakt z FEN?

BL: Pierwszy kontrakt podpisałem na dwie walki. Drugi pojedynek miałem stoczyć w Koszalinie, podczas gali „Summer Edition”, ale ja w wakacje chcę sobie zawszę dorobić, gdyż podczas roku akademickiego, kiedy jest uczelnia, to nie mam aż tyle czasu na pracę, a nie wyobrażam sobie, by móc na pełen gwizdek szykować się do walki i w międzyczasie ciężko pracować. Stąd odpuściłem i od razu był temat, abym wystąpił we Wrocławiu. Były wątpliwości, czy uda mi się sprzedać jakieś bilety, ale wziąłem sam 50 wejściówek i wszystkie poszły. Później moi kibice dokupowali jeszcze bilety, ale już we własnym zakresie.

Dowiedziałeś się o walce, jak rozumiem, z wyprzedzeniem?

BL: Tak. Pamiętam, że byłem w połowie obozu i przychodził kryzys, byłem zmęczony. Dostałem telefon z propozycją zawalczenia. Od razu się zgodziłem i byłem tym zbudowany. Dostałem olbrzymi zastrzyk motywacji.

Ty sparowałeś z chłopakami z Warszawskiego Centrum Atletyki, prawda?

BL: Tak.

I jak, miałeś okazję zmierzyć się z Damianem Janikowskim?

BL: Tak, walczyliśmy na treningach. Jest bardzo silny, widać, że dopiero nabiera wiedzy. Co mu powiedzą trenerzy, to od razu próbuje wykonać, nie ma swoich nawyków. Zapaśniczo jest przygotowany znakomicie, fizyka jest niewątpliwie jego atutem. Ma dopiero dwie walki na swoim koncie, a już jest bardzo dobry.

No i pokonał Antoniego Chmielewskiego.

BL: To prawda, Antek to znakomity judoka. To trochę analogia do mojej walki z Marcinem Naruszczką. Też młodość kontra doświadczenie, stary kontra młody.

Miałeś w ogóle kolegów szkole?

BL: Pewnie, że tak. Co to za pytanie?

Pytam, bo słyszałem, że bardzo dobrze się uczyłeś. Jaką miałeś średnią w liceum?

BL: 4,2 chyba, coś takiego. Maturę też zdałem, bo zaraz o to zapytasz. Pisałem rozszerzony angielski i rozszerzony polski – nie miałem z żadnego przedmiotu mniej niż 70%. Tragedii nie było. Kolegów miałem, ale dobrze się uczyłem. Wiem, do czego zmierzasz. Byłem kujonem, ale nie miałem wrogów.

A dawałeś ściągać kolegom na sprawdzianach?

BL: Pewnie, że tak. Gdy tylko dało się komuś pomóc, to zawsze to robiłem. Z tym nie było problemu. Byłem grzecznym dzieckiem, nie sprawiałem problemów. Od młodych lat trenowałem karate. Tam jest wiele zasad, reguł, które trzeba przestrzegać. Szacunek do przeciwnika, pokora, ciężka praca – dorastałem w tym klimacie, więc taki też byłem. Nie byłem typem osiedlowego zawadiaki, który szuka wrażeń i zaczepia mniejszych od siebie. Nie biłem, nie prowokowałem, nie zaczynałem. Rodzice nie mieli ze mną problemu.

Podczas jednego z turniejów karate

Ciebie bili na osiedlu?

BL: Pewnie zdarzało się. Ja nawet trenując karate nie byłem zbyt wysportowanym dzieckiem. Nie biegałem za dużo, miałem brzuszek, byłem kuleczką, z której niektórzy nawet mogli się śmiać. Na początku karate nie traktowałem poważnie. Byłem dzieckiem, zapisali mnie na sport rodzice i po prostu chodziłem na treningi, w ten sposób spędzałem wolny czas. Dopiero z czasem, gdy udało mi się zacząć osiągać sukcesy, to poważnie podchodziłem do sportu. Wcześniej – zabawa, zero stresu.

Pierwsze sukcesy, czyli?

BL: Czyli wicemistrzostwo Polski. Pojechałem na zawody, tak naprawdę nie do końca wierząc w jakikolwiek sukces. Miał to być dodatkowy trening czy jakaś mała nagroda, a udało mi się zdobyć srebrny medal.

Proszę, nie gadaj mi takich rzeczy. Pojechałeś bez przygotowania na mistrzostwa Polski i wróciłeś z medalem.

BL: Trenowałem, ale wśród rówieśników zająłem drugie miejsce, a ani razu wcześniej nie pomyślałem o tym, że mogę stanąć na podium. To był dla mnie i dla mojego trenera szok. Wcześniej musiałem się na mistrzostwa zakwalifikować, fakt, udawało się zajmować miejsca w czołówce, ale nie myślałem, że może coś z tego wyjść na poważnie.

Ale wyszło.

BL: Wyszło, na szczęście. Wtedy zakwalifikowałem się na mistrzostwa Europy, załapałem się do kadry Polski i zacząłem regularnie trenować już zupełnie na serio. Nie było odpuszczania, nie było zabawy, a już praca na pełnych obrotach. Nie wybiegałem mocno w przyszłość, nie skupiałem się na tym, co będzie za kilka lat i czy karate w moim życiu będzie zawsze. To, co miało jednak miejsce na tamten czas, zsacząłem trenować na serio.

Dziewczyny zaczęły się tobą interesować, gdy zacząłeś odnosić sukcesy w sporcie?

BL: Nie, chyba jakoś nie. Dziś moja obecna dziewczyna rozumie mnie, wspiera, kibicuje. Wiadomo, że pojawia się coraz większe zainteresowanie moją osobą, zaczynam udzielać wywiadów, walczę dla dużej federacji, więc pewnie niejednej osobie zaszumiało już by w głowie, ale ja taki nie jestem i mi to z pewnością nie grozi.

Jesteś zazdrosny o swoją dziewczynę?

BL: Chyba w normie, pewnie trochę tak, ale nie mam powodów do tego, żeby być zazdrosnym.

Goście podbijają do twojej dziewczyny? Jak reagujesz? Czy wszyscy wiedzą, że jesteś zawodnikiem MMA i lepiej odpuścić bajerę?

BL: Póki co nie miałem okazji się przekonać, ale fakt – w klubie, gdy byliśmy, a nie stałem obok niej, to zdarzało się, że ktoś próbował zagadać, potańczyć. Jak wtedy reaguję? Spokojnie – nie ma co się denerwować. Ufam, więc nie panikuję. Najczęściej w ogóle nie muszę się mieszać w taką rozmowę, samo wychodzi po mojemu.

W klubach jest wielu prowokatorów. Nawet czasami nie musisz chcieć czegoś złego zrobić, a wychodzi, jak wychodzi.

BL: Gdyby ktoś zaatakował moją dziewczyną albo mnie, to pewnie bym oddał. Co innego jest reagować na krzywe spojrzenie lub popchnięcie barkiem, a co innego być gamoniem, który nie robi nic, jak twojej dziewczynie ktoś wyrządza krzywdę. To dwie różne sprawy, dwa różne sytuacje. Nie chciałbym się nigdy w takiej sytuacji znaleźć, ale jestem tylko facetem i w takich sytuacjach może miałbym problem z tym, aby po prostu powstrzymać swoje emocje i grzecznie przyglądać się temu, jak ktoś robi coś złego mi lub moim bliskim.

Jak twoja dziewczyna odnajduje się w klimacie MMA?

BL: Chyba dobrze, zaczęła się tym interesować, podoba jej się to. Trzeba przyznać, że nie ma lekko. Non stop trening, non stop wyjazd, do tego kontuzje, zbijanie wagi, jakiś stres – musi się z tym liczyć. Ona ma swoje zajęcia, ma swoich znajomych. Nie zawsze mogę z nią iść, nawet na domówkę, bo rano mam sparing i muszę odpocząć. Życie ze sportowcem nie jest łatwe, bo albo masz czas przedstartowy, gdzie się szykujesz i musisz odpoczywać, albo po starcie, gdy nic ci się nie chce i… też odpoczywasz. Martyna to jednak rozumie, nie ciągnie mnie po znajomych, gdy wie, że ja muszę się wyspać lub wypocząć.

No i wyjścia są przeważnie w weekendy, a ty stoisz na bramce, więc problem z głowy. Przynajmniej na razie.

BL: Ale ten problem wróci, bo przecież wiecznie stał na bramkach nie będę. Póki co mam wytłumaczenie, ale nie będę od tego uciekał i wierzę po prostu, że znajdziemy kompromis, tak, jak ma to miejsce do tej pory.

Zdarza się „odbijanie bramki” czy to już nie ten klimat?

BL: W Trójmieście nie. To już nie te czasy, gdy chłopacy biegali po mieście ze spluwami. Ale zdarzało się, że jechaliśmy na jakąś wioskę i tam była awantura. Przychodziło kilku lokalnych cwaniaczków i chcieli się sprawdzić z nowymi ochroniarzami. Generalnie wolę przyjść do pracy i posiedzieć spokojnie na telefonie, a nie realizować jednostki treningowe w ciągu nocy i przepychać się z pijanymi ludźmi.

Zaczęły się sukcesy, to i na osiedlu nie byłeś już lamusem – wszyscy zaczęli się z tobą liczyć. Tak było?

BL: Lamusem nie byłem nigdy, to ty powiedziałeś (śmiech). Chłopacy zobaczyli, że poza tym, że ogarniam szkołę, to mam jeszcze swoją pasję, w której dobrze mi idzie. To zawsze buduje jakieś relacje, nie jesteś już zwykłym gościem, tylko uprawiasz sporty walki i odnosisz sukcesy. Ja się z tym nie obnosiłem, nie przychodziłem do szkoły z medalami na szyi, ale moi najbliżsi koledzy wiedzieli, że udało mi się zdobyć miejsce w czołówce i coś osiągnąć.

Czy młody chłopak myśli o tym, co będzie, gdy już zacznie odnosić spektakularne sukcesy? Czy perspektywa sławy, autografów, reklam itp. napędza go do jeszcze cięższej pracy?

BL: Te wszystkie czynniki, o których wspomniałeś, czyli sława, autografy i te inne sprawy, są z pewnością miłe, fajne, potrzebne, by budować swoją wartość marketingową, a co za tym idzie – rozwijać się również sportowo. Nie oszukujmy się, ale samym sportem bardzo ciężko jest zbudować swoją osobę, choć nie jest to oczywiście niemożliwe. Uważam jednak, że to są tylko dodatki do kariery. Potrzebne, istotne, może nawet i niezbędne, ale dodatki. Wydaje mi się, że najważniejsze w tym wszystkim jest to, żeby to sport był zawsze najważniejszy i żeby nigdy, nawet przez sekundę swojego życia, tej hierarchii nie zmienić. Piłkarzy często widać częściej w klubach i na mieście niż na boisku – mnie to nie interesuje. Niektórym się to podoba, niektórym to imponuje – zdaje sobie z tego sprawę. Mnie to nie jara, to nie mój świat. Mogę pójść do Sheratonu na premierę nowego BMW X6, ale po treningu. Nie jako priorytet danego dnia. Najpierw sport, potem cała reszta.

Kamil Glik powiedział kiedyś, że nie potrzebuje mieć kolegów aktorów ani piosenkarzy. Ma rodzinę i przyjaciół – to mu wystarczy.

BL: Mi też wystarczy, nie muszę. To trochę nie moja bajka, ale zdaje sobie sprawę z tego, że z czasem to może się zmieniać. Albo inaczej – niektórym osobom może zależeć na tym, żeby to się zmieniło. Żeby kreować i robić z siebie trochę inną osobę, aby wzbudzać większe emocje i zainteresowanie. Tak działa ta branża.

Ty miałeś kiedyś problemy z prawem?

BL: Nie.

Dziwny jesteś. Wszyscy zawodnicy MMA mieli lub mają. Krzysztof Włodarczyk przyznał się kiedyś, że jeden gość zaczepiał go na ulicy, Diablo go raz trafił i później przez tydzień modlił się, żeby chłopak wyszedł z tego cało.

BL: Ja zaczepek na mieście nie szukam, ale pewnie zdarzyło się kogoś uderzyć, gdy stałem na bramce, ale mówię – wtedy byłem w pracy. Nigdy nikogo sam nie zaczepiłem, nigdy nie rozkręciłem żadnej awantury. Po prostu – chciałem, aby w lokalu był spokój i trzeba było uspokoić delikwenta.

Ale czasami trudno się opamiętać. Mieszkasz w Trójmieście, tam jest kilku cwaniaczków, którzy na mieście szukają wrażeń.

BL: Wiem, ale wychodzę z założenia, że to jest zbyt spore ryzyko, żeby się z kimś bić, żeby szukać zaczepki. Uderzysz kogoś raz, upadnie, uderzy głową o chodnik i nieszczęście gotowe. Trzeba uważać, bo jak mam normalnie żyć, gdy będę miał problemy z prawem. Jak znaleźć pracę, gdy masz brud w papierach. I to jeszcze o coś takiego, o zwykłą szamotaninę z często nietrzeźwą osobą.

Co studiujesz?

BL: Doradztwo i prawo podatkowe.

Grubo.

BL: Czemu?

Ja o problemach z prawem, a ty w tym siedzisz.

BL: Czy siedzę? Nie wiem. Nie wiem, czy będę po tym prawnikiem. Będę zajmował się podatkami. To będzie zawsze, od tego nigdy nie uciekniemy, więc wybrałem zawód z przyszłością. Zajebiście napisałem maturę, więc nie chciałem z takimi wynikami iść na AWF i uczyć robić fikołków. Zresztą – sam szkolę się z zakresu dietetyki i suplementacji, zgłębiam wiedzę, do tego trenuję – do tego zawsze będę mógł wrócić.

Ty już wiesz, co będziesz robił za pięć lat?

BL: Nie wiem, bo póki co skupiam się na treningach i zdobywaniu wykształcenia. Przede mną najlepszy okres w życiu. Mogę trenować i studiować, wszystko układać pod siebie, bo dzienna uczelnia daje taką możliwość. Gdy skończę studia, będę musiał zacząć normalne życie. Pójść na swoje, znajdę pracę, możliwe będzie trenowanie popołudniu. Tego bym nie chciał. Nie chciałbym musieć za przykładowo dwa czy trzy lata ograniczać treningi, żeby chodzić do pracy.

Ale takie jest życie.

BL: Wiem, ale moim celem jest zrobienie wszystkiego, żeby za te dwa czy trzy lata móc ze sportu żyć. Wykształcenie mi nie ucieknie, papier zawszę będę miał. Do tego prędzej czy później wrócę, bo wiem, że życie sportowca nie trwa wiecznie. Nie musisz mnie uświadamiać, znam temat. Na ten moment jednak, gdy jestem młody, to postaram się zrobić wszystko, żeby odłożyć pewne sprawy na później i skoncentrować się na tym, aby jak najwięcej rozwinąć się w najbliższym czasie i by zapracować sobie na pewną pozycję. Na pozycję, dzięki której będę żył z MMA.

To motywuje?

BL: Mnie na pewno. Wiem, że od najbliższych kilkunastu, kilkudziesięciu miesięcy bardzo dużo zależy. Jest wielu sportowców, którzy muszą łączyć treningi z pracą i ja nie będę miał z tym problemu, bo przecież pracy się nie boję i na pewno dam radę. Chcę jednak zajść bardzo wysoko w sporcie, więc zdaje sobie sprawę z tego, że do tego potrzebny jest profesjonalny reżim treningowy. Trening, jedzenie, spanie, odnowa i tak dalej. Trenowanie po łebkach może nie przynieść spodziewanych efektów.

Robert Talarek jest górnikiem i trenuje boks. Kiedyś został zapytany o to, czemu nie zrezygnuje z pracy w kopalni. Mówił dużo o regularnej pensji, trzynastkach, opiece medycznej, emeryturze.

BL: No pewnie, słuszne podejście.

Jak wita się nowego chłopaka w klubie? Każdy chce pomóc czy mimo wszystko jest założenie, że „świeżaka trzeba utemperować?”

BL: Szatnia i sala mają swój klimat, jest rywalizacja, ale nie ma złych emocji. Trzeba pokazać się z dobrej strony, żeby reszta cię zaakceptowała. Na pewno nie ma czegoś takiego, że ja jestem po szkole, po studiach, mam dobrą pracę czy coś takiego i jestem lepszy od innego zawodnika, który gorzej zarabia lub w ogóle nie pracuje. Nie, na sali każdy jest równy, nie ma podziałów, nie ma hierarchii. To jest akurat fajne, że sprawy pozasportowe nie są przenoszone na matę.

Sala treningowa nie wybacza, choć nie ma hierarchii – wszyscy są równi

Trójmiasto jest podzielone kibicowsko. To ma wpływ na to, jaki jest klimat na sali? Ty jesteś za Arką, ktoś za Lechią. Powstają przez to kwasy?

BL: Nie, bo ja na przykład nie jestem fanatykiem. Jestem z Gdyni, więc kibicuję Arce. Nie chodzę jednak na mecze, nie jeżdżę na wyjazdy, więc wrogo nie podchodzę też do innych chłopaków, którzy są za Lechią. Często jestem w klubie ForFit w Gdańsku, tam jest wielu gości z Lechii. Nikt nie ma do mnie żadnego problemu, bo każdy to wie. Często na najbardziej fanatycznych trybunach podczas meczów siedzą chłopacy, którzy interesują się również sportami walki, ale którzy wywodzą się z siłowni. Coś kumają też i na macie, ale to nie są zawodnicy MMA.

Trudniej jest się przebić dzisiaj, gdy jest boom na MMA? Gdy dyscyplina generuje ogromne zainteresowanie i jest wielu zawodników?

BL: Na pewno cały czas podnosi się poziom, bo konkurencja jest dużo większa. Trudniej jest być najlepszym, ale łatwiej zaistnieć i zarobić pieniądze, bo ludzie dzięki tym najlepszym chcą MMA oglądać i przychodzą na hale, włączają telewizory.

Potrafisz odpoczywać po walce?

BL: Mam z tym problem. Zasuwam w pocie czoła kilka lub kilkanaście tygodni, więc jak wchodzę w decydującą fazę przygotowań, mam do zbicia kilka kilogramów i jestem wyraźnie zmęczony, to obiecuję sobie, że po pojedynku będę odpoczywał dwa tygodnie, jadł i pił, na co tylko będę miał ochotę. Przychodzi co do czego, a ja w poniedziałek idę na siłownię, a najchętniej to poszedłbym na matę, bo coś muszę ze sobą zrobić.

Czyli jesteś uzależniony.

BL: Tak, nie potrafię wysiedzieć w jednym miejscu. Wygrywam walki, dobrze się czuję jestem młody i cały czas chłonę MMA. Nie umiem tak po prostu nie robić nic i leżeć. Najzwyczajniej w świecie szkoda mi na to czasu.

Ile ważysz pomiędzy walkami?

BL: 96-98 kilogramów. Dużo, wiem, ale dużo zbijam i póki co nie mam z tym żadnego problemu. Na ważeniu mieszczę się w limicie do 84 kg, a już następnego dnia rano znowu mam 96 kg. Wszystko jest zaplanowane, mój dietetyk dba o każdy szczegół.

Nie powinieneś między walkami ważyć mniej? Nie wiem, około 90 kg? Przecież ty w dobę przybierasz 12 kg.

BL: Dużo wody, do tego węglowodany – to jest klasyk, nie tylko ja tak robię. Jestem młody, jest mi łatwiej. Z czasem podobno zbijanie wagi idzie coraz trudniej.

Bartek przed walką /FEN

Kiedy ostatni raz ważyłeś 90 kg?

BL: Nie wiem, w gimnazjum? (śmiech) Po każdej walce nabieram coraz więcej. Kiedyś trzy tygodnie po walce miałem 100 kg, to byłem załamany. Teraz mam 102-103, ale trzy dni po. Jem, co tylko mogę, folguję sobie, wynagradzam organizmowi to, że tak ciężko pracował przed kilkanaście poprzednich tygodni.

Co twój dietetyk na to?

BL: Na początku był zły, gdy faktycznie wskazywała ponad stówę, ale teraz, gdy trzymam około 96 kilogramów, to już jest okej, wszystko pod kontrolą.

Pewnie objadasz się słodyczami.

BL: Nie! Mam słabość do jedzenia, jestem uzależniony i naprawdę jem dużo, ale pilnuję tego. Podczas świąt ograniczałem szamę, biegałem w Wigilię, następnego dnia rano byłem na sali, musiałem wypocić. Nie chciałem przesadzić, pilnowałem się.

Masz ciągotki do wychodzenia na imprezy?

BL: Nie, nie lubię imprez. Wyjść na miasto z dziewczyną lub ze znajomymi, zjeść coś – tak, bardzo. Ale żeby zarywać noce i pić alkohol to nie. Piwko wypić raz na jakiś czas to tak, ale bez przesady.

Interesujesz się MMA?

BL: Tak, ale na przykład ostatniej gali KSW nie oglądałem.

Mogłeś mówić, to zrobiłbym ci przelew na te 40 złotych.

BL: (śmiech) Nie miałem z kim tego obejrzeć, jakoś nie interesowało mnie to. Kibicuje Polakom i zawsze oglądam walki Polaków. Nie wstaję jednak na UFC i nie oglądam całej gali, bo nie chcę mi się zarywać nocy. Gdy walczą nasi reprezentanci to oglądam kibicuję, ale nie jaram się wszystkim.

Wyobraź sobie, że skończyłeś studia, masz ofertę dobrej pracy, ale z MMA możesz sobie dobrze żyć, bo walczysz, wygrywasz i dzięki temu masz kasę. Co wybierasz? Łączysz jedno z drugim czy stawiasz tylko na MMA?

BL: Trenuję na pełen gwizdek i próbuję się jeszcze bardziej rozwinąć. Taki jest mój cel.

 

Jakub Borowicz