Lepszego wyniku kibice Widzewa nie mogli wymarzyć. Co z grą? [ANALIZA]

Rekordowe 17 987 widzów przyszło na stadion przy al. Piłsudskiego w Łodzi nie tylko dlatego, że ich ukochany Widzew rozgrywał kolejny mecz ligowy. Magnesem była także nazwa odwiecznego rywala - nawet mimo tego, że miała rzymską dwójkę obok. Łodzianie nie zawiedli swoich fanów. W dodatku wygrali w idealnych rozmiarach, bo przypominających dawne boje.

W czerwcu 1997 roku wynik 2:3 na Łazienkowskiej oznaczał największy come-back w historii polskiej piłki, tytuł mistrza kraju i potężny pstryczek w nos wroga. W identycznych rozmiarach łodzianie wygrali w sezonie 1998/99 – wtedy do przerwy było 2:0, Legia wyrównała na 2:2 w drugiej części gry, ale zwycięską bramkę zdobył Radosław Michalski. W następnym sezonie również zakończyło się 3:2. Franciszek Smuda i Marek Citko przyjechali już jako pracownicy znienawidzonego w Łodzi warszawskiego rywala, ale znów w ostatniej minucie „widzewski charakter” pokazali gospodarze. Tym razem za sprawą trafienia Dariusza Gęsiora.

Lepszego wyniku, niż 3:2 z Legią przy komplecie publiczności na nowym stadionie kibice RTS nie mogli sobie wymarzyć.

Sobotnie spotkanie w Sercu Łodzi to nie były „derby Polski”, jak mówiło się o bojach widzewsko-legijnych jeszcze niedawno. Jednak zarówno przeciwnicy biegający z czarną „eLką” na piersi, jak i wynik tego spotkania na pewno zagrał na sentymentalnych strunach fanów czerwono-biało-czerwonych.

Dodatkowo podobać mogło się samo widowisko. Pisaliśmy przed meczem, że unoszący się nad stadionem duch historii może natchnąć piłkarzy obu klubów i faktycznie można było odnieść takie wrażenie. Widzewiacy byli jeszcze bardziej zaangażowani, uważniejsi, dokładniejsi niż w kolejnym – z całym szacunkiem dla tych drużyn – starciu z MKS-em Ełk, Świtem Nowy Dwór Mazowiecki czy GKS-em Wikielec. Legioniści też chcieli utrzeć nosa głośnej publice przy Piłsudskiego, o czym świadczy ekspresja ich radości (nieco prowokacyjnej, bo w kierunku kibiców) po wyrównującej bramce.

Zanim do tego doszło, fantastycznie mecz rozpoczęli łodzianie. Świetnie dysponowany tego wieczoru Marcin Pigiel rozpoczął niezłym dośrodkowaniem, który wykończył Mateusz Michalski. Wielki plus trzeba przy tym nazwisku dopisać Franciszkowi Smudzie, który na skrzydłach postawił na doświadczenie. Mecz tego „kalibru” (zachowując odpowiednią skalę) wymagał odpowiednich, doświadczonych ludzi. Michalski strzelał w każdym z poprzednich meczów z „Wojskowymi”. Czwarty mecz z „dwójką” Legii, czwarty gol. Mąka też wie, jak w takich meczach strzelać – rok temu przymierzył przy Piłsudskiego z wolnego.

Cieszy to, że widzewiacy od pierwszej minuty zdecydowanie zaatakowali, wymuszając na – naprawdę słabej tego dnia, ale o tym później – defensywie Legii proste błędy. Na 20 metrze od bramki w momencie dośrodkowania Pigiela było pięciu zawodników. Chociaż teoretycznie każdy z nich ma blisko siebie kryjącego go rywala, determinacja do strzelenia bramki zaowocowała „odklejeniem się” od przeciwnika.

Dzięki temu zarówno Robert Demjan (obrazek 1), jak i chwilę później Mateusz Michalski (obrazek 2) mogli umieścić piłkę w siatce. Pochwalić należy to, że skrzydłowy czerwono-biało-czerwonych poszedł „na pełnym gazie” na dośrodkowywaną piłkę, kiedy w tym czasie kryjący go „na radar” obrońca mógł się tylko przyglądać. Warto zwrócić uwagę też, że Michalski strzelał, ale równie dobrze mógł zagrać do Demjana (niebieska „dwójka”) albo niepilnowanego Kazimierowicza (3). W przypadku niepowodzenia dobijałby piłkę Karol Stanek (4).

To nie był wyjątek. Wyprzedzimy bieg zdarzeń i przejdziemy do bramki na 2:1 Roberta Demjana. Po raz kolejny dośrodkowuje Marcin Pigiel i po raz kolejny niepilnowany jest na przedpolu Stanek (niebieska „czwórka”, po raz kolejny akcję zamyka Michalski (3), na krótkie rozegranie gotowy jest Daniel Mąka (1), a całą akcję zakończy – wykorzystując błąd bramkarza niczym rasowy lis pola karnego – genialny w tym meczu Robert Demjan (2).

Tak, jak imponował atak Widzewa, tak raziła w oczy defensywa Legii. I odwrotnie: błędy łodzian w obronie spowodowane były nieporadnością, ale też dobrą postawą napastników gości.

Gol wyrównujący dla legionistów przypominał festiwale Domino, w których poustawiane ze szwajcarską precyzją kostki przewracają się jeden po drugim. Podobnie „przewracała się” obrona RTS. I to już przed polem karnym Legii, gdzie – nie wiedzieć czemu – „na grzyby” postanowił pójść Radosław Sylwestrzak.

Nie chcemy się nad Sylwestrzakiem znęcać, bo widać było od pierwszej sekundy tego meczu, że nigdy nie był, nie jest i nie będzie prawym obrońcą. Kontuzje wykluczyły Marcina Kozłowskiego i Bartłomieja Niedzielę, więc łatał dziury. Starał się jak mógł – za to kibice Widzewa na pewno go docenili. Tyle, że czasami mógł naprawdę niewiele. Kilka razy dał się ograć na skrzydle, kilka razy niepotrzebnie uciekał się do faulu. Z każdą minutą grał coraz lepiej, ale zaczął… nie najlepiej. Bramka na 1:1 zaczęła się od jego błędu, który widać powyżej…

… i którym ciągnął się dalej, ale nie bez powodu wspomnieliśmy o dominie. Błąd prawego obrońcy urodził kolejne. Trzech zawodników (w tym wracający Sylwestrzak, do spółki z Kostkowskim i Kazimierowiczem – ich ruch zaznaczony czerwoną strzałką) skupili się na prowadzącym piłkę zawodniku, zupełnie zostawiając niepilnowanego w środku kapitana Legii II. O ile Pigiel starał się wracać „za swoim”, tak dziura – która powstała dzięki odciągającemu uwagę Zielenieckiego napastnikowi w białej koszulce – to wielbłąd obrony Widzewa.

Konto Sebastiana Zielenieckiego i Macieja Humerskiego obciąża też ostatnia część upadających kostek domina, czyli swoista karuzela, na jaką wsadził ich Bartczak. Nie może się kapitan Widzewa, do spółki z bramkarzem, tak bardzo nabrać na tak prosty zwód. Chcielibyśmy ocenić interwencję w obronie „Ziela”, ale jej po prostu nie było. Kapitan rezerw Legii mógłby zadać często występujące w piłce pytanie: „Gdzie lecisz?”.

Pochwalić Legię II można także za pressing, jaki starała się zakładać na rozgrywających piłkę obrońcach Widzewa. Nie był to stały element w jej grze, ale kiedy udało się go stosować – widzewiacy się gubili, jeśli piłki przy nodze nie miał akurat Dario Kristo. Tutaj piłkę w aut wybija naciskany przez rywala Radosław Sylwestrzak.

Jak natomiast wyglądał w ataku Widzew?

Największym plusem ustawienia były wysoko ustawione skrzydła.

To element praktycznie niespotykany w poprzednich meczach, gdzie system 1-4-1-4-1 był trzymany sztywno, a grająca za plecami Roberta Demjana czwórka pomocników była ustawiona w linii. Uniemożliwiało to płynne przejście z ataku do obrony, często zostawiało Demjana osamotnionego w ataku, a także – w przypadku zejścia Roberta do bocznych stref boiska – zostawiało zupełnie puste pole karne. Teraz było inaczej.

Daniela Mąki na powyższym zrzucie ekranu nie widać, ustawiony jest wyżej od Dario Kristo. To samo na drugiej stronie boiska – Michalski gra wyżej, aniżeli Kazimierowicz, chociaż futbolówka przeszła na przeciwną stronę boiska. W każdej chwili Mateusz jest gotowy na to, by powtórzyć schemat z pierwszej i drugiej bramki, czyli wyskoczyć zza pleców obrońców i zamknąć akcję.

Do linii środkowej zszedł Demjan, a gotowy do startu już jest Michalski. Akcję zamykać będzie w polu karnym Mąka. Nie zawsze nadążał Karol Stanek, ale jak widzimy w poprzednim obrazku – zdarzało się, że był tam, gdzie trzeba, czyli w polu karnym zastępując rozgrywającego Demjana.

Słowak genialnie zastawiał piłkę, dawał kolegom czas, potrafił rozegrać futbolówkę przy linii bocznej, zdobył kolejną bramkę w barwach Widzewa. Takiego napastnika nie było na Piłsudskiego 138 od dawna. Docenić trzeba też Dario Kristo, bez którego Demjan i skrzydłowi czekaliby na piłki, jak kobieca reprezentacja Polski na opóźniony samolot.

Współpraca Dario Kristo z Maciejem Kazimierowiczem wyglądała naprawdę fajnie. Na powyższym obrazku zaznaczyliśmy to, jak wymieniali się rolą rozgrywającego. Kazimierowicz „złapał głębię”, wyszedł po piłkę od bocznego obrońcy i ją odegrał. Nie stanął w miejscu, a szybko uciekł do przodu. W jego miejsce wskoczył Kristo i to on teraz odpowiadał za przebieg akcji.

Kristo ma papiery na to, by zostać najlepszym piłkarzem Widzewa od czasu jego upadku.

Praktycznie nie zdarza mu się źle przyjąć piłki, a jeśli już ją przyjmuje – to w kierunku bramki rywala, często w parze ze zwodem. Niby podstawy futbolu, a tak rzadko spotykane w polskiej (i to nie tylko trzeciej) lidze. Maciejowi Kazimierowiczowi zdarzył się prosty błąd w przyjęciu w pierwszej połowie, który mógł się źle dla Widzewa skończyć, ale „Kazika” stać także na świetne zagranie. Takie, jak to do Daniela Mąki w końcówce spotkania:

Świetnie zagrał Demjan, dobrze na skrzydłach dysponowani byli Mąka i Michalski, fantastyczny był po raz kolejny Kristo (czwarty mecz z rzędu z golem!), bardzo dobre momenty miał Kazimierowicz. Od tych piłkarzy odstawał nieco Karol Stanek. Chociaż młody zawodnik dał bardzo dobrą zmianę w Ełku, tak tutaj wiele można mu zarzucić. Brak zrobienia choćby wiatru w ataku, błędy w przycięciu, brak (albo fatalne) strzały. Największy grzech to jednak wstrzymywanie akcji.

Dodajmy: NOTORYCZNE. Kibice rwali sobie włosy z głowy, kiedy widzieli jak młody zawodnik może pokazać im się z dobrej strony, ale ciągle wybiera bezpieczne rozwiązania. Na zdjęciu powyżej może zagrać prostopadle do Daniela Mąki, może poczekać na zryw Roberta Demjana, ale zamiast tego – odwraca się i gra piłkę do obrony (mały obrazek „2” w lewym dolnym rogu).

Tuż przed zmianą także miał wiele opcji do rozegrania. Najprostszy: Mąka na skrzydle. Był też Pigiel, można było odwrócić grę do Kazimierowicza, a ten miał już blisko do Demjana i Michalskiego. Zmaiast tego – pomimo ogromnej ilości czasu i tego, że był nieatakowany, miał sporo miejsca – odwrócił się i wycofał do Kristo. Kibice tracili cierpliwość, stracił też Smuda. Także za to, że Stanek często był statyczny. Różnicę kilku prędkości zobaczyli zgromadzeni na Piłsudskiego 138 kibice, gdy na boisku pojawił się Marcin Pieńkowski.

„Pieniu” nie kalkulował. Biegł do straconych piłek, podłączał się do beznadziejnych akcji, walczył, szarpał, robił wślizgi. Porywał publikę. Często na pierwszy rzut oka bezsensowne sprinty okazywały się rozwiązaniem dla akcji najlepszym. Obrazek powyżej – pięciu rywali przed nim, a Pieńkowski po prostu biegnie do przodu. Kilka sekund później znajduje się w takiej sytuacji, jak poniżej:

I świetnie wypatrzył Mateusza Michalskiego, który miał kilka hektarów wolnego miejsca i mógł zrobić niemal wszystko, by zdobyć drugą bramkę. Nie byłoby tej sytuacji gdyby nie to, że Pieńkowski popędził do przodu i chciał zdobyć kolejnego gola.

Takiej chęci brakowało czasami innym widzewiakom, którzy – im bliżej końca – tym w mniejszej liczbie atakowali bramkę gości, którzy przy wyniku 3:1 byli psychicznie zdewastowani. Na trybunach kibice krzyczeli „jeszcze jeden!” oraz „Raz, dwa, trzy? Mało!”. Do obrony wracało tylko pięciu warszawiaków, co widać na kilku powyższych obrazkach. Widzewiacy jednak, zwłaszcza po dyskusyjnym rzucie karnym, postanowili wyhamować. Dobrze dla nich, że nie skończyło się to remisem, który przez chwilę wisiał w powietrzu.

Wynik idealny, bo historyczny. Gra mogła się podobać, ale nie w końcowej części gry. Wielu zawodników wzniosło się na oczekiwany poziom, choć niektórzy nie dojechali. Najważniejsze dla Widzewa są trzy punkty i umocnienie się na pozycji lidera. Jeśli coś mieliby do tego stanu rzeczy fani czerwono-biało-czerwonyc –  to na pewno więcej Pieńkowskich w końcowych fragmentach meczu. A na pewno więcej takich, którzy mają podobną mentalność. Albo dadzą się wychowankowi Widzewa ambicją i grą do samego końca zarazić.

Widzew Łódź – Legia II Warszawa 3:2 
1:0 – Mateusz Michalski
1:1 – Robert Bartczak
2:1 – Robert Demjan
3:1 – Dario Kristo
3:2 – Robert Bartczak (k.)

Noty piłkarzy Widzewa w skali 1-10:

Humerski 5 – Sylwestrzak 3, Kostkowski 5, Zieleniecki 5, Pigiel – Michalski 7 (90′ Falon), Kazimierowicz 6, Kristo 8, Mąka 7 (82′ Miller) – Stanek 3 (64′ Pieńkowski 7) – Demjan 8

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem