Lekkoatletyka: Jeremy Wariner kończy 33 lata!

Pamiętacie Jeremy Warinera jeszcze? My mamy wrażenie, jakby chłopak ten zginął ze światowych bieżni wieki temu. No i fakt – ostatni medal podczas wielkiej imprezy zdobył w 2009 roku. Sprawa jest o tyle ciekawa, że amerykański lekkoatleta kończy właśnie 33 lata. Dziś mówimy o nim, jako o gościu, który był jednym z najszybszych ludzi biegających dystans jednego okrążenia. Jeszcze kilkanaście lat temu byliśmy przekonani, że będziemy o nim mówić, jako o absolutnie najwybitniejszym biegaczu w historii tej konkurencji.

Pamiętamy, jak podczas igrzysk olimpijskich w Atenach w 2004 roku eksperci przewidywali, że właśnie w stolicy Grecji na szczyt wskoczy dwóch lekkoatletów, którzy w przyszłości do tego stopnia wyśrubują rekordy świata, że będą one niemożliwe do pobicia. Mowa tu o Jelenie Isinbajlewej i Jeremy Warinerze. Dwóch złotych medalistach z Aten.

Cechy wspólne pomiędzy tyczkarką, a biegaczem? Młody wiek, w którym udało się zdobyć pierwsze olimpijskie złoto (22 i 20), ogromny talent i świetlana przyszłość. Różnice? Isinbajewa rekord globu biła 28-krotnie. Wariner – ani razu.

A to właśnie Jeremy był osobą, w której widziano potencjał, by pobić rekord globu należący do legendarnego Michaela Johnsona. Podczas mistrzostw świata w Sevilii w 1999 roku legendarny Mike wyśrubował czas na dystansie jednego okrążenia do granic możliwości. 43:18 było czymś, co wtedy nie mieściło się ludziom w głowach. Wynikiem, który zdaniem wielu nie miał szans  zostać pobity przez całe pokolenia biegaczy.

Potencjalny następca narodził się jednak zdecydowanie szybciej, niż wszyscy się spodziewali. Przychodzący na świat niespełna 15 kilometrów od miejsca urodzenia Johnsona Wariner bardzo szybko wskoczył na poziom, na którym Mike znajdował się w najlepszych latach swojej sportowej kariery. W Atenach, jako 20-letni chłopak pozamiatał w finale i wynikiem równo 44 sekund nie dał szans ani Otisowi Harrisowi, ani Derrickowi Brew, czyli swoim kumplom z drużyny narodowej. Kilka dni później wraz z nimi i Daroldem Williamsonem wygrali sztafetę 4×400 metrów zostawiając w pokonanym polu Australijczyków i Nigeryjczyków.

Po Atenach Wariner rządził i dzielił na światowych bieżniach, a jego kolejne zwycięstwa były tak pewne, jak jak “Kewin Sam w domu” podczas świąt Bożego Narodzenia. Rok później, w Helsinkach, Jeremy znowu wygrał bieg na 400 metrów i sztafetę, w 2007 roku jako król jednego okrążenia jechał do Osaki po rekord świata. Wygrywał wyścig za wyścigiem, mimo że ostatnie 50 metrów każdego biegu traktował już bardziej jako obowiązek, aniżeli próbę wyśrubowania czasu. Z Japonii znowu wrócił podwójnie ozłocony, a rezultatem 43,45 dał groźny sygnał swojemu legendarnemu poprzednikowi, że przy następnej próbie rekord świata w końcu zostanie pobity.

Co ciekawe, Michael Johnson w między czasie został menadżerem Warinera i prowadził go do kolejnych sukcesów. Jak sam wielokrotnie podkreślał: – Będę dumny, gdy to Wariner pobije mój rekord świata.

Gdybyśmy mieli wskazać moment przełomowy w karierze Warinera, to z pewnością byłyby to igrzyska olimpijskie w Pekinie. Na nie Jeremy jechał jako murawny kandydat do zdobycia złotego medalu i obrony tytułu. Bukmacherzy nie chcieli przyjmować zakładów na jego zwycięstwo, bo to wydawało się zbyt oczywiste. W międzyczasie coraz lepiej prezentował się LaShawn Merritt, który szumnie zapowiadał, że przełamie dominacje Warinera. Ich pojedynek elektryzował wszystkich, stał się daniem głównym zmagań lekkoatletów podczas rywalizacji w “Ptasim Gnieździe”.

Wariner dobrze zaczął i nic nie wskazywało na to, że będzie musiał zadowolić się tylko srebrnym medalem. Druga część dystansu należała już jednak do Merritta, który wynikiem 43,75 pobił swój rekord życiowy i wskoczył na piąte miejsce list wszechczasów. Warinera zdystansował o niemalże sekundę, co było największą sensacją podczas tamtej imprezy. Jeremy kilka dni później do swojego dorobku dorzucił złoty medal w sztafecie, choć do domu wracał wyraźnie niezadowolony ze swojej postawy na pekińskiej bieżni.

Napisaliśmy, że Pekin i rok 2008 był przełomowy dla kariery Warinera i efekty tego mogliśmy dostrzec już w kolejnym sezonie. Podczas mistrzostw świata w Berlinie w 2009 roku Jeremy znowu zajął drugie miejsce, znowu musiał oglądać plecy Merritta. Atletycznie zbudowany biegacz wyraźnie przełamał swojego kolegę i znalazł patent na wygrywanie z nim podczas największych imprez. Wariner zdobył co prawda jeszcze w stolicy Niemiec złoto w sztafecie, ale znowu niepocieszony takim obrotem spraw wracał do rodzinnego Irving. Wynik 44,60, czyli najlepszy rezultat osiągnięty w 2009 roku byłby dobry dla prawie każdego na świecie, ale nie dla Warinera. Nie dla gościa, który dwa lata wcześniej groził palcem Michaelowi Johnsonowi, że będzie jego następcą i dumnie zasiadającym na tronie najszybszym biegaczem na 400 metrów.

Wariner kończy dziś 33 lata i my życzymy mu wszystkiego, czego sobie wymarzy. Odnosimy wrażenie, że z bardzo dobrego biegacza, jakim był Amerykanin dało się wycisnąć zdecydowanie więcej. Jesteśmy w stanie zaryzygować stwierdzenie, że gdyby Wariner miał dziś znowu 20 lat, to dziś właśnie jego nazwisko wisiało by dumnie w rubryce poświęconej rekordzistom świata na 400 metrów.

100 lat!

 

Komentarze