Lekkoatletyka: Czy to będzie sezon Piotra Liska?

    Niejeden sportowiec po czwartm miejscu zajętym podczas igrzysk olimpijskich załamałby się. Wiadomo – było blisko medalu, na który pracowało się przez cztery lata, o zdobyciu wymarzonego krążka myślało się już na kilka miesięcy przed olimpiadą. Ostatecznie stanąć na podium się nie udało, choć brakowało bardzo niewiele. Zamiast splendoru, chwały, gratulacji i łez szczęścia, był smutek oraz zawód.

    I wielu sportowców pewnie by tak zrobiło – nie udało się, czas pakować manatki i zająć się czym innym. Wtedy perspektywa kolejnych igrzysk, czyli długie cztery lata, ciągnie się w nieskończoność i już na samym początku drogi pojawiąją się wątpliwości: jeszcze raz spróbować czy rzucić to wszystko w cholerę i zająć się czym innym?

    Na szczęście Piotr Lisek niczego w cholerę nie rzucił i zamiast przeżywać swoje niepowodzenie z Rio (które my uważamy za ogromny sukces – 4. miejsce – WOW), postanowił trenować jeszcze ciężej i zrobić wszystko, by z Tokio wrócić już z medalem. Z drugiej strony – podczas turnieju olimpijskiego w Rio miał dopiero 24 lata, czyli – tak na oko – jeszcze dwa konkursy na igrzyskach były przed nim.

    Lisek spektakularnie rozpoczął sezon halowy i już 25 stycznia w niemieckim Cottbus przeskoczył poprzeczkę zawieszoną na wysokości 5,92, dzięki czemu wygrał konkurs. Kilka dni później w Poczdamie pobił rekord Polski i jako pierwszy Polak w historii pokonał wysokość 6 metrów. Wynik Liska był głośno komentowany na całym świecie, a najlepsi obecnie tyczkarze, jak Renauld Lavillenie i Thiago Braz , zaczęli coraz bardziej postrzegać go w roli kandydata do złotego medalu podczas sierpniowych mistrzostw świata.

    Swoją znakomitą dyspozycję Lisek potwierdził w Belgradzie, gdzie został halowym mistrzem Europy. Skakał co prawda niżej niż w Niemczech, ale wynik 5,85 był nieosiągalny dla reszty. W dobrym nastroju urodzony w Dusznikach chłopak przygotowywał się do startów na otwartym stadionie.

    Ten rozpoczął się pod koniec maja w amerykańskim Eugene, w którym Lisek pokonał poprzeczkę zawieszoną na wysokości 5,81. Wynik to o tyle dobry, że sam tyczkarz zaczął się zastanawiać, czy aby na pewno dobra forma nie przyszła za szybko. Do najważniejszej imprezy sezonu zostały bowiem jeszcze ponad dwa miesiące.

    Kolejne wyniki nie były już tak spektakularne, bo Lisek trzy razy z rzędu konkurs kończył z rezultatem 5,70. Z Rehlingen, Szczecina i Dessau wracał jednak w miarę zadowolony, bo stabilizacja na tym etapie sezonu jest czymś bardzo ważnym. Może nie najwyższa, ale równa forma każe wierzyć, że druga część sezonu będzie jeszcze lepsza.

    Wczoraj w Pile Lisek wygrał kolejny konkurs w tym roku, w którym pokonał wysokość 5,80, co skwitował krótkim wpisem na swoim Facebooku: Usatysfakcjonowany! My patrząc na jego tegoroczną postawę jesteśmy zbudowani, bo mimo tego, że nasz reprezentant nie pokazał jeszcze pełni swoich możliwości, to już teraz wygrywa międzynarodowe mityngi i jest wiodącą postacią skoku o tyczce.

    Lisek w Londynie będzie bronił brązowego medalu zdobytego na mistrzostwach świata w Pekinie. Przed tamtymi zawodami tylko raz pokonał wysokość powyżej 5,80 (5,82), a zdarzały mu się też konkursy, w których musiał zadowolić się marnym 5,40. Dziś jest o wiele mocniejszym zawodnikiem, w międzyczasie przywiózł do domu brąz Halowych Mistrzostw Świata i jest mistrzem Europy. Rekordzistą Polski, który po mału wyrasta na gwiazdę rodzimej lekkoatletyki. Czy to będzie jego sezon? Ptaszki ćwierkają, że tak się właśnie może stać.

    Komentarze