Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Legia męczennikiem Ekstraklasy? W Warszawie mają rację i… krótką pamięć

Czy kibice Legii Warszawa zostali skrzywdzeni, kiedy w praktyce zabroniono im wejść na stadion Jagiellonii? Tak, zostali. Czy decyzja o tym, by piłkarze stołecznego klubu odbierali medale i puchar za ewentualne zwycięstwo w lidze nie na stadionie Lecha, a w środku nocy w Warszawie jest idiotyczna? Zdecydowanie. Czy Legia jest niczym biblijny Lot, „jedynym sprawiedliwym w mieście”, to znaczy w ekstraklasowym bagienku? No właśnie…

Dzisiaj podczas rozmowy z przedstawicielami Ekstraklasy oraz Lecha Poznań jako Legia Warszawa zaproponowaliśmy rozegranie niedzielnego meczu w Warszawie. Rozwiązałoby to „problem” ewentualnej ceremonii – napisał na Twitterze Jarosław Jankowski. Wyważona mieszanka szydery i powagi w parze z idealnym czasem i tematem stworzyła świetny żart z Ekstraklasy i znakomitą szpilkę w kierunku Lecha. Niektórzy nie złapali dowcipu i zaczęli się pieklić, zupełnie niepotrzebnie.

Dowcip był dobry, bo czymże innym, jak tylko nieudanym żartem była decyzja o przeniesieniu fety za mistrzostwo z boiska przy Bułgarskiej na Łazienkowską?

Dodajmy, że piłkarze będą musieli się przebrać, dojechać na lotnisko, dojechać z lotniska do klubu, znów się przebrać. Wypadałoby też, by na fetę zdążyli ci, którzy wybiorą się na mecz do Poznania. W takiej sytuacji coś może wypaść, opóźnić się… Cała operacja zakończy się na pewno po północy.

Paweł Zarzeczny odpowiedział przemęczonemu „niedzielą, godziną 17 i pogodą niedopisującą do gry w piłkę” Piotrowi Ćwielągowi, że najlepiej grałoby mu się właśnie o północy. Dodał, że przy wyłączonych światłach. W podobnej scenerii, pod osłoną gwiazd będzie – jeśli nie przegra z Lechem Poznań – cieszyć się z mistrzostwa warszawska Legia. Ukradkiem, po cichu, gdy prawie wszyscy pójdą już spać. Jak w totalitarnym państwie, w czasach konspiracji.

To chore. Tak jak obrzucanie błotem kibiców Lecha, którzy zostali uznani za winnych całej sytuacji, choć… nie zdążyli jeszcze nawet przyjść na stadion. Wielu pewnie wciąż nie kupiło biletów, jeszcze inna część całkowicie zrezygnowała z tego, by oglądać przegrany na każdym polu zespół, którego prawdopodobnie czeka czwarta porażka z rzędu na własnym stadionie w kluczowej fazie sezonu. Większość, jeśli już na Bułgarską zawita, to po ostatnim gwizdku – w przypadku braku zwycięstwa – pewnie trybuny opuści. Kto chciałby patrzeć na to, jak cieszy się największy wróg? Czy w Poznaniu jest aż tylu masochistów? O całej sprawie szerzej pisaliśmy TUTAJ.

Swoją drogą, czy Legia Warszawa ma stuprocentowe, moralne prawo do tego, by szydzić i wbijać szpilki?

Napisaliśmy wyżej, że ma rację, ale z drugiej strony nie widzimy nawet odrobiny pokory w zachowaniu tak klubu, jak i jego kibiców. Powinna się pojawić tym bardziej, że warszawski klub ma swoje za uszami. Brak kibiców przyjezdnych to powinien być już relikt przeszłości, wpisany do podręczników jako przykład odpowiedzialności zbiorowej (chorej samej w sobie) oraz nieefektywnego karania kibiców. „Sztuczki” Jagiellonii Białystok z remontami, barierkami i flagami to niskich lotów żart, nieprzystający do XXI wieku. Jednak jeśli widzimy belkę w białostockim oku, powinniśmy zobaczyć także drzazgę we własnym.

Pod osłoną nocy będzie – jeśli nie przegra z Lechem Poznań – cieszyć się z mistrzostwa warszawska Legia. Ukradkiem, po cichu, gdy prawie wszyscy pójdą już spać.

28 października 2012 roku kibice gliwickiego Piasta udali się do Warszawy na pojedynek z Legią, spełniając wszelkie wymagania związane z takim wyjazdem. Na miejscu okazało się, że jednak nikt fanów Piasta nie zamierza w ogóle wpuścić na teren stadionu. Powód? Znany chyba tylko dyrektorowi do spraw bezpieczeństwa.

Od ściany odbili się również kibice innych klubów: zamykano sektor gości dla Polonii Warszawa czy Widzewa Łódź, a w marcu 2013 roku postanowiono nie wpuścić blisko 1500 kibiców Górnika Zabrze. To znaczy wpuszczano, ale w ultraślimaczym tempie – w ciągu dwóch godzin na sektor weszło 240 kibiców, którzy wraz z pierwszym gwizdkiem – w geście solidarności z kibicami przed stadionem – solidarnie opuścili trybuny.

Zbyt odległe czasy? Okej, weźmy pod lupę sytuację sprzed kilku miesięcy. Na stadionie Legii nie meldują się fani Cracovii, bowiem klub z Łazienkowskiej nie zgodził się na to, by wpuścić do sektora gości sympatyzujących z „Pasami” kibiców Polonii Warszawa. 150-osobowej grupy fanów „Czarnych Koszul” nie wpuszczono do sektora gości również na mecz Legii z Sandecją Nowy Sącz.

Sprawa nie wygląda zero-jedynkowo również jeśli chodzi o koronację mistrzowską.

W ubiegłym roku szansę na to, by zdobyć tytuł w Warszawie miała w ostatnim meczu Lechia Gdańsk. Ekstraklasa SA potwierdziła jednak, że puchar wraz ze złotymi medalami miała odebrać na Pomorzu. Podobnie miało być w 2014 roku w starciu stołecznego klubu z Lechem Poznań – „Kolejorz”, gdyby spotkanie 1 czerwca decydowało o tytule, fetę za wygranie ligi musiałby przenieść do stolicy Wielkopolski.

Nie chcemy przywoływać lat zamierzchłych, kiedy to w 2004 roku zrywano medale Lecha za zdobycie Pucharu Polski, rzucano kamieniami w świętujących „majstra” na Łazienkowskiej Wisłę Kraków (2001) oraz Widzew Łódź (1996, 1997). Swoimi „przebojami” podzielił się również Czesław Michniewicz, który Ekstraklasę na pierwszy miejscu ukończył w 2007 roku z Zagłębiem Lubin:

Jako przykład podaje się „skuteczne” fety za zdobycie Superpucharu Polski, ale umówmy się: w Legii nikt nie traktował tego trofeum poważnie, nikomu na trybunach oczy na wierzch ze złości nie wyszły. Raczej traktowano to jako element przygotowań do sezonu, mecz towarzyski z fajną nagrodą, będącą jednak – niczym Puchar Ekstraklasy według Franciszka Smudy – „pucharem pasztetowej”. Legia ma rację, punktując i piętnując kompromitujące decyzje Jagiellonii, Lecha czy Ekstraklasy. Stawianie się w roli męczennika przez wielu kibiców to jednak spore nadużycie.

Wygląda to tak, jakby złodziejowi okradziono dom, a ten żalił się publicznie najgłośniej od dawien dawna. Nikt nie ma wątpliwości, że są to pretensje uzasadnione. Wzbudzają jednak delikatną konsternację, bo „nie pamięta wół, jak cielęciem był”. Albo inaczej: nosiła Legia razy kilka, ponieśli i Legię…