Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Kuriozalny pomysł FIFA dotyczący cen transferów. Jak za komuny…

Zapachniało socjalizmem w światowej federacji piłkarskiej. Gianni Infantino wpadł na pomysł, którego nie powstydziłby się Karol Marx, Włodzimierz Lenin czy Wojciech Jaruzelski. Nowy prezydent FIFA zamierza znieść wolny rynek transferowy i narzucać ceny, za jakie klub będzie mógł kupić piłkarza.

Nie, to nie jest żadne „Mamy Cię!”, dziś nie jest 1 kwietnia i to nie jest zmyślony news z ASZDziennik. FIFA chce mocnej ingerencji w system transferowy i zamierza wprowadzić rewolucję. Przede wszystkim ma zostać opracowany specjalny algorytm, który obliczałby opłaty za transfer. Powstałby wzór, który ujawniałby cenę, za jaką klub może kupić piłkarza.

To kolejny, po Finansowym Fair Play poroniony pomysł światowej federacji piłkarskiej, która zamiast zwiększać przychody w piłce – wkłada klubom kij w szprychy.

Jak czytamy pomysły Gianniego Infantino to łapiemy się za głowę i nie wierzymy, że ktoś mógł wpaść na coś podobnego. Ceny w ostatnich latach są bardzo wysokie, więc będzie je obliczał specjalny wzór? Przecież to jakiś nonsens. Każdy piłkarz jest warty tyle, ile za niego chce zapłacić klub, a nie tyle, ile wyliczy algorytm. Tym bardziej, że idea ustalania cen „z góry” ceny poniosła sromotną klęskę w historii świata.

Czy ten wzór będzie brał pod uwagę, że dla jednego klubu ktoś może być warty więcej, ale w drugim miejscu się kompletnie nie odnaleźć? Co z sytuacją, w której wzór zawyży wartość rzeczywistą piłkarza? Zawodnik nie będzie mógł zostać sprzedany, bo nikt nie zapłaci za niego tyle, ile wynosi transfer według smutnych panów ustalających ceny na rynku. Jak w czasach komuny…

Gdyby ktoś miał wątpliwości, że wolnorynkowe zasady w piłce nożnej są w poważnych tarapatach – podrzucamy kolejny pomysł prezydenta FIFA, a mianowicie: podatek „od luksusu”. „Nadmierne” (według kogo?) wydatki na transfery miałyby zostać opodatkowanego, a zebrane pieniądze trafiłyby do „funduszu solidarności”. Krótko mówiąc: ukradniemy bogatym klubom, które ciężką pracą na boisku i poza nim odniosły sukces, a damy pieniądze za darmo tym, którzy gospodarują nimi na tyle źle, że sukcesu odnieść nie potrafią.

Gdy ten pomysł wejdzie w życie, będzie można nazwać Infantino złodziejem, który w białych rękawiczkach i zgodnie z wymyślonym przez siebie prawem okrada kluby piłkarskie.

Już w momencie, gdy przestawał być „łysym od kulek” i zaczął ubiegać się o schedę po Seppie Blatterze mówił, że chce „uzdrowić chory rynek”. Tak naprawdę jednak jego planem jest bohaterskie rozwiązanie problemu, który… nie istnieje.

Czy kwoty transferowe są chore? Jeśli jeden klub za cenę X chce sprzedać piłkarza, a drugi klub zgadza się i płaci – nie widzimy miejsca, w którym z butami mógłby wejść Infantino. Tym bardziej, że pieniądze przeznaczone na zakup piłkarza nie wyparowują w powietrzu, tylko zostaną w innym klubie. Southampton kupujący Bednarka za 6 milionów euro pomógł Lechowi dużo bardziej, niż kiedykolwiek pomoże jakiś fundusz niby-solidarnościowy. Jedni chcieli sprzedać, drudzy kupić, a trzeci – odejść. Jak to mówią: wilk syty i Manchester City. Wszyscy zadowoleni.

„Naprawa” rynku transferowego, który podobno popsuł się w ostatnim czasie, to jeden z największych nonsensów w obecnym futbolu. Kluby więcej wydają między sobą, bo większą gotówką dysponują. Dwadzieścia lat temu FC Barcelona, Juventus, Liverpool czy Milan miały budżet na poziomie ok. 50 milionów funtów. To mniej więcej tyle, ile w ubiegłym roku miała… Legia Warszawa. Teraz Barcelona może się pochwalić budżetem w okolicach 900 milionów euro.

Nikt nie narzeka – oprócz włodarzy obecnego futbolu, którzy po zamachu na mundial, Euro czy finał Ligi Mistrzów, chcą przeprowadzić zbrodnię transferową.

Nikt nie narzeka, bo wszystkim wpływy rosną. Klubom, piłkarzom, a także sponsorom, którzy się przy piłce reklamują. Nie ma żadnego powodu do naprawy, bo nic się nie popsuło. Jeśli zarabiasz 500 złotych to kupujesz parówki za 5 złotych. Jeśli zarabiasz 5000 złotych, możesz zjeść obiad za 50 złotych…

FIFA oburzyła się transferem Neymara za 222 miliony euro. Dlaczego? Czy powodem do złości jest fakt, że bogaty szejk chce wpompować mnóstwo pieniędzy do piłki zamiast kupić kolejny jacht? Dzięki temu, że PSG kupi Krychowiaka, zarobi Sevilla. Taka Sevilla będzie mogła kupić kolejnego Krychowiaka, na przykład Szymańskiego z Wisły Płock. „Nafciarze” (nomen omen) kupią kogoś z zaplecza ekstraklasy, pierwszoligowca zasili ktoś z trzeciej ligi, do której to powędruje ktoś z okręgówki… Kasa od szejka w Izolatorze Boguchwała? To możliwe. Ale znacznie mniej przez Finansowe Fair Play, a teraz także chore pomysły nakładające kajdany na ręce klubów.

Klubów, które wydają pieniądze coraz rozsądniej bo wiedzą, że bezmyślne transferowe eldorado do niczego nie prowadzi. Kilkanaście lat temu piłkarze byli ściągani za 30 milionów euro, ale – abstrahując od inflacji – to była znaczna część budżetu. Szastanie małą kasą to wciąż szastanie. Jakim grzechem jest ściągnięcie kogoś za 100 milionów, gdy zarabia się 900? Żadnym. Jest dobrym uczynkiem, bo transakcja, na której skorzysta klub kupujący jest dobra również dla sprzedającego. Jeden ma piłkarza, drugi pieniądze. Proste? Oczywiście, że tak. Szkoda, że nie dla wszystkich, a zwłaszcza dla tych, którzy rządzą piłką. Pytanie, czy oni tego nie wiedzą, czy może nie chcą wiedzieć?