Krzysztof Ignaczak: Z dużej chmury, mały deszcz

Przed nami decydujące starcia półfinałowe PlusLigi. Niestety, te pierwsze mecze można chyba najlepiej podsumować tytułem tego felietonu. Spodziewałem się czegoś zupełnie innego, myślę zresztą że podobne oczekiwania mieli eksperci i kibice. Liczyliśmy zgodnie, że będą to spotkania pasjonujące, bardziej wyrównane i zawierające mnóstwo dobrej siatkówki.

Zamiast tego oglądaliśmy dwa szybkie starcia, w których na dobrą sprawę tej wielkiej gry było jak na lekarstwo. Chcieliśmy dramaturgii, a był dramatyczny poziom dwóch drużyn, które nie dźwignęły chyba ciężaru odpowiedzialności. Czy w rewanżach będzie równie lekko, łatwo i przyjemnie, czy może wreszcie doczekamy się walki i tego, co tygryski lubią najbardziej?


Czy ZAKSA Kędzierzyn-Koźle i PGE Skra dokończą z łatwością dzieła? Szczerze mówiąc trudno uwierzyć w to, by Jastrzębski i Asseco Resovia w zaledwie kilka dni odbudowały mistrzowską formę. Po obu tych ekipach spodziewałem się zdecydowanie więcej, jastrzębian obstawiałem nawet jako potencjalnego czarnego konia tych play-offów.

Ale na boisku okazało się, że sprytny lis Ferdinando ich przechytrzył, tak dokręcając śrubę swojej drużynie, że forma przyszła w odpowiednim momencie.

O tej śrubie wiem od moich kolegów i przyjaciół z boiska, którzy opowiadali, że ostatnio faktycznie mocno popracowali nad siłą. I stąd wzięła się ich wyraźna porażka w ligowym meczu w Rzeszowie, po którym pojawiły się już wnioski, że ZAKSA się nie podniesie. Okazało się, że ciężkie treningi pomogły wygrać pierwszy półfinał w Jastrzębiu-Zdroju.

Ale moim zdaniem, ważniejszy od samych przygotowań mistrzów Polski był po prostu pierwszy set meczu w Jastrzębiu. Przecież lepiej go rozpoczęli gospodarze, przeważali, mieli cztery punkty przewagi. Po spotkaniu dowiedziałem się, że mistrzowie byli gotowi na taki scenariusz, szykowali się, by przetrzymać pierwsze strzały, a potem ruszyć do kontrataku. A jastrzębianie musieli pokonać nie tylko ZAKSĘ, lecz głównie swój strach i swoje ograniczenia.

Ekipa trenera Lebedewa, która grała fantastycznie przez cały sezon zasadniczy, zawiodła jak na razie w jednym, lecz kluczowym półfinałowym spotkaniu. W moim odczuciu zżarły ich własne oczekiwania, własne chęci.

Powinni byli grać z uśmiechem na twarzach, tymczasem na ich obliczach było widać presję, oczekiwania wobec siebie, a to wszystko ich w tym momencie przerosło. Sprytne lisy z Kędzierzyna wykorzystały ten moment słabości, a na pewno pomógł im w tym fakt, że większość z nich zna już smak walki o medale, czy o złoto. Po drugiej stronie tacy gracze, jak Maciek Muzaj czy Kuba Popiwczak po raz pierwszy w życiu mieli możliwość walczyć samemu o największe cele i to było widać. Trzeba też jednak dodać, że ZAKSA zagrała jak przystało na wielkich mistrzów. Niczym bokser, który wytrzymał falę uderzenia w pierwszym secie, gdy rywal okładał go pięściami. Potrafili się umiejętnie zasłonić, przeczekać nawałnicę, a później wypunktować rywali.

Żałuję tylko tego, że nie było to bardziej wyrównane spotkanie, które mogłoby stać się wizytówką naszej ligi. Patrząc na obecny system play-off, który nie wybacza wpadek, to jastrzębianom będzie bardzo trudno wrócić do gry w Kędzierzynie.

12

Komentarze