Krzysztof Ignaczak: Trampki Polsportu, a siatkówka w 2040 roku

    Niedawno obchodziliśmy 122. urodziny naszej ukochanej dyscypliny, czyli siatkówki. Postanowiłem więc trochę powspominać (oczywiście nie jestem aż tak stary, by pamiętać 1895 rok i tatę siatkówki – Williama G. Morgana), zastanowić się w jakim miejscu znajduje się dziś polska siatkówka, a w jakim była w mojej młodości. Pewnie od czasów pana Morgana mamy do czynienia ze zmianą niemal wszystkiego, jednak i w ostatnich trzydziestu latach doszło do rewolucyjnych zmian.


    Pamiętam z dzieciństwa sytuację mojego ojca, który grał w siatkówkę zawodowo. To jednak oznaczyło coś trochę innego niż dzisiaj. Wtedy mój tato oprócz grania i trenowania był jeszcze zatrudniony w kopalni. Może nie pracował w niej tak ciężko, jak inni pracownicy, musiał jednak łączyć granie z pracą.

    To pierwsze co przyszło mi na myśl, drugie to sprzęt jakim wtedy grano. Dziś młodzież ma do wyboru i koloru, buty, stroje, wszystko. Dawniej posiadacz chińskich trampek był uważany za szczęśliwca i grał w nich przez kilka sezonów.

    Rarytasem były kapcie z Polsportu, czy Rucanora. Pamiętam też, jak mama za pomocą kalkomanii przyklejała tacie numery na koszulkę, a jeszcze wcześniej te numery były po prostu przyszywane. Piłki były nie na jeden jak dziś, a na kilka dobrych – z białych przybierały różne odcienie szarości.

    Przypomniało mi się także z Wałbrzycha, że gdy mała hala wypełniała się po brzegi kibicami, to było tak gorąco, że para wodna skraplała się na suficie i kapała na parkiet. Wtedy niektórzy z graczy musieli grać bez butów, tak było ślisko… (chyba od tego wzięło się powiedzenie z bosonogim Chełmcem).

    Ale to już tylko odległe wspomnienia, nie mające nic wspólnego ze współczesną siatkówką w naszym kraju. Nie tylko nikomu nie brakuje sprzętu, lecz do sportu weszło coraz więcej maszyn, które pomagają w treningu, czy też w utrzymaniu kondycji lub odnowie biologicznej. Do tej pory „maszyną” były płotki, które raczej zabierały zdrowie niż pomagały. To zupełnie inny świat, bo dziś w PlusLidze nikogo nie dziwią mecze grane w Atlas Arenie, Ergo Arenie, Spodku czy Torwarze. Dawniej standardem były hale typu „nyskiego kotła”. W nim „teatralna” publika mocno dawała się we znaki. Obecnie jako profesjonalna liga weszliśmy można powiedzieć na salony, na co dzień grywamy w pięknych obiektach.

    Komentarze