Krzysztof Ignaczak: Resovia ma szansę zapomnieć o kryzysie

Starcie Asseco Resovii z PGE Skrą Bełchatów w każdym z nas, kibiców polskiej siatkówki, wzbudza dodatkowe emocje. A we mnie jeszcze bardziej szczególne – w obu tych ekipach przeżywałem wspaniałe chwile i spędziłem kawał czasu. W Bełchatowie wywalczyłem z chłopakami trzy mistrzostwa Polski, trzy Puchary Polski, podobnie było w Rzeszowie, z którym poza fantastycznymi wynikami w kraju, udało nam się także pokazać w Europie. Dla mnie to zatem wyjątkowy mecz, nie będę też udawał bezstronnego – bliższa mojemu sercu jest Resovia, to w niej spędziłem dziewięć lat, jestem mieszkańcem Rzeszowa. Razem z tymi wszystkimi wspaniałymi graczami, kibicami i panem Adamem Góralem udało się stworzyć coś, czego na pewno nie musimy się wstydzić, a raczej daje nam i polskiej siatkówce powody do dumy.


Od samego początku, gdy przyszedłem do Resovii, starcia ze Skrą miały dla mnie w sobie coś dodatkowego. Oczywiście trochę musieliśmy się naczekać, by mieć szanse na zwycięstwo w tej walce, ale moje obietnice się spełniły. Pamiętam, że odchodząc z Bełchatowa powiedziałem prezesowi Konradowi Piechockiemu – z którym zresztą do dziś utrzymujemy dobre stosunki – żeby nie czuł się tak pewny swego. Mówiłem, że kiedyś odbiorę mu tytuł mistrza Polski, gdyż zaczynamy w Rzeszowie budować coś fajnego i że nam się uda ta budowa. 

Foto: przegladsportowy.pl

Trochę to trwało, choć chyba wyszło nie najgorzej, skoro jeszcze pod wodzą Ljubo Travicy wywalczyliśmy srebro, choć nikt nas nie stawiał do roli faworyta do medalu. Rozumieliśmy też, że to jeszcze nie była chwila na detronizację Skry, że wyżej wała nie podskoczysz. Lata leciały aż w 2012 roku, gdy wreszcie doczekaliśmy się złota! Ono smakowało wyjątkowo, bo zwyciężyliśmy w nich ligowego potentata – PGE Skrę. Wtedy pamiętam, że przypomniałem prezesowi Piechockiemu moją wcześniejszą obietnicę. Po tym sezonie starcia Resovii ze Skrą okrzyknięto mianem świętej wojny.

12

Komentarze