Krzysztof Ignaczak: Czas pożegnań i nowego życia

    Wraz z końcem sezonu PlusLigi zakończyła się także przygoda ze sportem dla wielu niezwykle ważnych ludzi polskiej siatkówki. Mieliśmy prawdziwy wysyp kończenia karier, bo buty na kołku wieszają takie legendy, jak Piotrek Gacek, Paweł Zagumny, czy Michał Winiarski. Poza wielkim talentem sportowym tych wszystkich ludzi, z którymi miałem przyjemność być w jednej drużynie, łączą ich miłość do siatkówki i wspaniałe sukcesy w biało-czerwonych barwach. I aż się łezka kręci w oku…


    Kim dla mnie osobiście byli ci fantastyczni goście? Guma nauczył mnie spać spokojnie i prawie nie oddychać. Wiecie przecież, że Paweł miał wyjątkowo czujny sen, więc dosłownie wszystko mu przeszkadzało – spał w „klapkach” na oczach, a mimo tego zaklejał czerwone diody świecące się w trybie czuwania w hotelowych telewizorach. Słuch delfina powodował, że czasem trafiałem do lepszych pokojów, bo pierwotnie byliśmy zbyt blisko windy. Robiono dosłownie wszystko, by Paweł się wyspał, bo gdy był niewyspany… Może tak nie wygląda, ale gdy był zły, to wszyscy chodzili na paluszkach.

    Winiar, to był z kolei najlepiej śpiewający siatkarz, jakiego w życiu spotkałem i chyba największy kawalarz. Plastry na plecach i miliony innych żartów, to były jego wizytówki.

    Gato? Spędziliśmy wiele godzin nie tylko w sali, ale i poza nią. Mieliśmy mnóstwo wspólnych przygód i to wcale nie tylko związanych z siatkówką.

    To, co jest przed nimi, sam przerabiałem po poprzednim sezonie. Zastanawiałem się, jak to będzie bez zawodowego grania, czy będzie mi brakowało takiej siatkówki? Mimo, że pozostałem przy niej blisko, oglądam ją z pozycji komentatora telewizyjnego, to jednak w wielu momentach zazdrościłem tym, którzy jeszcze grają. Ale czas płynie nieubłaganie, zegar tyka, więc myślę, że tak jak moja, decyzje chłopaków były dobrze przemyślane.

    Całej trójce możemy już podziękować za sukcesy, które osiągali, a my mogliśmy je oglądać w telewizorze. Ja tak samo jak wy, tylko patrzyłem w szklane okienko choćby na mistrzostwa świata w Japonii, gdy ta cała trójka świętowała wicemistrzostwo. Piotr poleciał, ja siedziałem w domu. Ale trudna rywalizacja za Raula Lozano ani trochę nie naruszyła naszej przyjaźni. Bywało tak, że siadając przy piwie opowiadaliśmy o presji, jaka na nas ciąży, i że gdy na treningach zbliżała się do nas piłka, to momentami widzieliśmy na niej twarz Raula, która zaczynała krzyczeć „cazzo!!!!”, bo nie dograłeś piłki.

    Komentarze