Krzysztof Głowacki: „Ułożyć pasjansa i znów zostać mistrzem świata!”

Krzysztof Głowacki to ostatni polski mistrz świata w boksie zawodowym i być może przyszły champion wagi junior ciężkiej. Wystarczy, że w ćwierćfinale prestiżowego turnieju World Boxing Super Series 11 listopada pokona Rosjanina Maksima Własowa w walce o tymczasowy pas mistrzowski.

Bartłomiej Stańdo; Nie sposób nie zacząć rozmowy z tobą od pytania o zdrowie. Zwłaszcza przed tak ważną walką.

Krzysztof Głowacki: Bardzo dobrze, dziękuję. Choć wolę, gdy ktoś nie pyta, bo jak chwalę to się coś może stać, odpukać!

Okej, nie było tego. Zapytam o to Własowa.

– Tak, jego można śmiało pytać! 

W takim razie: jak po ostatniej walce?

– Tak naprawdę to… nie było walki. Miałem ogromną chęć poboksować, byłem bardzo dobrze przygotowany i może to dziwnie zabrzmi, ale trochę szkoda, że wygrałem tak szybko. Chwilę poboksowaliśmy i było po wszystkim. Nie ma jednak sensu mówić o tym, co było wcześniej, jak teraz czeka nas coś pięknego.

Jeszcze piękniejszego niż się spodziewaliśmy, bo oprócz ćwierćfinału World Boxing Super Series jednocześnie zawalczysz o mistrzostwo świata. Noc z soboty na niedzielę doceniasz pewnie tym bardziej, że za tobą niezbyt dobry okres bez wielkich walk.

– Kiedyś powiedziałem na waszych łamach, że polski boks to czarna magia i tak naprawdę nie wiemy, po co trenujemy. Teraz wszystko jest jasne i klarowne: przede mną ćwierćfinał, walka o pas tymczasowego mistrza świata z nadzieją na pełnoprawnego, później ewentualnie półfinał i finał. Wszystko jest jasne: z kim walczysz, z kim będziesz walczyć jak wygrasz i tak dalej. Nic tylko trenować, zasuwać, wyciągać wnioski z poprzednich pojedynków i wygrywać. Można się skupić po prostu na boksie, czyli czymś, nad czym najbardziej lubię się skupiać. Nie na domysłach, propozycjach, negocjacjach… Tylko kwadratowy ring otoczony linami, sędzia, ja i przeciwnik. To jest to, co lubię najbardziej.

Zanim jednak przyjemności, czyli sama walka, trzeba przejść przez żmudny okres przygotowań przed walką. Jak nie zanudzić się na śmierć?

– Trudne pytanie, bo problem jest taki, że pracujemy tak ciężko, że później nie masz na nic sił. Jesz, śpisz, trenujesz, jesz, śpisz, trenujesz… Czas leci bardzo, bardzo szybko. Budzisz się i wstajesz z kolką, zmęczony, po treningu i jedzeniu krótka drzemka, znów trening i właściwie można iść do łózka spać. Dni lecą bardzo szybko. Nie ma nawet kiedy narzekać na nudę czy monotonność.

Rocky w legendarnej serii filmów naklejał przed walką zdjęcia swoich rywali, między innymi Ivana Drago. W łazience Krzysztofa Głowackiego znalazł się wizerunek innego Rosjanina, Maksima Własowa?

– Uwielbiam filmy z Rockym, ale akurat Własowa na lustrze nie mam. Wystarczy, że oglądałem z trenerem Fiodorem Łapinem mnóstwo jego walk. Mamy go rozpracowanego. Pracowaliśmy naprawdę długo nad taktyką na treningach. Najważniejsze jest teraz tylko to, by wyjść do ringu i przygotowany przez nas plan wykonać. 

Gdy rozmawialiśmy przed ostatnią walką mówiłeś, że najwięcej czasu pracowaliście nad nogami. Coś się zmieniło?

– Teraz było różnie. Nie mogę zdradzać szczegółów, ale pewnie je zobaczysz 11 listopada.

To wyjątkowa data. Polak walczy z Rosjaninem o mistrzostwo świata w zawodowym boksie w dniu 100-lecia niepodległości Polski. Można powiedzieć, że to starcie rozpocznie obchody…

– Tak się złożyło, że akurat będzie szansa odzyskać pas mistrza świata w naprawdę wyjątkowych okolicznościach, bo w wyjątkowym dniu. Super! Jestem patriotą, kocham swój kraj i zawsze to podkreślam, dlatego ma to duże znaczenie dla mnie. Ta wygrana będzie smakowała jeszcze bardziej z tego powodu. Wygrać na stulecie niepodległości? To byłoby coś pięknego.

W dodatku walczysz z Rosjaninem, czyli przedstawicielem kraju, który odznaczył się w historii Polski. Żyjemy w innych czasach, ale pamiętasz pewnie gest Kozakiewicza w Moskwie. Nie spodziewamy się powtórki z tamtych igrzysk, ale być może Krzysztof Głowacki też planuje czymś zaskoczyć? 

– (śmiech) Nie, nie będę niczego pokazywał. Właściwie nie myślałem nad tym, jak uczcić ten dzień tuż przed walką. Skupiam się tylko i wyłącznie na niej, nie nad otoczką. Nie jestem kimś, kto się przebiera, krzyczy, robi show… To nie dla mnie. Chcę wyjść, zaboksować swoje, wygrać w pięknym stylu i tyle. Dla siebie, ale też dla Polski. 

Zawsze wolałeś robić niż mówić. Dobrze, że wreszcie wracasz walczyć na najwyższym poziomie, bo w ostatnim czasie trzeba było więcej rozmawiać niż działać.

– Jak powiedziałem, robienie show raczej nigdy mi nie leżało, dlatego się cieszę, że wreszcie jestem na swoim miejscu. Treningi, wielkie walki, ciężka praca – to mój świat. Wiadomo, że lepiej byłoby, gdybym był gwiazdą Facebooka czy królem telewizji. Ostatnio namówili mnie na to, bym nagrał jakiś krótki filmik, wrzucił na media społecznościowe. Robię to, próbuję, staram się. Przede wszystkim dla kibiców i sponsorów. Takich jak Blachy Pruszyński, gdzie byłem przed wylotem na spotkaniu z właścicielem Krzysztofem Pruszyńskim i szefem działu marketingu Małgosią Lubczyńską. Obiecali, że przyjadą na finał – wierzą bowiem, że w nim wystapię.  Wracając do social mediów… Zdaję sobie sprawę, że trzeba iść z biegiem czasu, ale nigdy nie będę Kubą Wojewódzkim. Myślę, że kibice o tym wiedzą i szanują chociaż to, że się staram i próbuję. Na pewno muszę wygrać, wtedy będzie można dużo mówić. Dopiero wtedy. Najpierw wyniki, później gadanie. 

Na drodze stoi Maksim Własow. Jaki to przeciwnik?

– Na pewno bardzo niewygodny. Zadaje dużo ciosów i są to ciosy precyzyjne, zwłaszcza prawą ręką. Dobrze chodzi na nogach, schodzi z linii ciosów… Jest niewygodnym rywalem bez dwóch zdań, ale mam nadzieję, że znalazłem na niego receptę.

Dlatego też walczyłeś ze sparingpartnerami o podobnych parametrach.

– Dokładnie tak, to były bardzo trudne sparingi. Przeciwnicy na pewno lepsi od ostatniego mojego rywala, nie oszczędzali mnie ani trochę. Duże zmęczenie. Po przylocie do Stanów Zjednoczonych też wiele sparowałem na dobrym poziomie, oby to przyniosło oczekiwane efekty. Nie chcę dużo mówić o tym, jak będzie wyglądała ta walka, bo wiadomo, że wszystko weryfikuje ring. Wolę pokazać, na co mnie stać 11 listopada.

Jak w tym przysłowiu, które pewnie Własow doskonale zna: tiszej jediesz dalsze budjesz, czyli ciszej jedziesz – dalej zajedziesz…

– Co z tego, że ktoś pięknie opowiada przed walką o swojej formie, jak później słowa nie przekładają się na czyny? Podchodzę do tego inaczej. Jeśli chodzi o walkę: na pewno chcę ją poprowadzić mądrze. Na pewno nie będę na wariata szedł w pierwszych rundach, byleby znokautować. Chcę boksować mądrze i wygrać w dobrym stylu.

Mateusz Masternak mówił w wywiadach, że Własow to jego były sparingpartner i zna go dość dobrze, wypił z nim piwo. Podpowiadał coś przed walką?

– Nie rozmawiałem z Mateuszem o Własowie. Wiadomo, że to było już jakiś czas temu. Teraz Maksim jest innym zawodnikiem. Ja też jestem innym pięściarzem, niż byłem nawet przed ostatnią walką, więc nie ma o co wypytywać. Oglądałem jego walki i wiem mniej więcej, jak boksuje, ale też zdaję sobie sprawę, że będzie innym zawodnikiem niż w tym walkach. Dlatego ważne jest, by oprócz analizowania rywala skupić się też na sobie.

Jak w ogóle wyglądają relacje na linii Masternak-Głowacki?

– Dobrze. Znam się z nim od najmłodszych lat, jeździliśmy na kadrę juniorów, byliśmy razem na obozach… Coś tam się po drodze pojawiło, były jakieś utarczki, ale nic poważnego, naprawdę. Życzyłem mu dobrze w walce z Dorticosem.

Życzyliśmy sobie wszyscy polskiego finału WBSS, ale niestety swój ćwierćfinał Mateusz przegrał. Czego zabrakło?

– Może troszeczkę siły, siły uderzenia? Może takiej woli zwycięstwa, gdy Dorticos miał słabszy moment? W środkowych rundach Kubańczyk trochę siadł, być może Mateusz mógł zaryzykować i ruszyć na niego? Czegoś na pewno zabrakło. Szkoda.

Nie udało się Masternakowi, w poprzedniej edycji przegrał Krzysiek Włodarczyk. Wygląda na to, że tylko ostatni polski mistrz świata może znów nim zostać. Głowacki zdejmie klątwę Głowackiego?

– Tylko Głowacki może to zrobić! (śmiech) Akurat tak się zdarzyło, że w najbliższym czasie tylko ja będę miał na to szansę. Mamy wielu zawodników, którzy w przyszłości mogą powalczyć o pas mistrza świata: Sulęcki, Czerkaszyn, Szeremeta i można byłoby tak wymieniać, ale ja mogę to zrobić najszybciej. Czuję z tego powodu jakąś presję, ale nie biorę za bardzo do głowy, podchodzę spokojnie i będę po prostu robił swoje. Nie udało się Masternakowi, nie udało się Włodarczykowi, no to do trzech razy sztuka i „Główka” wygrywa!

Dwóch innych polskich pięściarzy zmierzy się właściwie tej samej nocy ze sobą w dość głośnej walce. Na kogo byś postawił? Szpilka czy Wach? 

– Wiesz, że nie stawiam i nie bawię się w hazard, bo wybitnie nie mam do tego szczęścia ani chęci, ale jakbym miał się zabawić w typowanie to postawiłbym na Szpilkę. Wiadomo, że waga ciężka to zawsze ryzyko – jeden cios, który cię ścina i koniec walki. Myślę jednak, że Artur jest dużo lepszym pięściarzem. Jeśli będzie mądrze boksował, chodził na nogach to jest zdecydowanym faworytem.

Powiedziałeś, że czujesz małą presję z tego powodu, że możesz najszybciej ze wszystkich Polaków sięgnąć po pas. Jak w ogóle radzisz sobie z presją?

– Nie robię żadnych ćwiczeń ani nic w tym stylu. Najważniejsza jest walka i myślę tylko o niej. Nieważne jak bardzo mocny jest przeciwnik – to nie chodzi mi po głowie. Wmawiam sobie, że jestem najlepszy na świecie. Kogo miałby się bać ktoś najlepszy na świecie?

Na pewno w turnieju WBSS ogromną motywacją są pieniądze.

– Jak najbardziej, a już szczególnie te, które można zgarnąć za finał. Na pewno to będzie moje zdecydowanie najwyższe wynagrodzenie w karierze. Nic tylko się cieszyć! Pieniądze szczęścia co prawda nie dają, ale życie bardzo ułatwiają. Po ewentualnym sukcesie nie będę się musiał o nic martwić. Przede wszystkim na razie nie mam swojego dachu nad głową, więc można byłoby pomyśleć nad jakimś mieszkaniem. Nie będziemy przecież z Anią wynajmować mieszkania całe życie, które w Warszawie przecież do najtańszych nie należą. Całe życie też nie będę boksował.

Swoją drogą, w Polsce popularne jest odgrzewanie dawnych pięściarzy.

–  Mam nadzieję, że nie będzie potrzeby odgrzewania mojej „główki” na patelni (śmiech).

To nie jest twoja pierwsza walka za oceanem. Wyleciałeś dwa tygodnie wcześniej, podobnie jak w poprzednich walkach. Który wylatujący Głowacki był przygotowany do walki lepiej: ten obecny czy ten sprzed pamiętnej walki z Marco Huckiem, która dała ci pas?

– Właściwie podobnie jestem przygotowany. Teraz pracowałem równie ciężko, o ile nie ciężej. Na pewno dokładnie tak samo byłem zmęczony w momencie wylotu. Znów wylecieliśmy dwa tygodnie wcześniej, bo to dla mnie idealny czas do aklimatyzacji. Wagowo jeszcze w Polsce miałem przed treningami 200 gram dla siebie, więc wyglądało to bardzo dobrze. Dbają o mnie ciągle – przywożą posiłki, wszystko mam podane jak na tacy, wszystko jest pod kontrolą. To już nie te czasy, gdzie jadłem makaron z kurczakiem. W sumie teraz byłoby to za mało, czuję, że potrzebuję jeść więcej. Chyba się starzeje jednak! (śmiech)

To może już nie „Główka”, a „Głowa”?

– 32 lata to nie tak dużo, ale wiem sam po sobie, że dłużej się regeneruje, dłużej wypoczywam. Ze snem co prawda nie mam problemu, śpię tak samo o stałych porach, w ciągu dnia się regeneruje, robię drzemki… Jest okej.

Co na ten stały i regularny sen kobieta, która zdobi twoje ramię?

 – Wiesz co, akurat teraz przed walką przeprowadziłem się do chłopaków, z którymi zawsze trenuję. Chciałem wrócić na dawne tory, by skupić się maksymalnie na walce. Nie mieszkałem z Anią, więc nie mógł jej mój regularny sen w żaden sposób przeszkadzać. Dla niej to na pewno nowa sytuacja, bo nigdy nie była w związku ze sportowcem. To coś innego, że jej facet na osiem tygodni się wyprowadza do chłopaków, gdzie mieszka tak naprawdę 11 kilometrów od niej. Na pewno było jej ciężko, musiała to zrozumieć, że muszę skupić się na walce.

Mike Tyson też nakładał na siebie celibat przed walkami. To faktycznie pomaga?

– Przygotowując się do walki, a przede wszystkim w jej trakcie, pięściarz musi być agresywny. Jak człowiek ma przy kobiecie za dużo miłości, to już tak agresywny nie jest. Dostrzegam różnicę, jest naprawdę duża. Sam trener Łapin, jak z nim rozmawiałem mówi: „Cieszę się, że jesteś zakochany, że masz Anię, miłość i tak dalej, ale na sali jesteś lelek. Nie wiesz, czy uderzyć, czy pogłaskać”. Dlatego trzeba się odizolować od kobiety przed walką.

Nie kusiło, by się wyrwać choć raz?

– Wiadomo, że są pokusy. Tak samo pojechałbym do dzieciaków z wielką chęcią. Ale wiem, że nie można. Trzeba się trzymać planu opracowanego z trenerami. Jak chce się być mistrzem świata to trzeba się poświęcić. Musi być dyscyplina.

Jak już jesteśmy przy Ani – widać, że „rękaw jeszcze niedokończony.

– Dokładnie, jeszcze kupa roboty przede mną. Na razie jest turniej, więc przez najbliższy rok nie zrobię żadnego tatuażu. Od ostatniej naszej rozmowy dorobiłem jakiś zamek, gargulce koło wilców, ale Ania wciąż jest sama u góry. Później będzie miała skrzydła i będzie aniołem. Ma bardzo dobry wpływ na mnie, świetnie się rozumiemy i dogadujemy ze sobą – może dlatego?

Na dole demony, na górze anioł. Im bliżej „główki” tym lepiej.

– „Główka” pracuje! (śmiech)

Wracając do agresywności pięściarza – może pomogłoby, gdybyście się zdrowo posprzeczali przed treningiem, a godzili po zajęciach?

– Wiesz co, to zupełnie inna złość. Byłbym wkurzony, nie panowałbym nad sobą. To na pewno nie ten kierunek.

Jak wzbudzać prawidłową złość?

– Sama się wzbudza. Czasem oglądam walki przeciwnika, ale też te stare Tysona, motywacyjne filmiki, idę na trening – to całkiem inna złość. Trener Łapin też oczywiście potrafi tak zmotywować, by zęby się sam zaciskały. Przesadzić też nie można, dlatego tuż przed samą walką na przykład zawsze gram w pasjansa. Plan na noc z soboty na niedzielę jest prosty: najpierw ułożyć pasjansa, później zdobyć mistrzostwo świata. Innego scenariusza nie biorę pod uwagę!