Krzysztof Głowacki: To duże przeżycie. Nie życzę tego nikomu

Ostatni polski mistrz świata w boksie zawodowym i jak sam mówi: przyszły champion wagi junior ciężkiej, Krzysztof Głowacki, w rozmowie z nami mówi o błędach, pokusach, hazardzie, przekleństwach, rozwodzie, ostatniej i przyszłej walce. Andrzej Wasilewski w walce wieczoru? Dlaczego narzekał na niego Mateusz Borek? Czy podoba się sam sobie na innym ciele? Dlaczego nienawidzi warszawskiego kotła?

Bartłomiej Stańdo: Tuż po „dzień dobry” wypada dodać od razu: „jak zdrowie”?

Krzysztof Głowacki: Dobrze, dziękuję. Mikrourazy są non-stop, zawsze coś tam się przydarzy, ale nie ma co narzekać i zwalać winę na kontuzje. Tym bardziej, że wszystko teraz jest w porządku. 12 maja walczę w Wałczu, muszę wygrać w dobrym stylu i oby bez poważnych urazów.

Kontrakt na walkę w Wałczu podpisany?

Mamy wstępne uzgodnienia z promotorem Andrzejem Wasilewskim, ale papieru nie podpisaliśmy. Wypada mi wierzyć, że lada chwila podpiszemy kontrakt.

A jeżeli nie?

To walce wieczoru wystąpi… pan Andrzej Wasilewski (śmiech).

Do pojedynku z Silgado przystępujesz w niecodziennych warunkach, bo chyba pierwszy raz w karierze dotknęła cię krytyka. Przed walką z Marco Huckiem byłeś niedoceniany, ale nie krytykowany. Po ostatniej wygranej pojawiły się negatywne głosy.

Starałem się nie czytać żadnych komentarzy, bo później gdzieś to siedzi w głowie. Dziwne myśli przed walką są mi całkowicie niepotrzebne. Skupiam się na sobie i na tym, co mówi trener Łapin. Wiadomo, że miałem z nim poważną rozmowę. Ostatnia walka była kiepska, dlatego analizowaliśmy ją dość dokładnie. Błąd, który wtedy popełniłem, już się nie powtórzy. Muszę teraz pokazać, że warto na nas liczyć. Mam nadzieję, że kibice nadal są ze mną. Nie ukrywam, że bardzo pomaga mi ich wsparcie.
„Ostatnia walka była kiepska, dlatego analizowaliśmy ją dość dokładnie”

Trener Łapin mówi, że lubisz mocne rozmowy. Jak ostro było?

Uwielbiam ostre rozmowy. Albo inaczej: nienawidzę jak się mnie bajeruje. Nie jest dobrze, a ktoś mówi, że jest? Czegoś takiego nie lubię. Dużo bardzo wolę, jak ktoś mi coś powie prosto w twarz. „Weź się za siebie, pod takim i takim względem jest dramat”. Trener o tym dobrze, więc sobie trochę porozmawialiśmy.

Twoją niechęć do bajerowania można też przełożyć na promotorów? Wolałeś pewne walki oraz jasny i klarowny scenariusz na najbliższe miesiące od czekania w nieskończoność na coś wielkiego.

Dokładnie tak. To jest na pewno problem wielu pięściarzy na całym świecie. Nienawidziłem tego, jak mi mówiono o dobrej walce, na którą czekałem z niecierpliwością, a później wychodziło jak wychodziło… Lubię, gdy ktoś mówi mi wprost: tak albo tak. Czarne to czarne, białe to białe.

Powiedziałeś ostatnio na naszych łamach, że polski boks to czarna magia. Od tamtego momentu trochę się zmieniło. Od maja będziecie w Telewizji Polskiej. 

– Tak, jest nowa umowa z TVP. Konferencja prasowa z tej okazji oraz spotkanie z szefami TVP i dziennikarzami daje nadzieje na fajną współpracę. Dużo będzie zależało od widowisk, które stworzymy my, pięściarze.  Oczywiście jestem wdzięczny Polsatowi za to, że pokazywał moje walki i nasze gale.

Wolisz walczyć z przeciwnikami z trochę wyższej półki?

Nie wiem dlaczego, ale tak już mam, że dostosowuje się do poziomu rywala. Im on jest słabszy, tym ja słabiej walczę. Jeśli boksuję z lepszym przeciwnikiem – wznoszę się na wyżyny i walczę zupełnie inaczej. Mądrzej, szybciej, bardziej zdecydowanie. Ale nikogo nie lekceważę. Boks to ciężki kawałek chleba. Zawsze mam szacunek dla tych, z którymi się mierzę. Poza tym tu jeden cios i jest jak w tej piosence: wszystko się może zdarzyć.
„Nastawiam się na rywali z czołówki, ale absolutnie nie lekceważę najbliższej walki. Silgado bije mocno, trzeba na to uważać”

Koncentrujesz się głownie na sporcie, rzeczy dookoła tego cię raczej nie interesują. Jak więc wygląda forma sportowa Krzysztofa Głowackiego?

Tak naprawdę to… zobaczysz 12 maja. Nie będę mówił, że jest najlepiej od wielu miesięcy, bo walka to zweryfikuje. Wielu mówiło sporo przed walkami, ale w ringu byli uciszani. Dlatego mówię: przekonamy się już niedługo. Nie narzekam na nic, jestem zadowolony z formy. Chciałbym, żeby nie  trzeba było czekać na werdyktu sędziów.

Jak wygląda kwestia twoich kilogramów?

Już w tamtym tygodniu zrobiłem limit, więc mam spokojne odliczanie do walki. Nie będę musiał na szybko zbijać wagi. Kiedyś po walce jadłem świństwa: pizza, hamburgery, cola… Te dwa ostatnie to moje przekleństwa. Zawsze tyłem do 100 kilogramów i było bardzo trudno, kiedy zaczynałem przygotowania do następnej walki. Przy okazji dostawały stawy, gdy biegałem to bolały kolana. Teraz nie dopuszczam do tego, by ważyć więcej, niż 95 czy 96 kg. W przygotowaniach do walki te pięć kilogramów samo się zbija.

Nad czym najbardziej pracowałeś w ostatnich tygodniach?

Przede wszystkim nogi, by nie wylatywać za prawą nogę. Ostatnio te nogi nie chodziły. Nie dość, że lewa zostawała z tyłu, to wypadałem z prawym prostym. Nad tym najbardziej pracowaliśmy z trenerem.

Wracasz do Wałcza, czyli do domu. Walka w twoim mieście oznacza większą presję?

Nie, nie ma presji. Raczej zadowolenie. Rodzina, czyli rodzice, córki i brat z rodziną, przyjaciele z Marcinem Moderskim na czele i znajomi będą kibicować na żywo.  Część z wymienionych osób kibicuje mi na każdej gali, razem z ekipą mojego sponsora, firmą Blachy Pruszyński, więc żadnej tremy nie ma. Zamiast niej – pozytywne nakręcenie. Wałcz to moje miasto i zawsze jest ze mną, za co bardzo wszystkim dziękuję. Postaram się odwdzięczyć 12 maja dobrą walką.
„W Warszawie jest kocioł. Wszędzie korki, wszędzie się ludzie gdzieś spieszą. Wszystko w biegu. (…) Nienawidzę tego.”

Trenujesz w Warszawie, ale nie mieszkasz w stolicy na stałe. Zawsze cię ciągnie w rodzinne strony.

W Warszawie jestem od poniedziałku do piątku, a na weekend przyjeżdżam do Wałcza. Tam odpoczywam przede wszystkim psychicznie. Cisza, spokój, mały ruch. W Warszawie jest kocioł. Wszędzie korki, wszędzie się ludzie gdzieś spieszą. Wszystko w biegu. Sam się ostatnio złapałem na tym, że też biegnę – a to do sklepu, a to gdzieś… Zamiast przemyśleć na spokojnie co kupić i tak dalej, to lecę i na miejscu się dopiero zastanawiam, co robię. Tak, jak ludzie dookoła. Nienawidzę tego. Dlatego zawsze powtarzam, że Wałcz to najlepsze miasto.

Dlaczego jest piękny? Gdzie poleciłbyś się zatrzymać ludziom, którzy na twoją walkę przejadą przez pół Polski i będą chcieli się zatrzymać na dzień czy dwa?

Przede wszystkim warto zobaczyć galę. Co oprócz tego? Mamy „magiczną górkę”, pod którą samochód sam jedzie. Butelkę położysz na ziemi, a ona zlatuje pod górkę. Niezła magia, co? Tutaj jest naprawdę świetna natura: jeziorka, lasy, bunkry. Widzisz, nawet w „Chłopaki nie płączą” na koniec mówią, że bunkrów nie ma, ale i tak jest zajebiście. A w Wałczu są!

Gdzie Krzysztof Głowacki najchętniej odpoczywa?

Nie potrzebuję SPA na Lazurowym Wybrzeżu, najlepiej jest mi w domu. W ogródku rodziców, z latającymi dookoła dzieciakami. Jak jest ładna pogoda to odpalamy grilla, przychodzą znajomi, można się pośmiać i porozmawiać. To jest dla mnie najbardziej odstresowujące. Mogę się odciąć od wszystkiego, z czym mam do czynienia na co dzień. Po prostu zrelaksować.

Robienie show czy królowanie w mediach społecznościowych to nie jest twoja bajka. Pytanie, czy nie jest w dzisiejszym boksie niezbędna?

Czasy idą w tę stronę, by wszystko nakręcać i wrzucać do internetu. A ja tak nienawidzę kamery… Dla mnie to jest katastrofa, naprawdę. Czy ujęcia z treningu są fajne? Pewnie tak, ale tu zrobisz jakiś błąd, tam się pomylisz i już przeciwnik ma cię na tacy. Załóżmy, że wrzucę coś na trzy tygodnie do walki. Rywal będzie nad tym pracował, a wątpię, żebym poprawił znacząco jakiś element w tak krótkim czasie. Przeciwnik może to wykorzystać i koniec końców jeszcze okazałoby się, że dzięki temu wygra walkę. Dlatego szanuję zdanie trenera, który – jeśli już coś nagrywamy – to pozwala filmować rozciąganie, rozgrzewkę albo rzeczy robione na pół gwizdka tylko dla kamery.

Mateusz Borek narzekał na współpracę z tobą w dokumencie „Droga do Polsat Boxing Night 7”. Dlaczego?

Mateusz jest na pewno znakomitym dziennikarzem sportowym i coraz lepszym promotorem. Przed Polsat Boxing Night w Gdańsku kazał mi codziennie nagrywać filmiki z treningu, ale przecież to nie moja „robota”, a promotorów i ich ekip. Odkąd pracuje z trenerem Łapinem nie wnoszę nawet telefonu na salę, bo za to jest kara. Trener sobie tego nie życzy – można zrobić zdjęcie przed lub po zajęciach, natomiast trening to trening, a nie chodzenie i opowiadanie o tym, co akurat teraz robię. Skupiamy się na pracy i boksowaniu.

Pojedynek Krzysztofa Głowackiego z Marco Huckiem, po którym Polak zdobył pas mistrza świata wagi junior ciężkiej, został wybrany Walką Roku 2015.

Skupiasz się głównie na sporcie. Może właśnie dlatego to ty byłeś ostatnim polskim mistrzem świata w boksie zawodowym?

Mam nadzieję, że tych polskich mistrzów w najbliższym czasie będzie wielu, a ja do tego grona też się jakoś wcisnę. Dobrze, że chociaż mamy Mistrza Europy, którym jest Kamil Szeremeta. Ściskam kciuki, by „Striczu” wygrał teraz z Jacobsem i zaboksował później udanie o mistrzowski pas.

To będzie bez wątpienia wielka walka polskiego boksu, choć bukmacherzy nie stawiają go w roli faworyta.

Mnie w starciu z Huckiem też nie widzieli w roli faworyta, więc tym bym się na miejscu Maćka nie przejmował. Kurs na mnie to było chyba z pięć czy sześć złotych, wiec sporo, a jednak zwyciężyłem.

Nie podpowiadałeś wtedy kolegom, żeby zaryzykowali i postawili trochę na biało-czerwonego underdoga, bo jest fajna okazja?

Nie, bo jeszcze bym przegrał. Nie mam szczęścia do takich rzeczy. Kiedyś puściłem kilka razy „lotka”, ale wiesz, że nigdy nawet trójki nie trafiłem? Hazard jest zdecydowanie nie dla mnie. W automacie puściłem stówę, to zaraz tej stówy nie było. Jak coś obstawię to zaraz ciach, pach i wynik zawsze jest odwrotny. Nie nadaję się do gier. Pograć mogę, ale w Playstation.

Finał World Boxing Super Series już niebawem. Twój typ?

Na pewno bardzo ciekawa walka. Jeśli Usyk zaboksuje tak, jak ze mną – czyli będzie uciekał na nogach – to może zwyciężyć na punkty. Natomiast jeżeli tak jak w ostatnich walkach będzie wdawał się trochę w bijatykę to Gassijew go ustrzeli. Niech wygra lepszy, a przede wszystkim: niech to zrobi jak najszybciej. Miał być ten finał w maju, teraz chyba chcą go przesunąć na lipiec.

Dla ciebie to nie jest korzystna sytuacja.

Na pewno tak, choć też nie patrzę za plecy swoich przeciwników i to na nich się skupiam. Teraz liczy się tylko gala w Wałczu i najbliższy rywal. Później dopiero można gadać, co dalej. Mam tylko nadzieję, że jeśli się pomyślnie walka ułoży w maju, to pod koniec roku dostanę coś naprawdę dużego. Czas leci nieubłaganie, kolejne dni mijają nie wiadomo kiedy. Młodszy nie będę, lata lecą, więc chciałbym już końca turnieju WBSS i walk o najwyższe cele. Nie ma jednak co gdybać, zobaczymy co czas pokaże.

Skupiając się na tym, co jest teraz – przedłużyłeś ostatnio umowę z dużym sponsorem, firmą Blachy Pruszyński.

I to jest duża sprawa. Zawsze są ze mną, na dobre i na złe. Wspierali mnie jeszcze przed walką z Huckiem i zdobyciem mistrzowskiego pasa, za co serdecznie Krzysztofowi Pruszyńskiemu i Magłosi Lubczyńskiej dziękuję. Nie mogę iść zawieść, więc ciężko pracuję. Tę pracę doceniają nawet wtedy, gdy nie zawsze przynosi oczekiwany efekt. Na przykład pan Krzysztof obiecał mi premię za pokonanie Usyka, ale wypłacił ją nawet pomimo porażki, doceniając dobrą walkę. To się rzadko zdarza. Krzysztof Pruszyński jest niesamowitym człowiekiem, można na niego liczyć. Nigdy nie był sponsorem, który patrzył na pas. Zaufał mi wcześniej, pomyślał: a może coś z tego chłopaka będzie?

Twoją pasją jest motoryzacja, tu też możesz liczyć na wsparcie od firmy Bad Cars.

Mają naprawdę fajne auta, a ja mam do samochodów słabość. Szczególnie szybkich, ale muszę dodać, że punktów karnych nie mam. Oficjalnie lubię szybkie fury, ale nie szybką jazdę. Niech będzie, że jeżdżę na dwójce. Najchętniej Audi i… MAN-em, którego przedstawiciel z Wałcza – mój kolega Łukasz Rafałko, właściciel firmy Albor – wspiera mnie od wielu lat.

Tatuaże Krzysztofa Głowackiego i jego obecnej partnerki, Ani.


Wszyscy prywatnie mają okresy lepsze i gorsze. Wygląda na to, że ten drugi już za tobą.

To prawda, że każdy ma lepsze i gorsze dni. Moje były bardzo, bardzo słabe. Wiadomo, że chodzi o rozwód. To duże przeżycie, nie życzę tego nikomu. Najważniejsze jednak, że te kłopoty już się kończą. Wychodzę na prostą. W każdy weekend jeżdżę do dzieciaków, zabieram je na krótkie urlopy. Pod tym względem się wiele nie zmieniło, bo od ośmiu lat od poniedziałku do piątku trenuje. Chyba że jestem po walce – wtedy odpoczywam z nimi dłużej. Ostatnio ze starszą córką byłem nad morzem, krótki wypad, ale świetny. Piszę nowy rozdział, który dobrze się zaczyna. Z klasą, bez złej krwi. Teraz może być już tylko lepiej – tak w życiu, jak i w boksie. I oby tak było.