„Królewscy” odbili tron i wreszcie rządzą w swojej twierdzy!

Aż sześć lat musieli czekać kibice na Santiago Bernabeu, by na własnym stadionie w meczu ligowym świętować zwycięstwo nad największym rywalem. Piłkarze Zinedine'a Zidane'a przerwali niechlubną serię w klasykach, a przy tym wrócili na fotel lidera ligi hiszpańskiej.

Barcelona dla kibiców Realu w ostatnich latach nie miała litości, jeśli chodzi o spotkania na Santiago Bernabeu. „Duma Katalonii” skazywała fanów „Los Blancos” na cierpienia z przerażającą regularnością. Jeśli liczyć rozgrywki ligowe i Puchar Króla, bordowo-granatowi wygrali pięć meczów z rzędu w Madrycie! Przypominaliśmy sobie te spotkania na przestrzeni wcześniejszych lat (2:6, 0:2, 0:2, 1:3, 1:2, 3:4, 0:4, 2:3, 0:3, 0:3) i dochodziliśmy do wniosku, że Messi i spółka zrobili sobie ze świątyni największego rywala ośrodek treningowy.

Nic dziwnego, że przełamanie tej serii było dla Realu Madryt priorytetem na wielu płaszczyznach: sportowej, prestiżowej, marketingowej…

W pierwszym El Clasico tego sezonu wiało nudą. Przerażający był poziom budowania składnych akcji, zwykle w tych meczach przecież na najwyższym światowym poziomie. Nie doświadczyliśmy nie tylko bramek, ale i emocji. W rewanżowym meczu na Santiago Bernabeu gole były efektem lepszego widowiska. Neutralni kibice dobrego futbolu cieszyli się, że najgorsze chyba za nami, jeśli chodzi o poziom gry w najważniejszym meczu na Półwyspie Iberyjskim. Ci Realu mogli uśmiechnąć się zaś na widok gasnącej z każdą minutą meczu Barcelony, która zaczęła w swoim stylu, bardzo szybko tkając koronkę i zostawiając często w tyle bezradnych piłkarzy „Królewskich”. Wydawało się wówczas, że Real może liczyć głównie na szybkie kontry. Maszyna z Katalonii poprzestała jednak tylko na dobrym pierwszym wrażeniu.

Nie pociągnął drużyny Lionel Messi, który dał kolejny argument zwolennikom teorii, że nie jest najlepszym piłkarzem w historii futbolu. Jest gigantem, geniuszem, piłkarskim kosmitą, prawdopodobnie najlepszym obecnie futbolistą, a już na pewno numerem jeden w Barcelonie – nawet w tym spotkaniu. Ten gigantyczny i zasłużony pomnik ma jedną rysę, która na Santiago Bernabeu była zauważalna niczym uwierający kamyk z bucie. Messi nie pociągnął za sobą drużyny.

Oczywiście, piłka nożna jest sportem drużynowym, a nie indywidualnym. Argentyńczyk, który wyprzedził Xaviego pod względem liczy występów w El Clasico, jednak był na Santiago Bernabeu „tylko” człowiekiem. Jednym z jedenastu. Nie strzelił gola z Realem od maja 2018 roku, czyli odkąd Cristiano Ronaldo opuścił Madryt na rzecz Juventusu. Messi również nie zanotował asysty, nie stworzył stuprocentowej sytuacji kolegom, wykonał tylko jeden udany drybling i miał jedno kluczowe podanie, przy aż ośmiu stratach i dwóch zmarnowanych okazjach.

Genialny Argentyńczyk nie jest jednakże główną przyczyną porażki na Santiago Bernabeu.

Barcelona cierpi przede wszystkim w linii pomocy. W środku pola Quique Setien postawił na aż czterech ludzi, jednak fani FCB z chęcią zamieniliby to na połowę stanu liczbowego, jeśli dwójką zamiast czwórki byłby duet Andres Iniesta-Xavi. Barcelona chce grać tak, jak za ich czasów, ale nie ma ku temu odpowiednich wykonawców. Frenkie De Jong Iniestą nie jest i może minąć trochę czasu, zanim choćby nawiąże do geniuszu Hiszpana. Arthur stara się kreować grę, ale jej tempa nie reguluje tak, jak Xavi. Nawet jeśli do pomocy miał Vidala. Busquets też nie jest tym samym Busquetsem sprzed lat, chociaż w tym meczu zagrał znacznie lepiej od pozostałej trójki.

To jednak nie wystarczyło na Real Madryt. O ile w pierwszej połowie byliśmy świadkami wyrównanego, jakby jeszcze nie rozpędzonego klasyku, tak w drugiej połowie „Królewscy” przyspieszyli i zmiażdżyli zespół gości. Wynik otworzył Vinicius Junior, przy niemałej pomocy szczęścia w postaci niefortunnego wślizgu Pique, który całkowicie zmylił Ter Stegena. Brazylijczyk został tym samym najmłodszym strzelcem w historii El Clasico.

Świetnie grał Marcelo, między liniami szalał Isco, w ofensywie dobrze poczynał sobie Carvajal. Nie zawiódł w bramce Courtois, imponował zadziornością Fede Valverde, nieźle brał na siebie grę Benzema, choć Francuz zmarnował stuprocentową sytuację i koniec końców nie zrobił tego, czego się oczekuje od środkowego napastnika. Po profesorsku zagrał przede wszystkim Casemiro, który regularnie wyłączał Messiego i rozbijał odwieczną broń Barcelony, czyli środek pola. Pochwalić można praktycznie cały zespół, a najbardziej jako całość. Real bowiem nie zatrzymał się po pierwszej bramce i zasłużenie swoje prowadzenie podwyższył w końcówce. Zaskakujące mogło być, że zrobił to Mariano Diaz, ale na pewno nie dziwił sam fakt drugiej bramki dla „Królewskich”.

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem