Kowalski: “Myślę poważnie o bieganiu maratonu, marzę o Tokio”

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Markiem Kowalskim, czyli 18-krotnym medalistą mistrzostw Polski w lekkoatletyce!

Co czuje młody chłopak, który ma 13 lat i zdobywa pierwszy medal na mistrzostwach Polski?
U mnie pierwszy duży sukces w bieganiu przyszedł po trzech latach trenowania, czyli wszyscy ludzie z mojego otoczenia wiedzieli już wtedy, że jestem dobry. Wcześniej pojawiły się mniejsze sukcesy, które mnie samego trochę przygotowały do osiągnięć na szczeblu krajowym. Wiedziałem, że jestem dobrze przygotowany, bo mam już sporo doświadczenia i obycia jak na tak młody wiek. Pierwsze zawody z moim udziałem generowały ogromny stres. Nieprzespane noce itp. Z czasem się to zmieniało. Zacząłem być rutyniarzem. W wieku młodzika, czyli wtedy, gdy ten wspomniany przez ciebie medal zdobyłem, byłem już pewny siebie. Umiałem radzić sobie z presją. Nie przeszkadzała mi ona.
Co młodego chłopaka skłania do biegania? Teraz nastolatkowie grają w piłkę lub chodzą na MMA.
Trochę czasy się zmieniają. Kiedyś każdy spędzał więcej czasu na świeżym powietrzu. Każdy grał w piłkę, biegał, chodził na szkole zawody. Teraz mimo wszystko w większości przypadków młodzi ludzie siedzą więcej w domu, mają komputer, konsolę i inne zajęcia, które niekoniecznie mają cokolwiek wspólnego ze sportem. Z drugiej jednak strony, kiedyś nie było takiego boomu na bieganie, jaki obserwujemy teraz. Gdy ja szedłem na trening, to ludzie patrzyli na mnie jak na debila. Teraz biega bardzo dużo osób w całej Polsce. Zacząłem interesować się bieganiem, bo na sprawdzianach w szkole osiągałem dobre czasy. Nie byłem najlepszy w szkole, ale wyniki były dobre. Zacząłem uczestniczyć w zawodach na szczeblu powiatowym, które wygrywałem, potem się pojawiły wyjazdy na biegi wojewódzkie, kolejne zwycięstwa i tak to poszło.
Nie byłeś najlepszy w szkole?
To jest ciekawe, ale podczas biegów na wuefie byli lepsi, w zawodach to jednak ja ich pokonywałem. Potrafiłem się wtedy dodatkowo zmobilizować. Bardzo motywowali mnie starsi biegacze, których tam spotykałem. Oni mieli już wtedy poważniejsze osiągnięcia. Bardzo mi to imponowało. Podczas jednych z takich zawodów poznałem Łukasza Kujawskiego, który jest do dziś moim dobrym kolegą. Wtedy też spotkałem trenera Marka Siemborskiego, który mnie zauważył i dzięki któremu zostałem przy bieganiu. Zamiast rozglądać się na różne inne dyscypliny, poszedłem w kierunki lekkoatletyki.
Pierwszym twoim sukcesem, który odbił się naprawdę szerokim echem, było wygranie przełajowych mistrzostw Polski w Stalowej Woli. Co warte podkreślenia, biegałeś z rok starszymi.
Dokładnie tak. Byłem wtedy w pierwszym roku juniora młodszego. Szymon Sznura czy Rafał Wojciechowski, którzy byli z rocznika 1990, naprawdę prezentowali wysoki poziom. Chwilę wcześniej w zawodach halowych byłem trzeci, a przełaj udało się już wygrać i cały bieg miałem pod kontrolą. Dobrze czułem się w crossie, ta forma biegania bardzo mi odpowiadała. Dużo ludzi było wtedy pod wrażeniem tego, co udało mi się osiągnąć. Mój sukces został zauważony.
Ktoś się tobą zainteresował?
Byłem wtedy na topie, to był mój złoty czas. Spotkałem się z opiniami, że teraz odnoszę sukcesy, ale zaraz na pewno się wypalę i szybko przestanę istnieć. Widząc już biegaczy, z którymi rywalizowałem wśród młodzików, to w juniorach młodszych byli już inny rywale. To inni się wypalali, wypadali z gry, ja tutaj jestem do dziś. Wtedy po prostu robiłem dalej swoje z trenerem Markiem, wierząc, że robimy dokładnie to, co trzeba, żeby odnieść sukces.
Na stadionie w Szczecinie byłeś trzeci, prawda?
Tak. Bieg na 3000m i mocny finisz, na którym przegrałem z Szymonem Sznurą i Michałem Lancmannem. W pierwszym roku juniora młodszego zdobyłem trzy medale – złoty i dwa brązowe. Wspomniany przez ciebie, ten ze Stalowej Woli, cieszył mnie jednak najbardziej.
Gdy wchodziłeś do drugiego roku juniora młodszego, to czułeś się faworytem do wygrania wszystkich zawodów?
Nie czułem się może faworytem, ale wiedziałem, że siłą rzeczy nim jestem. Miałem trzy medale sprzed roku, naturalną koleją rzeczy są sukcesy w drugim roku. Ludzie bali się trochę naszego klubu. Przyjeżdżaliśmy na zawody w bordowych dresach z Żukowa, słychać było – O, Żukowo przyjechało. W tej samej kategorii był jeszcze Adam Rejter i on też odnosił sukcesy. Mieliśmy dobrą ekipę wtedy.
Chłopakiem, który w tej samej kategorii wiekowej wygrywał wszystkie zawody, był Dominik Reszka. On biegał 800m, 1500m i 3km w przełaju, więc krótsze biegi niż te, w których ty startowałeś. Czułeś się od niego gorszy?
Na pewno nie czułem się od niego gorszy. Byłem szczęśliwy, że w pierwszym roku juniora młodszego mogę rywalizować z rok starszymi i zdobywać medale. Do nikogo się nie porównywałem. Nie zastanawiałem się również, co by było, gdybym musiał się z nim zmierzyć. Zazwyczaj rywalizowaliśmy na innych dystansach.
Na 3km byś przegrał, na 5km byś wygrał.
Pewnie tak by było. To jednak zostanie w sferze gdybania, bo nie dowiemy się tego już nigdy. Za młodzika i juniora młodszego miałem siedem zdobytych medali na siedem możliwych na mistrzostwach Polski i z tego się cieszyłem. W wiek juniora wchodziłem już jako doświadczony i utytułowany biegacz.
Kim inspiruje się młody chłopak, który wchodzi w wiek juniora? Nie było w ostatnich latach w Polsce biegacza, który osiągałby spektakularne sukcesy. Bronek Malinowski, Bogusław Mamiński?
Gdy zaczynałem biegać, to bardzo imponowali mi chłopacy z kadry Polski juniorów czy młodzieżowców. Chciałem być taki jak oni. Marcin Chabowski był mistrzem Europy na 3000m z przeszkodami. Do tego z podziwem patrzyłem na chłopaków, którzy zdobywali mistrzostwo Europy drużynowo w przełajach. To były mocne roczniki. Murzyn, Gardzielewski, Parszczyński, Skoczyński, Kozłowski. Co niektórzy do dzisiaj dobrze znani fanom biegania. Później wspomniany już przed sekundą Kujawski, który miał też sukcesy. Patrząc jednak na historię, to chyba Bronek Malinowski. Myślę, że nasz najlepszy biegacz w historii.
W jakim wieku biegacz przestaje być młody?
Gdy kończy biegać z juniorami i przechodzi do seniorów. De facto młodzieżowiec jest już jednak seniorem, bo na świecie nie ma takiej kategorii wiekowej. No właśnie, wtedy nie jest lekko. Wytrzymałość u biegacza przychodzi z wiekiem, a tu nagle trzeba mierzyć się z rywalami, którzy mają po 25, 28, 30 lat, czyli są już w tym najodpowiedniejszym wieku do osiągania sukcesów.
Czyli wtedy jest przełom, tak?
Myślę, że tak. Wtedy kończy się liceum, idzie się na studia, niektórzy podejmują pracę. Zaczyna się rywalizacja wśród seniorów, co zawsze jest bardzo trudne, szczególnie na początku.
To nie jest trochę tak, że juniorzy tłumaczą sobie trochę swoje słabsze wyniki osiągane od razu po przejściu do seniorów tym młodym wiekiem? Czy nie usprawiedliwiają się za bardzo?
Może trochę tak jest, ale ja na przykład swój pierwszy medal na mistrzostwach Polski seniorów zdobyłem już w pierwszym roku młodzieżowca. To był przełaj w Zamościu, kiedy biegałem 4km. Te przejście do seniorów po okresie spędzonym z młodzieżowcami jest jednak płynniejsze. Można zdobywać już medale i doświadczenie w biegach w tej głównej kategorii jeszcze nie będąc w pełni seniorem. Zawsze jest ta świadomość, że najlepszy okres w karierze jest dopiero przed tobą. To pomaga. A kilometry i kolejne biegi w nogach powodują, że potem zawodnik jest lepiej przygotowany.

Okres końcówki wieku juniora i początku młodzieżowca i ten życiowy przełom, o którym wielokrotnie powtarzałeś jest momentem, w którym biegacze decydują się zakończyć karierę?
Z pewnością tak właśnie jest. Ludzie kończąc szkołę średnią idą na studia, znajdują sobie pracę i chcą się usamodzielnić. Zacząć normalnie żyć. Zarabiać i zakładać rodziny. Wtedy jest problem. W wieku juniora wszystko jest trochę dziecięce. Są kadry wojewódzkie, zgrupowania, jest śmiesznie i fajnie. Pełen luz. Potem, gdy wchodzi się już w dorosłe życie, to wygląda to nieco inaczej. Trzeba myśleć o przyszłości i podejmować odpowiedzialne decyzje.
Co doradzają trenerzy takiemu chłopakowi, który idzie na studia? By wybrał AWF? Bo przyjęło się mówić, że to pomaga w połączeniu studiów z trenowaniem, ale w praktyce tak super to nie wygląda.
Mi na przykład odradzali AWF, sam też nie myślałem o tej uczelni. Trzeba zaliczyć judo i jechać na obóz narciarski, co nie pokrywa się z moim planem treningowym. Specjalistyczny trening nie jest tu priorytetem, masz być od wszystkiego. Prawda jest taka, że później zostaje się nauczycielem od wuefu.
Ty się zawsze dobrze uczyłeś, prawda?
Tak. Nigdy nie miałem ze szkołą problemów.
No właśnie. Dobre uczenie pomaga w sporcie? Bo zazwyczaj bardzo trudno jest połączyć jedno z drugim. Jak ktoś ma sukcesy na bieżni czy na boisku, to raczej nie za bardzo radzi sobie w szkole.
Ja zawsze chciałem łączyć naukę ze sportem. Chciałem i – mogę to dziś powiedzieć z czystym sumieniem – nie zaniedbałem ani jednego, ani drugiego. Miałem po prostu świadomość tego, że chcę mieć alternatywę na wypadek tego, gdyby coś w sporcie poszło nie tak. Przytrafiłaby się kontuzja, słabsza forma i może być przecież różnie. A tak zawsze miałem poczucie tego, że jest wyjście „awaryjne”.
Ale siedzenie nad mapką z geodezji lub uczenie się na kolokwium z fizyki wymaga czasu i skupienia. Na obozie w Szklarskiej Porębie nie zawsze jest czas, żeby przysiąść do tego i się nauczyć.
Na pewno nie jest lekko, ale da się. Adam Kszczot też ukończył Politechnikę i jest inżynierem.
Nie porównuj tego mimo wszystko. Jego trochę inaczej traktowali. Wielu sportowców kończy studia, a nawet nigdy nie byli na wykładzie.
Masz racje, nie zamierzam na ten temat nawet dyskutować. Mówiąc już jednak zupełnie szczerze, ja nie miałem problemów z nauką podczas obozów. Do matury przygotowywałem się na zgrupowaniach. Po treningu, gdzie i tak spędza się bardzo dużo czasu leżąc w łóżku i odpoczywając, brałem notatki i się uczyłem. Podobnie było na studiach.
Żeby osiągnąć jednak sukces, duży i spektakularny, to na obozie trzeba być cały czas, non stop.
Ja nigdy nie poświęciłem się bieganiu w 100%. Jeździłem na obozy, fakt, ale znam chłopaków, którzy dużo więcej czasu spędzili poza domem niż ja. U mnie zawsze była szkoła i nie było pełnego oddania się tylko na sport. Z jednej strony zazdroszczę biegaczom, którzy w pełni się temu oddali. Z drugiej jednak, ja zawsze starałem się znaleźć równowagę. Pewnie wyniki, które mam obecnie, mogłyby być dużo lepsze. Zawsze treningi w grupie wykonane na obozie są lepsze niż samemu w domu. Tak jednak wybrałem, byłem tego świadomy.
Ile miałbyś lepszy czas na 10000m, gdybyś poświęcił się tylko na sporcie? Naukę odpuścił i tylko biegał? (obecna życiówka 29:49)
Trudno jest jednoznacznie stwierdzić. Nie zwalałbym raczej tego tylko na naukę. Miałem przymusową zmianę trenera, to już nie było to samo, co z Markiem. Potem bardzo długo byłem bez opiekuna. To być może ma wpływ na to, że te wyniki nie są jeszcze lepsze. Gdybać możemy, prognozować również, ale znając swój potencjał i mając w świadomości te wszystkie momenty, w których można było zrobić coś lepiej i więcej myślę, że w okolicach 29 minut byłbym w stanie się zakręcić. Może kilka sekund poniżej? Nie wiem, tak jak powiedziałem, to tylko moje gdybanie. Poza tym i tak wierzę, że takie bieganie jeszcze jest przede mną.
Ile razy byłeś na obozie klimatycznym? W Meksyku, Kenii lub po prostu – w wysokich górach?
Ani razu. Raz byłem w Portugalii.
Dlaczego 18-krotny medalista mistrzostw Polski i jeden z najzdolniejszych juniorów w ostatnich latach nie był ani razu na obozie klimatycznym?
Umówmy się – ja od wieku juniora nie miałem już takiej opieki.
Ty nie miałeś, czy nikt z waszego rocznika nie miał?
Raczej nikt nie miał. Ci, co siedzą w wysokich górach, robią to z reguły na własną rękę. Czasami ktoś po znajomości się dostanie na taki wyjazd, ale jednorazowy obóz w górach niczego nie daje. To musi być regularne, powtarzalne i to nie na dwa tygodnie, tylko przynajmniej na miesiąc. Tu jest właśnie bodziec, którego nie wykorzystałem. Zawsze była szkoła plus inne zajęcia i nie zdecydowałem się postawić wszystkiego na jedną kartę, żeby tyko biegać.
Zadam podobne pytanie do tego, które już przed chwilą padło. Ilu chłopaków nie osiągnęło dobrego wyniku przez to, że nie było nad nimi opieki ze strony związku? Obozów itp.
Na pewno kilku przez to nie zrobiło kariery. Ci najlepsi się jednak poprzebijali i za seniora też osiągają wartościowe rezultaty. Wszyscy jednak nie biegają. U niektórych pojawiły się urazy, u innych zmieniły się priorytety, a byli też i tacy, którzy nie byli w stanie więcej wycisnąć ze swojego talentu. Ilu? Ośmiu na dziesięciu. Nie wiem, całkiem możliwe.
A w ostatnim czasie medal na imprezie mistrzowskiej poza Kszczotem i Lewandowskim zdobył tylko Krystian Zalewski. Czy związek biegaczy średnio i długodystansowych ma gdzieś?
Coś w tym jest. Realia są trudne. Nie ma zbyt dużego zaplecza finansowego. Światowe realia biegania też nam nie sprzyjają. Przydałby się nam taki spokój, że nie musimy sobie nigdzie dorabiać, tylko po prostu trenujemy, biegamy, mamy zapewnione obozy, opiekę medyczną i jesteśmy w stanie zrobić skok jakościowy. Tego jednak nie ma. Młody chłopak, który dopiero wchodzi w najlepszy dla biegacza wiek, ucieka w ulicę, bo tam są pieniądze. Też nie ma tam łatwo, bo zawsze przyjedzie wielu Kenijczyków czy Ukraińców, co do których mamy w naszym środowisku sporo wątpliwości w kwestii uczciwej rywalizacji.
Czy jest szansa, żeby w perspektywie – nie wiem – najbliższych 10 lat PZLA wzięło najlepszych 10 biegaczy w Polsce i powiedziało: – Słuchajcie, przez kolejne trzy lata macie od nas wszystko, żebyście mogli trenować. Dwa obozy klimatyczne w roku, trzy w Polsce, do tego opiekę medyczną, odżywki i – przykładowo – 5 tysięcy złotych miesięcznie, żebyście nie musieli robić nic, tylko zajęli się bieganiem. Jest na to szansa?
To jest utopia. Tak nie będzie. W piłce nożnej są duże pieniądze, ludzie się tym interesują, więc zawodnicy więcej zarabiają. Są traktowani w pełni jak profesjonaliści. U nas tego niestety nie ma. I tak moim zdaniem nie mamy tak źle. Weźmy takiego skoczka wzwyż. Jeżeli nie jest na topie, czyli nie plasuje się w najlepszej ósemce Europy czy mistrzostw świata, to nie ma z tego nic. Najlepsi dostają stypendia, ale reszta tego nie ma. U nas są jednak te biegi uliczne, które stwarzają nam możliwości, żebyśmy mogli sobie dorobić. Taki Konrad Bukowiecki, gdy będzie odnosił sukcesy, to sobie zawsze poradzi. Ale takich jak on jest niewielu. Na 5000 czy 10000 metrów żaden z Polaków nie zdobędzie medalu na igrzyskach olimpijskich ani mistrzostwach świata, bo wiadomo jakie są realia na świecie. W maratonie jest szansa, żeby osiągnąć wartościowy wynik, ale do maratonu nie każdy dotrwa. Dopiero około 30-stki zaczyna się najlepszy wiek pod ten dystans, a to jednak późno. Do tego czasu trzeba jakoś żyć. Nie chcę mimo wszystko przesadnie narzekać, bo ja sobie radzę. Tak jak mówię, uważam, że w wielu innych dyscyplinach jest trudniej. Nasi wioślarze byli mistrzami olimpijskimi, a jakby jednego roku nie zdobyli medalu mistrzostw świata, zostaliby z niczym, bez stypendium, bez środków do życia.

12

Komentarze