Koszmarny błąd Kamila Grabary i świetna reakcja młodego bramkarza

Media społecznościowe mają budować pozytywny PR, skracać dystans między piłkarzem i kibicami, nawiązywać fajną relację. O Kamilu Grabarze swego czasu było bardzo głośno dzięki zaczepkom na Twitterze, ale niekoniecznie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Ostatnio się wyciszył, dlatego też koszmarne błędy - takie jak kilka dni temu w lidze duńskiej, zarazem nieuniknione przecież w karierze bramkarza - kibice przyjęli o wiele lepiej...

Najmniejszy w ekipie najgłośniej szczeka. Swoje kompleksy musi przykryć agresją. Pitbull, pewny swojej pozycji, idzie spokojnie, a kundelek przeraźliwie ujada, wszystkich obskakuje, jakby wyszczekiwał swój lęk – mówił w wywiadzie dla Weszło raper Kękę. Kamil Grabara przez długi czas był pitbulem, ale tym z kultowego polskiego filmu. Tym, który wyglądał jak jamnik.

Cienka jest granica między pewnością siebie i butą, a Kamil zdawał się jej nie dostrzegać.

Wyśmiewał bramkarzy ekstraklasy, pozował z drzewem do zdjęcia i oznaczał Marcina Krzywickiego, umieszczał filmiki z wpadkami golkiperów niższych lig w Polsce. Mówi, że jest idolem dla samego siebie, a w Ekstraklasie nie zagra, bo to krok w tył. Brzmiał jak facet, który zaliczył 300 meczów na Anfied, a nie łapał w juniorach.

Tak, bramkarz musi być szurnięty. Pewien znany golkiper zapytał kiedyś: kto normalny nie chce w dzieciństwie strzelać bramek, tylko rzucać się – nieczęsto w błocie, śniegu, deszczu, a nawet na betonie – by do tych bramek nie dopuścić? Oczywiście czysto ludzko lepiej też, by nienawidzili go takim, jaki jest niż kochali za udawanie kogoś innego. Grabara jednak niejednokrotnie przekroczył granice dobrego smaku. Taką, po której jeden uśmiechnie się na widok zadziorności, ale stu innych zażenuje. Grabara tych stu innych miał pewnie gdzieś, ale koniec końców trochę przystopował.

Uważamy go za inteligentną bestię, która przez młody wiek prowokowała, odpalała lont i czekała na wybuch. Pytanie, czy to było mu w ogóle potrzebne? Jak wpłynęło na jego karierę? Grabara w porę uznał, że fakt, iż mówi się o nim bardzo dużo może zaszkodzić. Oznaczało, że jeden błąd w poważnym meczu i fala hejtu mogła go utopić. Życie bramkarza, zwłaszcza młodego, jest natomiast na tych błędach zbudowane.

Jakże inną reakcję na klops Grabary obserwujemy teraz? Sam bramkarz podszedł do tego z dystansem, pisząc „No i co? Nawet mi się zdarzy :)”. Kiedyś zostałby zjedzony, bo sam śmiał się z błędów innych. Teraz może czytać komentarze w stylu „do góry głowa!”.

Pisaliśmy już dawno temu, że o wiele łatwiej będzie Grabarze zaistnieć, gdy paradoksalnie zejdzie ze świecznika. Zdejmie z barków presję, którą sam na siebie nałożył. Rezygnacja z Twittera była pierwszym krokiem ku postawieniu wszystkiego na kartę piłkarską, a nie robienie z siebie nadwornego błazna, którego każdy może zaczepić, wyszydzić, wyśmiać. „Dwa i pół roku to zdecydowanie za dużo”, napisał wówczas Kamil, a wystarczyło wejść w komentarze by zobaczyć, że to… prawda. Przychylnych jak na lekarstwo, szydzących – mnóstwo.

Teraz jest odwrotnie. Przypadku w tym nie ma. Grabara postawił na piłkę, nie pajacowanie. Ta uczy pokory i sprawia, że powiedzenie „nie myli się ten, kto nic nie robi” jest prawdziwe jak nigdzie indziej. Błędy będą się zdarzać, to normalne. Ważne, by w tym momencie nie rozpętać wojny „ja kontra cały świat”, a podejść do tego tak, jak teraz zrobił to wypożyczony z Liverpoolu bramkarz. Tak na Twitterze, jak i na boisku, zostając po kilku dniach wybranym do jedenastki kolejki…