Kostewycz podał Legii rękę

Kiedyś była ręka boskiego Diego Maradony, dziś przypadkowe zagranie tą częścią ciała zdecydowało o wyniku ligowego klasyka Legia – Lech. Czy sędzia podjął słuszną decyzję? Naszym zdaniem tak. Czy Legia zasłużyła na komplet punktów? Uważamy, że nie. Ale za kilka dni nikt nie będzie już o tym pamiętał.

„Legia jest ranna, pogubiła punkty w dwóch ostatnich meczach, rozbiliśmy ją w puch i pył przed własną publicznością na własnym boisku” argumentowali przed meczem sympatycy Lecha.

„Za Kolejorzem 10 meczów na wyjeździe bez zwycięstwa, poza własnym stadionem to papierowy tygrys, nie ma się czego obawiać” kontrowali kibice mistrza Polski.

Zarówno jedna jak i druga drużyna podchodziła do tego spotkania z własnymi problemami. Po ligowym klasyku obiecywano sobie jednak sporo zarówno w Poznaniu jak i w Warszawie. Dodatkowo pod ścianą przed meczem wydawał się stać szkoleniowiec Kolejorza, Nenad Bjelica, bo coraz częściej mówi się, że jeśli nie zacznie punktować w delegacji, może pożegnać się z posadą. Z drugiej strony jednak – jeśli przełamywać się, to właśnie w takich spotkaniach jak to.

Bałkański kocioł

W ciemno można było obstawiać, że głównymi aktorami wieczoru mogą być reprezentanci Bałkanów, których w składach i na ławkach szkoleniowych obu zespołów nie brakowało. W szeregach gości to trener Bjelica plus Burić, Vujadinović i Situm, wśród Wojskowych Romeo Jozak i Radović, Eduardo (jak by nie było – były reprezentant Chorwacji) oraz Vesović. I właśnie ostatni z wymienionych otworzył wynik meczu już w 2 minucie gry, wykorzystując crossowe podanie od Remy’ego oraz błąd w ustawieniu stoperów Lecha. Jasmin Burić w sytuacji sam na sam z Czarnogórcem był bez szans, a szlagier Ekstraklasy rozpoczął się z wysokiego C.

Romeo Jozak powody do radości miał już w drugiej minucie meczu / fot. Cufrasport

Alfred Hitchcock mawiał, że idealny film grozy powinien zaczynać się trzęsieniem ziemi, a następnie tempo i temperatura wydarzeń powinna rosnąć. No cóż – przy Łazienkowskiej tak nie było, a jeśli coś się działo, to właśnie za sprawą piłkarzy z Bałkanów. To uderzenie głową Vujadinovicia na bramkę Legii, które w świetnym stylu zatrzymał Malarz, to główka Miroslava Radovicia, po której futbolówka odbiła się od poprzeczki i słupka. W zasadzie poza tymi sytuacjami należy jedynie odnotować jeszcze centrostrzał Majewskiego oraz strzał Raduta, po których musiał interweniować Malarz i…to by było na tyle. Tylko tyle i aż tyle. Szymon Marciniak zarządził koniec pierwszej połowy już 5 sekund po upływie regulaminowego czasu gry. Fajerwerków nie było, ale totalnej nudy też nie. Jaka liga, taki szlagier.

Przyczajona Legia, odkryty Lech

Po zmianie stron nie mający nic do stracenia Lech jeszcze odważniej zaatakował, angażując w akcje ofensywne coraz to większa liczbę piłkarzy. Legia postanowiła z kolei przyjąć rywala na własnej połowie i grać z kontry. Sytuacje podbramkowe przy takim scenariuszu były więc kwestią czasu. Strzelali Majewski i Radut, z kolei Legia zmarnowała dwa ciekawie zapowiadające się kontrataki. W końcu, po godzinie gry doszło do wyrównania. Radut ograł w polu karnym Artura Jędrzejczyka, jakby miał do czynienia z juniorem, a nie reprezentantem Polski i podał do świetnie ustawionego Gytkjaer’a , który skierował piłkę do siatki.

Bramka Lecha na 1:1? W pełni zasłużona / fot. PressFocus

Po golu obraz gry nie uległ zmianie. Lech prowadził atak pozycyjny, a Legia, głównie za sprawą wprowadzonego na boisko po przerwie Kucharczyka, kontrowała. Najpierw „Kuchy” mógł wyprowadzić Legię na ponowne prowadzenie, ale po podaniu Hamalainena z głębi pola w sytuacji sam na sam z ostrego konta posłał futbolówkę obok słupka, a następnie sam dogrywał do stojącego w polu karnym Niezgody. Im bliżej było końca meczu, tym bardziej wydawało się, że spotkanie zakończy się remisem.

Boska ręka

Pięć minut przed końcem spotkania Kostewycz wskoczył na plecy Mączyńskiemu, zagrywając przy tym piłkę ręką. Rzut karny wykorzystał Michał Kucharczyk, posyłając piłkę w środek bramki. Czy to kontrowersja? Raczej nie, ręka w polu karnym, w takich okolicznościach, to jedenastka. Koniec, kropka.

O tej sytuacji pewnie jeszcze długo będzie trwała dyskusja, ale to nieistotne. Lech miał jeszcze szansę w ostatniej akcji meczu, ale Gajos z dogodnej sytuacji z rzutu wolnego posłał piłkę w mur. Lech przegrał, mimo że lepiej grał w piłkę. Legia stworzyła sobie kilka sytuacji po kontrach, ale gola dającego zwycięstwo podarował jej Kostewycz. Paradoksalnie – Lech, mimo że przegrał, rozegrał jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy wyjazdowy mecz ligowy w tym sezonie. Z kolei Legia w bardzo trudnym dla niej spotkaniu, które ułożyło się dla niej nadzwyczaj szczęśliwie, potrafiła sięgnąć po komplet punktów, a jak wiadomo – właśnie takie zwycięstwa są najcenniejsze. Do 85 minuty wydawało się, że największym wygranym meczu przy Łazienkowskiej będzie…Jagiellonia. Tymczasem końcówka spotkania napisał zupełnie inny scenariusz wydarzeń. A czy Nenad Bjelica, zgodnie z zapowiedziami, może po tym, przegranym jak by nie było meczu, stracić posadę? To także byłby paradoks, ale… taka jest Ekstraklasa.

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem