Komu McGregora, komu?

“Waga ciężka” dziś nieco inna niż w poprzednich tygodniach, gdyż głównym bohaterem tym razem został Conor McGregor. Znany i do niedawna kojarzony wyłącznie z klatką UFC Irlandczyk coraz częściej łączony jest z kolejnym występem w ringu.

W sierpniu tego roku miało miejsce największe wydarzenie bokserskie ostatnich lat, a uwagę kibiców przyciągnęło starcie jednego z najwybitniejszych pięściarzy w historii szermierki na pięści z gościem, który dopiero debiutował na zawodowych ringach. Conor McGregor, czyli mistrz federacji UFC, postanowił na jeden wieczór przebranżowić się i spróbować pokonać niepokonanego, czyli Floyda Mayweathera JR. Pretty Boy wrócił z emerytury, wstał z bujanego fotela, jeszcze raz zrobił przygotowawczy obóz przed kolejnym pojedynkiem i pewnie pokonał Irlandczyka. Cała zabawa trwała 10 rund, choć tak naprawdę Money mógł uwinąć się zdecydowanie szybciej. Złośliwi mówili, że pojedynek musiał trwać jak najdłużej, by z rundy na rundę zostało wykupionych jak najwięcej abonamentów PPV. I fakt – wynik osiągnięty przez obu panów niejednej osobie przysporzył spory ból głowy, a pieniądze, które zarobili główni bohaterowie tego wydarzenia działają na wyobraźnię nawet najbardziej wybrednym kibicom.

Jak się okazuje – nie tylko kibicom ta obrzydliwie bogata zabawa się spodobała. Po przegranym debiucie bokserskim i równolegle wciąż kontynuowanej karierze w UFC wielu zawodników dałoby sobie pewnie spokój z rywalizacją na dwóch frontach. Sam McGregor deklarował, że w boksie stoczy tylko jeden pojedynek, gdyż chce skopać dupę amerykańskiego arogantowi, który rękawice na kołku zawiesił nie zaznając ani razu porażki. Jego dalsze losy związane są już tylko z dyscypliną, w której jest nie tylko mistrzem, ale i największą gwiazdą całej federacji.

Pyskówkom i trash-talkingowi na linii Mayweather-McGregor przyglądał się cały świat, a co poniektórzy z zażenowaniem patrzyli, jak Irlandczyk pewny siebie myśli, że faktycznie jest w stanie z Floydem wygrać. On sam zachowywał spokój, bo wiedział, że nie ma na świecie osoby, która może go zagonić w kozi róg. McGregor starał się być groźny, robił wokół siebie dużo hałasu, obrażał i prowokował, a grono jego odbiorców stawało się z każdym dniem coraz szersze. W efekcie Irlandczyk zdecydowanie przegrał, choć przesadą byłoby stwierdzenie, że skompromitował się na tle absolutnie wybitnego boksera. Inni pięściarze poczuli krew i wyszli z założenia, że McGregor jest dla nich idealną opcją na kolejny pojedynek. Stosunkowo niegroźny w ringu, promocyjnie jeden z najlepszych w całym światowym sporcie z osobowością wyjątkowo łatwo przyciągającą do siebie kolejnych kibiców. To – mówiąc w skrócie – idealny rywal na zarobienie potężnej kasy, powrócenia na salony i ponowne na nich błyszczenie, łatwa wygrana i dopisana do rekordu kolejna cyfra po stronie zwycięstw.

Czy Conor McGregor stoczy jeszcze pojedynek w boksie?

Swoje zainteresowanie pojedynkiem z McGregorem wyraził Oscar De La Hoya, czyli ex-champion, który ostatnim razem w ringu pojawił się w 2008 roku, gdy nie wyszedł do ósmej rundy przeciwko Manny’emu Pacquiao. Później Golden Boy zajął się promotorką i dziś sygnuje swoim nazwiskiem największe światowe gale. Jako zagorzały przeciwnik tego typu pojedynków, które jego zdaniem nie wnoszą nic do światowego sportu, rzucił wyzwanie McGregorowi i powiedział, że z chęcią skopie mu dupę. Gdy ktoś wyciąga jego poprzednie słowa na temat Irlandczyka w boksie, to tylko szyderczo uśmiecha się pod nosem, bo wie, z czym wiąże się jego pojedynek z tym akurat człowiekiem. Zastrzyk gigantycznej gotówki, który by jemu przypadł nie tylko jako zwycięzcy pojedynku, ale i – kto wie – być może organizatorowi całego wydarzenia.

Wspomnieliśmy o Pacquiao, więc warto nadmienić, że Filipińczyk również byłyby w stanie wyjść do pojedynku z McGregorem. Niby w ostatnich latach jest mu bliżej do polityki niż boksu, ale to wciąż aktywny pięściarz, który jednak jest coraz dalej od swojej optymalnej formy i – umówmy się – lepszy już nie będzie. Packman pokusił się jednak zaczepić swojego być może przyszłego przeciwnika na Instagramie.

Happy Thanksgiving! Stay fit my friend. #realboxingmatch #2018 @thenotoriousmma

Post udostępniony przez Manny Pacquiao (@mannypacquiao)

Paul Malignaggi, który w marcu tego roku przegrał przed czasem z Samem Eggingtonem i w swojej karierze aż ośmiokrotnie musiał uznawać wyższość rywali, również chciałby walczyć z McGregorem. Jaki sens miałoby skonfrontowanie gościa, którego profil na Facebooku lubi 29 tysięcy (!!!) osób z McGregorem? Może inaczej – kogo interesuje Malignaggi i kto wypłaciłby honorarium za jego walkę z Conorem? Kto kupiłby pakiet PPV na te starcie lub cholernie drogą wejściówkę, by z hali zobaczyć ten pojedynek?

Mamy obecnie wielu znakomitych pięściarzy, którzy przez to, że są “tylko” pięściarzami, nie krzyczą, nie prowokują i nie obrażają, nie są aż tak atrakcyjni dla innych bokserskich nudziarzy, co debiutujący przed trzema miesiącami w ringu McGregor, który nagle stał się dla wielu osób łakomym kąskiem.

Zróbmy aukcję – kto da więcej, zawalczy z McGregorem.

– De La Hoya dwieście…

 

Jakub Borowicz

 

Typuj wyniki
na
LV BET zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Komentarze