Kompromitacja PZPN i Ekstraklasy. Limit obcokrajowców kontra fakty

Najostrzejsze przepisy dotyczące obcokrajowców w Ekstraklasie można wrzucić do kosza. Jesteśmy trzy lata po wprowadzeniu tego zaostrzenia, a dane są zatrważające. Miało być lepiej, jest gorzej. Dużo gorzej. Najgorzej w całej Europie.

Żaden kraj nie ma bardziej rygorystycznych przepisów pod tym względem na Starym Kontynencie. Od sezonu 2015/2016 postanowiono na najwyższym szczeblu piłkarskim w Polsce ograniczyć liczbę zawodników spoza Unii Europejskiej do trzech, a od ubiegłych rozgrywek: do dwóch piłkarzy. – Nasz system jest dobry, inni mają podobne – bronił się swego czasu na Twitterze Zbigniew Boniek. Problem w tym, że w Europie nie ma innego kraju, który traktowałby zawodników bez unijnego paszportu tak ostro.

Doprecyzujmy – to nie limit obcokrajowców, a ograniczenie sportowców pochodzących z krajów spoza Europy lub tych gorzej dogadujących się z Brukselą.

Słowo „obcokrajowcy” powinno zostać ujęte w cudzysłów, bowiem definicja tego słowa w ekstraklasowych przepisach jest dość elastyczna, żeby nie powiedzieć: idiotyczna. Można powiedzieć, że władze Ekstraklasy i PZPN-u stworzyli przepis, który piłkarzy z zagranicy dzieli na lepszych i gorszych. No bo Niemców może grać u nas bez liku, ale Rosjan – dwóch. Anglik, Francuz i Hiszpan mogą stworzyć ofensywne trio, ale Brazylijczyk, Egipcjanin i Ukrainiec – już nie.

W czym gorszy jest Andrij z Lwowa od Adama Smitha? Albo Jose Arcadio Morales od Papadopoulosa czy Johanssona? Nie wiadomo, bo dla nas obcokrajowiec to ten, który nie jest Polakiem. Jak odnaleźć się w realiach przepisów Ekstraklasy też nie bardzo wiemy, bo mylą nas… Szwajcarzy. Ci, choć nie pochodzą z kraju wchodzącego w skład Unii Europejskiej – podobnie jak piłkarze z Liechtensteinu, Norwegii i Islandii, czyli państw z Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu – również mogą grać w naszej lidze w liczbie nieograniczonej.

pzpn
Zbigniew Boniek – zwolennik obecnych przepisów.

To pewna niekonsekwencja, bowiem wiele krajów również ma podpisane porozumienia z Unią Europejską. Ta przecież zawarła umowy stowarzyszeniowe z Albanią, Bośnią i Herzegowiną, Serbią, Turcją czy Ukrainą. Wiele krajów, jak Gruzja, Rosja czy Białoruś, ma podpisane umowy partnerskie. Jest jeszcze 77 państw afrykańskich i tych z rejonu Karaibów, których obowiązuje układ z Kotonu (to porozumienie honoruje m.in. hiszpańska La Liga, która dopuszcza nieograniczoną liczbę zawodników w składzie z tych krajów).

Tych umów jednak nie dostrzegamy, a respektujemy inne.

Czemu ma to służyć, jaka przewodzi temu logika? Nie mamy pojęcia. Fakty są takie, że w Polsce piłkarzy spoza Unii w drużynie może grać dwóch. W Niemczech, Włoszech, Portugalii, Holandii, Belgii i Anglii grać może jedenastu, czyli komplet. We Francji czterech i Hiszpanii trzech, ale tam działa przyzwolenie na kraje z układu z Kotonu, czyli tych 77 państw z Afryki, Karaibów i Pacyfiku. Trzech ma także Słowenia, Rumunia i Finlandia, ale ani to ligi, z których warto brać przykład, ani tak restrykcyjne pod tym względem – biorą bowiem pod uwagę też inne porozumienia. Po piętach Ekstraklasie drepcze Bułgaria, uwzględniająca tylko Unię Europejską, ale w liczbie trzech piłkarzy. Dwóch nie ma nikt inny w Europie.

Zbigniew Boniek bronił tego limitu w wielu programach, m.in. „Stanie Futbolu” na kanale Eleven czy w „Szybkiej piłce” w TVP.  – Zrobiliśmy taką analizę od 2001 roku do dzisiaj, to jest 16 lat. Nie chcę nawet mówić, ilu zawodników spoza UE do Polski trafiło, ale ponad 90 procent przyszło za darmo, na zerowych kontraktach, z czego 50, 60 procent po dwóch latach skończyło jako kucharze, zmywali naczynia. Natomiast dzięki temu przepisowi, obowiązującemu od 2013 roku, mamy tylko 38 obcokrajowców spoza Unii we wszystkich klubach – mówił prezes PZPN.

Nie chcemy pytać, ilu zawodników wewnątrz Unii skończyło jako kucharze czy na zmywaku, bo nie chodzi o przekomarzania, tylko o sens, realizację i efekt. Sensu nie widzieliśmy, ale pewnie chodziło o zwiększenie liczby Polaków na boiskach polskich boisk. – Ktoś krzyknie: dlaczego nie zrobimy, że pięciu Polaków musi jednocześnie być na boisku? Tego nie można zrobić, bo to jest wbrew prawu Unii Europejskiej – tłumaczył Boniek. Przeszedł jednak do drugiego etapu, czyli realizacji.

Jaki jest trzeci, czyli efekt?

Przerażający. Według danych International Centre for Sport Studies, w 2009 roku procent zawodników spoza Polski wynosiła 19.6%. Później wzrósł, ale co ciekawe – następnie zaczął maleć. Do momentu, aż nie postanowiono wprowadzić limitu. Odkąd wprowadzono zaostrzenie, w ciągu trzech lat – od 2015 roku – nikt w Europie nie wystrzelił pod względem punktów procentowych tak bardzo w górę, jak my.

Patrzymy na zimowe transfery. Mistrz Polski i lider sprowadził Eduardo, Chrisa Philippsa, Marko Vesovicia, Williama Remy’ego czy Domagoja Antolicia. Ostatnie ruchy innych klubów? Najnowszy transfer Lecha to Oleksij Chobłenko, Lechii Gdańsk – Filip Mladenović, Jagiellonii Białystok – Roman Bezjak, Wisły Kraków – Matej Palcić, Cracovii – Niko Datkovic, Bruk-Betu Nieciecza  – Joona Toivio, Zagłębia Lubin – Jakub Mares, Pogoni Szczecin – Duncan, Korony Kielce – Oliver Petrak, a Arki Gdynia – Andrij Bogdanow.

pzpn
Dariusz Marzec był przeciwny tak restrykcyjnemu limitowi. Dziś już go w Ekstraklasie nie ma.

Legia ma w kadrze 11 obcokrajowców, Lech 13, Zagłębie 6, Górnik 7, Śląsk 10, Pogoń 5, Korona 15, Wisła Płock 6, Piast 11, Arka 9, Sandecja 7, Lechia 15, Jagiellonia 12, Wisła Kraków 16, Cracovia 16 i rekordowa Bruk-Bet Termalika – aż 17. Razem 176 zawodników spoza Polski. Przyjmujemy, że nienapompowana kadra pierwszej drużyny liczy 25 zawodników. Wynik? 44% piłkarzy to obcokrajowcy.

Na niespełna tydzień przed startem Ekstraklasy możemy stwierdzić, że to będzie kolejna runda z idiotycznym przepisem, który na dodatek jest jeszcze na tyle nieefektywny, że przynosi odwrotne skutki do zamierzonych. Miało być coraz więcej Polaków, jest coraz mniej. W 2015 było to 72.4%. Dziś to 56%. W żadnej lidze świata nie było takiego spadku punktów procentowych krajowych zawodników. Na drugim miejscu po Ekstraklasie (przyrost obcokrajowców 16,4 p. proc.) są Turcy (10.3%), trzeci – Białorusini (10%). W żadnej z 31 najlepszych lig na Starym Kontynencie liczba zagranicznych piłkarzy nie wzrosła tak bardzo, jak w kraju nad Wisłą.

I rośnie, co jest najlepszym dowodem na to, że Zbigniew Boniek akurat w tej sprawie racji nie miał. Jak to mówią eksperci: „Fakty, nie opinie”. W tym przypadku: liczby. Bezlitosne, ale nie pozostawiające cienia wątpliwości. Choć tych mamy wiele, a mnożące się pytania dotyczą całej idei.

Dlaczego dzielić obcokrajowców?

Nie zwolennikami patrzenia piłkarzom w paszport. Od tego jest reprezentacja, by tam grali piłkarze jednego kraju. Klub to klub, tu może grać każdy. Lubimy komplikować sobie życie – stąd zjawisko farbowanych lisów oraz limity obcokrajowców w klubach. Pomieszanie z poplątaniem. O ile jednak restrykcje dotyczące liczby Polaków nie są z naszej bajki, ale je rozumiemy, tak idei tych obecnych przepisów pojąć nie jesteśmy w stanie.

W czym ma pomóc ograniczenie liczby Brazylijczyków, którzy mogliby wnieść trochę magii, dryblingów i bajecznej techniki, jeśli równocześnie w najlepsze trwa zaciąg z reguły pozbawionych polotu Litwinów, Czechów czy Słowaków? Dlaczego mamy faworyzować jedne kraje kosztem drugich, jeśli nie jesteśmy z nimi w żadnym konflikcie? Dlaczego w ogóle nakazywać klubowi, który jest z założenia unikalnym tworem, jakich piłkarzy ma zatrudniać?

Obecnie znaleźliśmy się w momencie, że mają to być: a) piłkarze młodzi, bo wszędzie prócz ekstraklasy działa wymóg młodzieżowców, a i na najwyższym szczeblu takie pomysły krążą; b) piłkarze z Unii lub ESWH, bo spoza tego regionu nie może grać jednocześnie więcej, niż dwóch. Kiedyś będziemy świadkami sytuacji, że – pewnie w ramach politycznej poprawności – w składzie będzie musiało się znaleźć miejsce dla jednego czarnoskórego, jednego homoseksulaisty, jednej kobiety, jednego dziecka, emeryta, studenta, wegetarianina, lekarza rezydenta oraz himalaisty. I to wcale nie oglądając jeden z odcinków „Black Mirror”.

BARTŁOMIEJ STAŃDO

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem