Komiczny rzut wolny w Ekstraklasie. Mączyński chciał zaskoczyć rywali, nie wyszło…

Byli w historii tacy piłkarze, dla których rzut wolny oznaczał rzut karny z małymi przeszkodami. Strzelali z różnych miejsc, ale efekt zadziwiająco często był taki sam: bramka. Juninho Pernambucano, Leo Messi, Ronaldinho, Pirlo, del Piero, Beckham, Roberto Carlos - oni uczynili z tego stałego fragmentu gry dzieło sztuki. Ciekawe, co by pomyśleli widząc ten stały fragment gry w wykonaniu Krzysztofa Mączyńskiego...

Tak, wiemy, Mączyński w meczu Wisły Płock ze Śląskiem Wrocław (2:0) nie uderzał na bramkę, a jedynie chciał dośrodkowywać. No właśnie: chciał? Później nie chciał? Później znów chciał i w końcu dośrodkował? Na pewno chciał zaskoczyć rywali, wyglądało to na niespodziankę przygotowywaną na treningach, ale – przyznacie – wyszło dość komicznie…

Zaskakująco wykonane stałe fragmenty gry mogą być bronią, która często decyduje o losach bitwy (meczu), a w konsekwencji nawet wojny (miejsca w tabeli na koniec sezonu). Każdy gol, każdy punkt i każde zwycięstwo są w ostatecznym rachunku na wagę złota. Decydują detale – czasem takie, jak zaskakująco rozegrany rzut wolny.

Krzysztof Mączyński nie wzbudził zaskoczenia, raczej uśmiech politowania.

Spodziewamy się, skąd brał przykład i jaki miał zamiar. Szanujemy, że zdecydował się na ryzyko, nieszablonową opcję, ale jeśli coś takiego nie wychodzi – pozostają tylko wielkie litery „W”, „T” oraz „F” w głowie, ewentualnie w polskiej wersji: „co tu się właśnie odwaliło?”. Niedawno nieszablonowo rzut wolny z podobnego miejsca rozegrała Borussia Dortmund…

…ale tam – oprócz efektu końcowego w postaci bramki – można było odnieść wrażenie, że wszyscy w żółto-czarnych koszulkach wiedzą, o co chodzi. Koledzy Mączyńskiego ze Śląska chyba byli natomiast tak samo zaskoczeni, jak my.