Kolos na glinianych nogach

Jerzy Dudek najpierw tańczył w serii rzutów karnych w Stambule, a później pisał książkę „Do przerwy 0:3”. Teraz podobną mogliby napisać piłkarze Jurgena Kloppa, chociaż nie traktowałaby ona o pozytywnych i miłych rzeczach. The Reds prowadzili na Estadio Sanchez Pizjuan 3:0, ale nie zdołali wygrać. Drugie połowy i fatalna defensywa to może nie odwieczne, ale na pewno długowieczne problemy klubu z Anfield.

Przepadam za Jurgenem Kloppem. Kupuję to szaleństwo przy ławce, miliard złych i szczęśliwych min. Fajnie się ogląda ten gejzer emocji, jaki towarzyszy Kloppowi i prowadzonym przez niego ekipom. W tym całym szaleństwie nie ma jednak metody.

Jürgen Klopp chce, by jego drużyna grała heavy metal. Gdyby jednak zakładał zespół muzyczny zamiast budować piłkarski, miałby z tym gatunkiem tyle wspólnego co zespół Feel.

Wygląda to  tak, jakby Klopp kupił najlepszą gitarę elektryczną na świecie i ożywił Jima Hendrixa, a ten grał na niej riffy wszech czasów. Oczy fanów się szklą, zapowiada się najlepszy koncert w życiu, po prostu miód na uszy. Dostrzegasz jednak gdzieś z tyłu perkusistę, który został wyciągnięty spod monopolowego. Gość nie ma nawet instrumentu, zamiast tego napierdziela ołówkiem w rozstawione talerze, garnki, patelnie i pudła.

Tak się tytułów nie wygrywa. Może gdyby Klopp się nie upierał na Van Dijka, którego wyciągnąć się z Southampton nie udało? Gdyby zamiast estońskiego emeryta Klavana sięgnął po Kamila Glika, który odchodził z Torino? Gdyby zamiast dwóch pierdół na bramce pozyskał faceta, który faktycznie strzeże bramki? Tak można byłoby gdybać w nieskończoność. Fakty są takie, że budowniczy Jürgen zawalił projekt. Na Anfield mają najwyższej klasy dach, który cieszy oczy tylko chwilowo, bo ten dom w postaci drużyny ciągle zawala się przez słabe fundamenty.

Tak wygląda drużyna Liverpoolu: z przodu Ferrari w postaci czwórki Mane, Salah, Coutinho i Firmino, a z tyłu Fiat Punto, w którym siedzą Lovren, Klavan czy Alberto Moreno. Dysproporcja jak między spłuczką klozetową i wodospadem Niagara.

Naprawdę czasem brakuje słów, by opisać wyczyny w ataku The Reds. Weźmy takiego Mohameda Salaha. Egipcjanin notował kosmiczne liczby w Romie, co zaowocowało transferem na Anfield. To już jego drugie podejście do Premier League – wcześniej został zjedzony, przerzuty i wypluty przez Chelsea. Nie przejął się, bo nie miał czym. Ze Stamford Bridge wyrzucali już przecież chociażby Kevina de Bruyne czy Romelu Lukaku.

Salah ma gaz, łatwość dochodzenia do sytuacji bramkowych i łatwość ich marnowania. Zawsze jednak coś strzeli, gdzieś zaasystuje, ogólnie: wychodzi na plus. Ode mnie ma wieczny szacunek za to, co zrobił decydującym meczu o awansie na mundial. 95. minuta, rzut karny, piłkarz Liverpoolu ustawia piłkę na jedenastym metrze. Jeśli strzeli, Egipt po 28 latach zakwalifikuje się do Mistrzostw Świata. Patrzyło na niego pewnie jakieś 75 z 97 milionów rodaków. Ciężko wyobrazić sobie trudniejszy ciężar do udźwignięcia na plecach. Wytrzymał. Pomnik to za mało. Powinni mu walnąć jakąś piramidę.

Salah w Sevilli nie strzelił, ale w tym sezonie jest najlepszym strzelcem klubu z Merseyside. Strzelali za to Firmino (dwie) i równie genialny Sadio Mane, ale nawet trzy bramki nie wystarczyły, by wywieźć z Andaluzji trzy punkty.

Po odejściu trenera Jorge Sampaoliego oraz architekta sukcesów andaluzyjskiego klubu Monchiego zespół Sevilli punktuje zdecydowanie lepiej, niż wskazywałyby na to jego możliwości. Widać to chociaż po stylu gry, a także kolejnych spotkaniach, w których ślizgali się i wyciskali z meczów punkty jak cytrynę. Ten limit szczęścia spektakularnie się wyczerpał ze Spartakiem Moskwa (1:5) i Valencią (0:4), ale ostatnie cztery mecze (w tym trzy u siebie) udało się podopiecznym Berizzo wygrać.

Z Liverpoolem remis 3:3 też należy traktować jak zwycięstwo, bo przy trzybramkowym prowadzeniu gości niewielu myślało choćby o jednym punkcie, choć – gdyby nie zmarnowane „setki” – do 20. minuty powinni prowadzić 2:1. Gospodarze ostatecznie wykorzystali jednak to, że sympatyczny, niemiecki szkoleniowiec zbudował na Anfield kolosa na glinianych nogach. Wygląda on efektownie, fajnie się patrzy na niego i na mecze z jego udziałem, ale na dłuższą metę jest mocno nieefektywny. Kibiców ta bezradność w obronie przy marnowaniu takiego potencjału w ataku musi irytować podwójnie.

Komentarze