Klasyka futbolu: co słychać u Leo Beenhakkera?

12 lat - dokładnie tyle czasu minęło od ogłoszenia Leo Beenhakkera selekcjonerem reprezentacji Polski. Trenera z takim CV kadra nie miała prawdopodobnie nigdy i trudno się dziwić, że wśród kibiców zapanował wielki entuzjazm. Zwłaszcza, że obok ciekawej przeszłości, pojawiły się również owoce jego pracy w postaci wyników. Co porabiał po zakończeniu przygody w naszym kraju?

Real Madryt, Ajax Amsterdam czy reprezentacja Holandii – te nazwy budzą spory respekt w oczach polskich kibiców i nikt nie ma wątpliwości. Takiego selekcjonera kadra jeszcze nie miała. Trudno się dziwić, że i pieniądze, które miał zarabiać nie były małe. PZPN musiał dogadać się z ówczesnym sponsorem kadry, firmą Tyskie, by ta pokryła część wynagrodzenia. Co prawda, nikt głośno o kasie wtedy nie chciał mówić, ale w grę wchodzić miało 600 tysięcy euro rocznie.

Dla porównania Adam Nawałka ma nie zarabiać nawet połowy tej sumy. Ta według rankingu Futbolargentino.com miałaby wynosić około 270 tysięcy euro. Nic dziwnego, że Leo Beenhakker poprzeczkę miał ustawioną bardzo wysoko. Kibice kadry również liczyli na osłodzenie kompletnego niewypału, jakim był wyjazd na mundial do Niemiec.

– Mam nadzieję, że nowy trener kadry spełni pokładane w nim nadzieję i szybko zapracuje na uznanie Polaków. Otwieramy dziś nowy rozdział w historii polskiego futbolu. Chciałbym, by zapisany został on złotymi zgłoskami – mówił podczas prezentacji prezes Michał Listkiewicz.

Cel był prosty – historyczna, pierwsza kwalifikacja na mistrzostwa Europy, które miały zostać rozegrane w Austrii i Szwajcarii. Początki nie były łatwe, bo z pierwszych trzech meczów za jego kadencji nie wygraliśmy żadnego. Porażka w sparingu z Duńczykami, a później z Finlandią w eliminacjach, nie napawały optymizmem. Nastrojów nie poprawił również remis z Serbami. W relacjach z debiutu o stawkę pojawiały się określenia „kompromitacja”, „upokorzenie” czy „żenujący”. Dopełnieniem blamażu był fakt, że ktoś na trybunach skandował nazwisko Pawła Janasa, który przecież kilka miesięcy wcześniej skompromitował drużynę na mistrzostwach świata.

Leo Beenhakker spokojnie i powoli budował drużynę, która odpaliła podczas następnego spotkania. Od legendarnego zwycięstwa nad Portugalią w Chorzowie było już tylko lepiej. To właśnie wtedy Grzegorz Bronowicki nakrył czapką Cristiano Ronaldo. Do końca eliminacji przegraliśmy jedynie raz – w Erywaniu z Armenią. Po drodze dwa razy rozprawiliśmy się z Belgami, a w rewanżu na Estadio de Luz w Lizbonie – po dreszczowcu – zremisowaliśmy 2:2. Zajęliśmy pierwsze miejsce w trudnej grupie, a Holender stał się bohaterem numer jeden.

Niestety, gra na Euro 2008 była mniej więcej na tym samym poziomie, co reklama banku, w której tuż przed turniejem wystąpił nasz selekcjoner. O ile z Niemcami nikt nie liczył na cud, o tyle w meczu z gospodarzami miało być dużo lepiej. Niestety, wtedy w końcówce wrogiem publicznym numer jeden w Polsce został Howard Webb. Tamten karny do dziś podnosi ciśnienie kibicom. Po porażce z Chorwacją znowu wróciliśmy do domu na tarczy.

Sam awans gwarantował Holendrowi przedłużenie umowy do końca eliminacji mistrzostw świata w RPA. Do ostatniego meczu nie dotrwał, a o skali kompromitacji niech świadczy fakt, że w grupie wyprzedziliśmy… San Marino. Tylko ich.

Rozstanie niestety odbyło się w bardzo kontrowersyjnych okolicznościach. Grzegorz Lato poinformował media o końcu współpracy, a na pytanie, czy była to dymisja czy zwolnienie dodał, że „jeszcze z nim o tym nie rozmawiał, ale Leo Beenhakker czuje to”. Holenderski selekcjoner zarzucił prezesowi PZPN, że do szatni po meczu wszedł w stanie wskazującym. – Siedzieliśmy po meczu, była kompletna cisza, wtedy weszli pan Lato, pan Zdzisław Kręcina i pan Adam Olkowicz, postali minutę, nic nie powiedzieli, tylko każdemu podali rękę i wyszli… Prawdą jest, że każdy z nich był pod wpływem alkoholu – opowiadał w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”.

Drogi obu stron się rozeszły, ale Beenhakker, w odróżnieniu od Polski, nie miał większych problemów. Szybko znalazł pracę w Feyenoordzie Rotterdam, a po dwóch latach przeniósł się do węgierskiego Ujpestu – również jako dyrektor sportowy. Jego zadaniem była też pomoc w zbudowaniu siatki kontaktów na Zachodzie, by sprowadzać ciekawych i utalentowanych piłkarzy, a także łatwiej sprzedawać dobrych zawodników z węgierskiego klubu. Holender przepracował tam zaledwie kilka miesięcy i został zwolniony po przejęciu klubu przez belgijskiego biznesmena, Rodericka Duchateleta.

Od pracy odpoczywał przez dwa lata i gdy wiele osób myślało, że zakończył już swoją działalność w piłce, Leo Beenhakker wrócił do federacji Trynidadu i Tobago. Bohaterowi, jak po dziś dzień nazywają go w tamtym kraju, zaproponowano funkcję dyrektorską przy pierwszej reprezentacji. Pomagał sztabowi szkoleniowemu przed jak i podczas Złotego Pucharu CONCACAF. Zanim jednak tam wyjechał, trafił do… Gdańska. Na prośbę Bogusława Kaczmarka poprowadził kilka treningów Lechii.

75-latek w ostatnich miesiącach pełnił kilka ról w Sparcie Rotterdam, jednak w maju tego roku zadecydował definitywnie zakończyć przygodę z piłką. Wyniósł na wyżyny wiele drużyn – nie tylko przeciętniaków takich jak Polska czy Trynidad i Tobago, ale również Realu Madryt, Feyenoordu czy Ajaksu Amsterdam, z którymi łącznie zdobył sześć mistrzostw kraju. Teraz odpoczywa na emeryturze – niewątpliwie zasłużonej!