Kiedyś widzewski charakter, teraz – widzewski minimalizm?

Legia miała mistrzostwo Polski w kieszeni. Brondby było jedną nogą w Lidze Mistrzów. Juventus, Manchester United, Manchester City i Liverpool przyjeżdżali jak po swoje. Drużyna z Łodzi z widzewskim charakterem sprawiała, że odjeżdżali z kwitkiem. Musieli wycofywać nogę. Opróżniać kieszenie. 

Widzew bije karnetowe rekordy, Widzew regularnie zapełnia niemal cały stadion, może pochwalić się świetną frekwencją, którą tworzą ludzie nie tylko z Łodzi, nie tylko z województwa łódzkiego, ale z całej Polski. Kibice przyjeżdżający z Mazur, z Warszawy, z Zakopanego – to nie jest obrazek, który kogoś przy Piłsudskiego dziwi.

To efekt dwóch, charakternych drużyn. Obie nie tylko odnosiły sukcesy, ale rozkochiwały w sobie rzesze ludzi dzięki walce, ambicji, zaangażowaniu, grze do końca.

Teraz, po chudych latach zakończonych upadkiem, wiele rzeczy w klubie i dookoła niego zaczyna się normować. Widzew nie bez przeszkód, ale idzie do przodu. Organizacyjnie, finansowo, kibicowsko i mimo wszystko – sportowo. Z czwartej ligi łodzianie dotarli już do drugiej, której w ubiegłym sezonie nie wygrali tylko przez sobie znany powód. W tym mogą już ligę rozjechać: mają Marcina Robaka, kapitana i ulubieńca trybun, który był najskuteczniejszym Polakiem minionego sezonu Ekstraklasy.

Mają znanych kibicom na najwyższym szczeblu rozgrywkowym Wolańskiego, Pawłowskiego, Rudola, Kosakiewicza, Mąkę, Wolsztyńskiego, a prowadzi ich specjalista od awansów, Marcin Kaczmarek. Czy to sportowo wypali? Prędzej czy później – pewnie tak. Drużyna z Łodzi wciąż nie pozbyła się choroby, która od dawna toczy drużynę RTS.

Minimalizm. Kunktatorstwo. Odpuszczanie, gdy wynik jest korzystny. Nawet, jeśli rywal zaczyna grać w osłabieniu, a wcześniej tylko się bronił.

Nie chodzi o to, że Widzew nie mógł. Bo mógł. Nie chodzi o to, że był słabszy – bo nie był. Prowadził grę, starał się ją kreować, a Olimpia – przeszkadzać w tym łodzianom. Na przerwę widzewiacy schodzili z prowadzeniem po golu Robaka, który jednocześnie był autorem jedynego celnego strzału w całej połowie.

Co powinna zrobić klasowa drużyna, która ma w swoich szeregach indywidualności? Zamknąć mecz. I nie, nie mamy tu na myśli tego, co zrobili widzewiacy. Grali do tyłu, wszerz, trochę na czas, przede wszystkim bardzo spokojnie. Jakby gospodarz obiektu w Elblągu w przerwie zdemontował bramki. Nastawienie nie tyle się nie zmieniło, co spotęgowało po tym, jak jeden z piłkarzy Olimpii zobaczył zasłużoną czerwoną kartkę.

Na boisku było więcej miejsca, Olimpia nie miała nic do stracenia, niejednokrotnie zostawiała spore luki. Problem w tym, że widzewiacy nie zamierzali z nich korzystać. Nawet gdy mieli dużo miejsca przed sobą, zamiast atakować przestrzeń i wchodzić w obronę gospodarzy jak rozgrzany nóż w masło – wycofywali do tyłu. Spokojnie, bez nerwowych ruchów, bez ryzyka. Bez sensu.

Kibice mieli prawo się niecierpliwić, bo takiego stylu gry nie tylko nie da się oglądać, ale też zbyt wiele razy w niedalekiej przeszłości widzieli podobne scenariusze. Już nie wspominając o trzecioligowej historii, w której zremisowane w ostatnich sekundach były mecze z Jagiellonią czy derby z ŁKS-em, a także porażkę 2:3 z Finishparkietem prowadząc 2:0… Poprzedni sezon: u siebie ze Zniczem (1:1), Pogonią Siedlce (1:11), na wyjeździe z ROW-em Rybnik (2:2), Olimpią Grudziądz (z 2:0 na 2:3), Skrą Częstochowa (1:1).

Wszędzie ten sam scenariusz. Wszędzie pseudo-mądre, niby-taktyczne zaprzestanie dążeń do strzelenia kolejnej bramki. Zadowolenie się tym, co się ma – choć ma się niewiele. Czesław Michniewicz lubi mówić, że 2:0 to niebezpieczny wynik. W takim razie jakim wynikiem jest jednobramkowe prowadzenie? Żadnym.

Mimo tego od wielu rund kibice oglądają ten sam film, który z każdym razem irytuje jeszcze bardziej. I zawsze po meczu czytają o „wyciąganiu wniosków”, choć po tylu wpadkach mógłby się ktoś zastanowić: może te wnioski są złe? Wypowiedź Łukasza Kosakiewicza po meczu dla Widzew TV nie zostawia złudzeń. Co Widzew zrobił źle według niego? – Powinniśmy to utrzymać, powinniśmy grać spokojnie – powiedział. Czyli gdyby łodzianie mieli zagrać jeszcze raz, zagraliby to samo. Prawdopodobnie z podobnym efektem.

Widzew w Elblągu nie tylko zremisował wygrany mecz. Nie tylko nie wykorzystał gry w przewadze. Nie tylko grał w tempie slow-motion, jakby do 90 minuty miało się zwyciężyć samo. Przede wszystkim: zagrał nie po widzewsku. Niezgodnie ze słynnym mottem Franciszka Smudy, który – jak wspominał Maciej Szczęsny – największą „suszarkę” w szatni zrobił wtedy, gdy drużyna… wygrała 4:0. Bo przestała grać i nie szukała kolejnych bramek.

Którego drużyna w latach 90 w szatni była instruowana wierszykiem: „Masz frajera to go duś, jak udusisz to go puść, a jak zedrzesz koszulę z niego – szukaj następnego”. Teraz zdarto koszulę z Widzewa.

Bonus do 1500PLN na start
Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.