Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Kiedy ktoś wreszcie zrobi porządek z tymi gówniarzami?!

Pierre-Emerick Aubameyang – król strzelców Bundesligi, pod względem bramek w ubiegłym sezonie lepszy od Roberta Lewandowskiego, ulubieniec 80-tysięcznej publiczności, drugi najlepszy piłkarz Afryki. Chciałbym, żeby to był tekst o jego boiskowych wyczynach. Ale nie będzie, bo Gabończyk ostatnio zachowuje się jak rozwydrzony bachor. Nie traktuje poważnie podpisanych przez siebie umów, a z wielkiego klubu o ogromnej rzeszy fanów na całym świecie robi sobie żarty. Nie jest pierwszy i raczej nie ostatni, a przynajmniej nic na to nie wskazuje. Choć powinno.

Sierpień 2017. Tomasz Urban, jeden z najbardziej cenionych w Polsce ekspertów od niemieckiej piłki, zastanawia się na Twitterze: jeśli Borussia ulegnie i dla świętego spokoju sprzeda Dembele, chowając w kieszeń rachunek ekonomiczny i przystając na warunki Barcelony, to czy za chwile Aubameyangowi nie przyjdzie do głowy, że strajk to słuszna droga? Minęły cztery miesiące. Ousmane leczy już drugą kontuzję na Camp Nou, a Gabończyk wymyśla coraz bardziej wkurzające dla wszystkich dookoła formy protestu.

Za komuny było lepiej?  

Znajomy po przeczytaniu jednego z ostatnich tekstów napisał mi: „znowu wychodzi twój romantyzm w futbolu”. Przyznaję się: wolałem futbol z Gattuso, Royem Keanem, Stevenem Gerrardem czy Patrickiem Vieirą. Wolałem, jak piłkarze naprawdę gryźli trawę a nie mówili, że będą gryźć. Kiedy oglądałeś swojego ulubieńca schodzącego z boiska, widziałeś pot, krew, łzy i zastanawiałeś się, gdzie tu jest najbliższa pralnia. Teraz: jakiego ma stylistę?

Do tamtych czasów jest nam znacznie dalej, niż Neymarowi do najbliższej tubki z żelem do włosów. I nie chcę się żalić, grać na sentymentalnych nutach w stylu „za komuny było lepiej”. Jak mówi klasyk: „Świat idzie do przodu. Pojawiły się komputery, amfetamina, samoloty…”. Naturalna kolej rzeczy. Być może o Zanettim mówiono kiedyś tak, jak my teraz o Sterlingu? Może nam się nie podobać to z jednej strony coraz chłodniejsze pojmowanie piłki i upadek futbolowego romantyzmu, a z drugiej – coraz większa zniewieściałość piłkarzy zamiast parującego testosteronu. Kręcimy nosem, bo nawet nurkowanie w polu karnym teraz nie jest sprytne, tylko obrzydliwie bezczelne. Ale taka jest rzeczywistość i nie można się na nią obrażać.

Nie znaczy to jednak, że trzeba przyjmować wszystko nowe, jak leci. Co można z dzisiejszym futbolowym światem zrobić? Na pewno przestać dopuszczać do takich sytuacji, jakie ostatnio nagminne dzieją się w okienku transferowym. Najwyższa pora, by ktoś przerwał telenowelę „Pan Piłkarz się obraził”, a kolejny odcinek tego żałosnego spektaklu wreszcie był ostatnim.

Wszystko przez Neymara?

Odejście brazylijskiego gwiazdora FC Barcelony do Paris Saint-Germain i cała otoczka związana z tym transferem rozpoczęła efekt kuli śnieżnej. Pamiętamy, jak były piłkarz Santosu zachowywał się w ostatnich dniach na Camp Nou – foch na fochu, muchy w nosie czy bójka z Nelsonem Semedo na treningu.

To wszystko po to, by zbić cenę za własny transfer i szybciej przenieść się do Paryża. Nie wyszło, bo szejkowie z Parc des Princes i tak musieli wyłożyć kwotę odstępnego wynoszącą 222 milionów euro. Wielu zawodnikom zapaliła się jednak czerwona lampka: może w tym strajku jest metoda? Poza tym – Barcelona potrzebowała zastępców, co uruchomiło wyobraźnie wszystkich kandydatów.

Niektóre metody są stare jak świat i stosowane we wszystkich jego zakątkach. Także w Polsce. Marcin Robak, grając jeszcze w Miedzi Legnica, wpadł w oko Ryszardowi Tarasiewiczowi. Trenujący wówczas Śląsk Wrocław szkoleniowiec chciał mieć napastnika u siebie, ale Miedź ani myślała o puszczeniu go za proponowaną przez wrocławian kwotę. „Taraś” przekonywał wtedy Robaka: – Nie wiesz, co się robi w takich sytuacjach? Powiedz, że masz kontuzję pachwiny. – Trenerze, dlaczego pachwiny? – zapytał zdziwiony przyszły król strzelców Ekstraklasy. – Tego nie zbadają, bo urazu pachwiny nie da się wykryć. Nie zagrasz w kilku meczach, to zejdą z ceny i nie będą tacy hardzi – przekonywał szkoleniowiec. Robak posłuchał, nie wystąpił w jednym meczu, ale później przyznał się do symulowania. Miedź ostatecznie dogadała się z Koroną, gdzie snajper wypłynął na szerokie wody.

Ostatnio w futbolowym świecie mamy jednak do czynienia z prawdziwą plagą strajkujących, którzy nawet nie próbują się uciekać do wyszukanych metod, tylko bezczelnie robią sobie z klubu jaja i czekają z uśmiechem na transfer. Taki Pierre-Emerick Aubameyang działa na nerwy wszystkim – od kolegów z zespołu, po trenerów, dyrektorów, a i pewnie sprzątaczka miałaby coś do powiedzenia na jego temat.

Szczyt bezczelności

Kiedy wydawało się, że przesadził nie przychodząc na odprawę przed meczem z Wolfsburgiem, przez co został ukarany zawieszeniem dyscyplinarnym i wykreśleniem z kadry na to spotkanie, Gabończyk poszedł o krok dalej. Kiedy jego drużyna walczyła z Herthą Berlin o kolejne ligowe punkty, Aubameyang również grał w piłkę. Na hali, ze znajomymi i w bezczelny sposób – przywdziewając koszulkę… Ousmane Dembele. Jego przenosiny do północnego Londynu są kwestią czasu.

„Auba” w koszulce strajkującego niedawno Dembele.

Doszliśmy do ściany. Piłkarz jest panem, a klub – organizacją, w której z łaski swojej gra. Nikt nic sobie nie robi z tłumów kibiców, bo i takie rzeczy jak „lojalność” czy „przywiązanie do barw” przeszły do lamusa. Te strajki to jedna z konsekwencji takiego stanu rzeczy. Niewiele jest już miejsc „mes que un club”, kluby są raczej kolejną korporacją. „Siedzę na kasie w Biedronce, ale chyba pójdę do Lidla, bo tam więcej płacą” – mniej więcej taki poziom zaangażowania uczuciowego oglądamy obecnie w futbolu.

Teraz Aubameyang, ale przecież jeszcze niedawno Coutinho, Dembele, Kondogbia, Barkley, Drinkwater czy van Dijk. Co musiałyby zrobić kluby, by ukrócić takie samowolki? Na pierwszy rzut oka są na straconej pozycji, bo – jak przyjęło się mówić w środowisku piłkarskim o takich przypadkach – „z niewolnika nie ma pracownika”. Nikomu nie chce się przepychać z piłkarzem, któremu trzeba płacić ciężkie pieniądze, a ten na zawieszenie odpowiada uśmiechem.

Musi nie tyle upłynąć sporo wody w Wiśle, co wszystkie kluby znaleźć się po obu stronach barykady – nie tylko korzystać na buncie i obniżonej cenie za zawodnika, ale też mieć takiego „kokosa” u siebie. Wątpliwe jednak, by ktoś chciał za wszelką cenę opuścić Real czy Barcelonę, dlatego najprostsze rozwiązanie – zmowa wszystkich klubów, by traktowały takich jegomości surowo – raczej nie wchodzi w grę. Co z tego, że Borussia „uwali” Aubameyanga do końca kontraktu w rezerwach, jeśli nie zrobią tego inni? W świat pójdzie opinia: nie warto iść do Dortmundu, bo tam źle traktują zawodników.

Jedyne rozsądne wyjście: zapis w kontraktach, umożliwiający nie tyle zerwanie umowy w przypadku niewywiązywania się ze swoich obowiązków (treningi, mecze), a wysokie kary za takie strajki. Na tyle duże, by wreszcie zawodnicy zwrócili uwagę, co podpisują. Kontrakty masowo zaczęłyby być pewnie krótsze, ale przynajmniej zyskałby na znaczeniu. Teraz takie umowy są warte tyle, co przedwczorajsza prognoza pogody. Nawet nie próbuj nimi wymachiwać piłkarzowi przed nosem, bo się obrazi. I odejdzie.

Bartłomiej Stańdo

Typuj wyniki
na
LV BET zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.